czwartek, 11 lipca 2013

Nadszedł czas powiedzieć dość...

Przez niecałe dwa lata prowadziłem tego bloga i nadszedł czas, kiedy muszę (z dużym smutkiem) napisać, że nie mogę już go dłużej prowadzić. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że osiągnięcie biegłości w analizie spółek nie jest dla mnie absolutnie najwyższym priorytetem. Jest nim edukacja w zakresie programowania i zapewne jak każdy student przeżyję ciężki szok licząc całki i pochodne. Nie muszę chyba dodawać, że posty wtedy nie pojawiałyby się, albo byłyby kiepskiej jakości. Czeka mnie pracowite 3.5 roku, chociaż niestety nie wszystko poszło po mojej myśli. Nie porzucam inwestowania całkowicie, o nie! Nadal karmię swoją rodzinę i przyjaciół opowieściami o setkach tysięcy złotych, które zbiję na inwestowaniu:-) Jednak blog to dodatkowa godzina, albo dwie pracy, która będzie mieć mniejszy wpływ na moje życie. Nauczyłem się kontrolować swoje błędy, dlatego bata w postaci moich czytelników potrzebuję już w znikomym stopniu. Dlatego jeśli nie "polubiliście" mojego profilu na facebook'u, to zróbcie to teraz. Sporadycznie dodam tam info na temat tego, co robię w zakresie inwestycji. Blog oczywiście zostawiam, byście mogli uczyć się na mojej ignorancji i błędach.Kim będę za 3.5 roku? Jeśli wszystko pójdzie tak, jak sobie obmyśliłem, będę inż. Robert Galewski, jednak chcę, aby moje faktyczne umiejętności wykraczały daleko poza papierek z uczelni. Smutne, ale i uczciwe jest to, że nie każde studia dają dobre szanse na prace. Staram się to zrozumieć, by szok przeżyć tylko przy liczeniu całek, a nie przy szukaniu pracy po zakończeniu edukacji.

Dziękuję ponad dwustu osobom (albo robotom spamującym:-) za codzienne odwiedziny. Jeśli w jakiś sposób mój blog poprawił wasze postrzeganie inwestycji, motywacji, czy edukacji - napiszcie maila, albo zostawcie komentarz. Przyznam, że spora liczba moich czytelników wywarła na mnie duże wrażenie. Dziękuję:
- Adamowi Tulejko - za setki pomysłów na programy użytkowe, oraz za wspólne analizy zachowań prezesów,
- Albertowi Rokickiemu - za wspólne poszukiwanie drugiej Nokii,
- Tobiaszowi Malińskiemu - za wyjaśnienie wielu rzeczy związanych z finansami,
- Bartłomiejowi Zielińskiemu - za przyśpieszenie tempa czytania ze 194 słów do 456,
- Tajemniczemu użytkownikowi podpisującemu się pseudonimem "AN" - za tony wskazówek i wytknięcie wielu niepotrzebnych błędów,
- Radkowi Chodkowskiemu - za wspaniały blog na temat analizy technicznej, której swoją drogą nadal nie rozumiem:-),
- wszystkim autorom setek maili z pytaniami.

Mam nadzieję, że nie będziecie za mną płakać:-) Ja za Wami być może...

sobota, 6 lipca 2013

Emerytura? Who cares?

Dzisiejszy post nie dotyczy inwestowania. Jeśli więc nie masz czasu na czytanie mojej opinii na temat polityki - śmiało zamknij kartę przeglądarki.

Unikam polityki od czasu uświadomienia sobie, że partia rządząca jest tak samo liberalna, jak największa partia opozycyjna jest prawicowa - wolałbym spekulować na akcjach, niż nakłaniać kogoś do głosowania na wspomniane partie (ktoś nie wie, o jakie chodzi?). Temat emerytur jest jednak czymś na tyle ważnym, że warto się nad nim zastanowić...o ile jest nad czym...

Wolą społeczeństwa jest żyć na kredyt, dlatego niemalże od samego końca komunizmu w naszym kraju rządzą ci, którzy wmawiają nam, że tak się da. Moje pokolenie, albo nasze dzieci boleśnie przekonają się, jak wielkie jest to kłamstwo. Ostatnia ekipa jednak wykazuje się absurdalną krótkowzrocznością - czasami mam wrażenie, że ich jedynym celem jest uniknięcie zamachu stanu przed wyborami, bo wątpię, aby wierzyli oni w trzecie zwycięstwo. Przesunięcie części środków z OFE do ZUS przegięło według mnie pałę poryczy (a może przelało:-). O ile w świetle orzeczenia SN z 2009 roku środki z OFE są do pewnego stopnia dziedziczne, o tyle składki ZUS-owskie de facto nie są naszą własnością. Według mnie jest to więc rabunek identyczny jak ten dokonany na Cyprze, a rząd wykazał się tylko sprytem. Podobnie zresztą zrobiono z programem "Mieszkanie dla młodych", gdzie pod płaszczykiem dobrego wujka... rządu, podniesiono vat na materiały budowlane.

Jak przeciętny, ale inteligentny inwestor ma wierzyć, że za kilkadziesiąt lat ten chory system wypłaci mu świadczenia emerytalne? Być może wydaje się to dziwne, że pisze to maturzysta (tak, tak - zdałem maturę i poszło mi bardzo dobrze:-), ale pewne decyzje ratujące nas przed rażącą naiwnością trzeba podjąć już teraz. Niekorzystna sytuacja demograficzna i finansowa naszego państwa pokazuje jasno, że możemy liczyć na dwie osoby: pierwszą jesteśmy my sami, a drugą na pewno nie jest rząd - nie chcę używać imion, bo pryzmat patrzy;-)

Jak więc mamy zatroszczyć się o emeryturę? Liberałowie twierdzą, że najlepszą inwestycją są dzieci (coś w podobnym tonie powiedział kiedyś były przewodniczący PSL-u), jednak nie każdy może sobie pozwolić w obecnej sytuacji gospodarczej na wychowanie (nie mylić z hodowaniem) trójki, czy czwórki dzieci. Odkładać pieniądze samemu w dowolnej formie? Akcje, obligacje, złoto? Jest to na pewno rozwiązanie dla ludzi o ustabilizowanej sytuacji finansowej, ale przecież ja (i zapewne większość moich czytelników) dopiero rozkręca się na rynku pracy, więc odkładanie jest trudne. Świetną analogię do przedstawionej sytuacji przytoczył mi Bartłomiej Zieliński - autor bloga "Akcje przy Kawie". Porównał on wiedzę do innych walut. To właśnie wiedza na obecnym etapie mojego życia jest najlepsza inwestycją. Może i czasy są ciężkie, ale wiedza ma dziś ogromną wartość w porównaniu z tym, co widzieli nasi rodzice "za komuny", albo dziadkowie "za Hitlera". Obecny trend gospodarczy jeśli nie zostanie powstrzymany, zapewne skończy się faszyzmem, albo komuną. Co wtedy? Wykształcony człowiek (nie mam tutaj na myśli mgr, czy inż.) zapewne będzie się łapał za głowę, dlaczego nie wybrał innej drogi. Pytanie tylko, czy gdyby miał pieniądze, potencjalni "faszyści XXI wieku" zostawili by te pieniądze w spokoju. Tak więc jeśli będzie źle, to obojętnie co zrobimy - umrzemy w nędzy, albo pod ziemią, na której powierzchni woda będzie się gotować od promieniowania. Jeśli jednak nie będzie wojny nuklearnej, faszyzmy, komunizmu, a doczekamy się prawdziwego wolnego rynku, o jakim marzą liberałowie, wiedza będzie naszym największym atutem - i determinantem naszych zarobków, które będziemy mogli zarówno oddać dzieciom, by one opiekowały się nami na starość, jak i zatrzymać dla siebie i żyć na własną rękę.

Wiedza to waluta naszych czasów. Jeśli więc mamy trochę wolnych synaps i godzin - poświęćmy ten czas na edukację - prawdziwą. Odróżniajmy edukację od czytania tabloidów. Może i żyjemy w ciężkich czasach, ale nasi rodzice nie mieli możliwości sprawdzenia, jaka jest ich dominująca półkula mózgowa. My takie możliwości mamy, więc wykorzystajmy je! Będzie dobrze, bo...inaczej nie może być:-)

czwartek, 27 czerwca 2013

Powiedz, czy obliczasz wartość wewnętrzną, a powiem Ci, kim jesteś. Część trzecia

Przybliżyłem Wam ostatnio kilka postaci blogerów i udowodniłem, że Ci z dominującą lewą półkulą świetnie wyciągają szczegółowe wnioski na temat spółek, a reszta dobrze wyciąga całościowe wnioski i dobrze ocenia firmy jako całość. Dzisiaj zastanówmy się, co może zrobić inwestor, by zdobyta wiedza została lepiej wykorzystana.

Napisałem niżej, że z punktu widzenia inwestora najbardziej pożądana jest zmienna dominacja półkul mózgowych. Kiedy to do mnie dotarło, od razu pomyślałem, że są jakieś sposoby, dzięki którym mógłbym taką zmienną dominację osiągnąć - z materiałów, które czytałem wynikało, że jest to możliwe. Pewnie wiecie, że równocześnie ćwiczę szybkie czytanie - ta właśnie pasjonująca przygoda udowodniła mi, że tak naprawdę szkoda czasu na "kształtowanie" naszego umysłu. Mam świadomość, że większość czytelników mojego bloga ma więcej "wiosen" niż ja, więc ćwiczenia takie mogą trwać latami ze względu na mniejszą zdolność mózgu do kreowania nowych zachowań. Oczywiście mitem jest, że starsze osoby myślą "gorzej", ale przecież 30-latkowie raczej pracują, niż chodzą do szkoły, a tam liczy się efekt, a nie słuchanie i nauka do egzaminów. Inwestor taki musiałby podporządkować niemal całe swoje życie rozwijaniu półkuli. Jeśli ktoś tak jak ja, uczy się jednocześnie programować (do czego wspaniale nadaje się lewa półkula), zrobiłby sobie tylko krzywdę.

Po tygodniu nauki szybkiego czytania udało mi się osiągnąć 150% tego, co czytałem wcześniej. Byłem zaprawiony w bojach i zyskałem mega motywację do nauki, jednak szybko został wylany na mnie kubeł zimnej wody. Mianowicie blokadą przed superszybkim czytaniem jest moje pole widzenia - musimy nauczyć mózg "strzelania fotek" czytanemu tekstowi, by podczas jednego spojrzenia przyswajać nie jedno, ale trzy, czy więcej słów. To ćwiczenie okazało się PRAWDZIWĄ katorgą. Przez ostatnie 5 dni robię ćwiczenie polegające na patrzeniu w kropkę i wyłapywaniu cyfr które są od niej odpowiednio oddalone. Przez 5 dni poprawiłem pole widzenia o...2 piksele! Wniosek jest więc jasny - skoro tak trudno przychodzi nam poszerzenie pola widzenia, to zmiana całej filozofii naszego rozumowania zajęłaby lata.

Jak więc walczyć z ułomnościami naszego mózgu, by stać się superinwestorem wyciągającym dobre globalne wnioski na podstawie szczegółowej analizy? Ciekawym pomysłem jest mapa myśli, o której przeczytałem ciekawy wpis na blogu...analityka technicznego. Radek Chodkowski w jednym ze swoich wpisów załączył ciekawy przykład tejże mapy. Ogólna zasada tworzenia mapy polega na zapisaniu hasła centralnego na środku kartki i dopisywanie pojęć wokół niego. Wszystkie pojęcia łączymy odpowiednimi liniami tak, by wiedzieć jaki czynnik ma wpływ na konkretne wydarzenia w spółkach. Osoby, które myślą lewą półkulą na pewno będą mieć setki takich połączeń na swojej mapie myśli, zaś osoby takie, jak Albert Rokicki będą musiały poszukać w internecie jakie wskaźniki, czy cyfry mają wpływ na globalne wnioski. Gdy nasza mapa będzie mieć już setki "synaps" możemy zacząć łączenie poszczególnych szczegółów w grupy tak, by dojść do globalnych wniosków. Pokręcone? Sam miałem takie wrażenie, gdy na to wpadłem:-)

Właśnie analizuję bardzo ciekawą spółkę o złożonej działalności - jej analiza zajmie mi sporo więcej czasu, niż analiza CD PROJEKTU, więc mapa myśli okaże się bardzo przydatna. Kiedy skończę tę analizę, postaram się przedstawić mój sposób analizy, bo przyznam, że mapa myśli bardzo usprawniła ten proces.

Jeśli macie pomysły co do wpisów, badań, albo chcecie mi coś zarzucić - piszcie śmiało w komentarzach. Mam świadomość, że wpisy związane z mózgiem, a nie raportem rocznym są miejscami nudne, ale uważam, że inwestor, który pomija te kwestie, traci bardzo dużo pieniędzy.

piątek, 14 czerwca 2013

Powiedz, czy obliczasz wartość wewnętrzną, a powiem Ci, kim jesteś. Część druga

W poprzednim poście przedstawiłem podstawy filozofii wykorzystywania poszczególnych półkul mózgowych i pokazałem na przykładzie swoim i Adama, jakie problemy może napotkać inwestor z dominującą lewą półkulą. Dzisiaj na celownik weźmy wyniki dwóch kolejnych blogerów, których bardzo cenię: Alberta Rokickiego i Tobiasza Malińskiego.

Trochę bardziej skomplikowanym przykładem jest umysł Alberta. Przygotowując pierwszego posta byłem przekonany, że Albert jest typowym inwestorem z dominującą prawą półkulą. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na jego analizy spółek - Albert chwali w nich produkty, zarząd, pomysły, determinację. Wydawać by się mogło, że nie używa on wskaźników, by opisać nawet abstrakcyjne zjawiska. Okazuje się jednak, że u Alberta dominuje lewa półkula mózgowa w 67 procentach! Jest to dla mnie kompletnie niewytłumaczalne a jedynymi hipotezami są: niewystarczające informacje wynikające z testu, albo silny wpływ edukacji Alberta, który poniekąd "zniszczył" lewostronne podejście do inwestycji. Może Albert miał mentora, któremu wierzył bezgranicznie i w pełni naśladuje go do dzisiaj mimo predyspozycji do analizy wskaźnikowej? W każdym razie osoby z dominującą prawą półkulą mózgową, mogą mieć problem przede wszystkim z:
- pochopnym wyciąganiem wniosków przed zakończeniem analizy,
- wychwyceniem niepożądanych zmian w raportach rocznych,
- pomijaniem istotnych szczegółów analizy mimo dogłębnej wiedzy na ich temat,
- obliczaniem marginesu bezpieczeństwa i błędnymi założeniami przy wycenie,
- podejrzewam też, że osoby takie mogą mieć problem z utrzymaniem pozycji podczas bessy - brak im bowiem twardych matematycznych danych, które udowadniałyby, że podjęcie decyzji o sprzedaży jest nieracjonalne.

Tobiasz Maliński jest według mnie człowiekiem o zmiennej dominacji półkul mózgowych. Wynik jego testu potwierdza zarówno moje przypuszczenia, jak i uważną obserwację decyzji przez samego Tobiasza. Wynik 42/58 na korzyść prawej półkuli sugeruje, że tylko w niewielkim stopniu Tobiasz częściej używa do analizy prawej półkuli. Dowodem na to jest krótka wymiana maili, z której wynika, że Tobiasz często używa intuicji przy podejmowaniu życiowych decyzji. Co więcej, twierdzi on, że rzadko podejmuje w ten sposób błędy. Dowodem na wysoką użyteczność lewej półkuli jest natomiast post przedstawiający tabelę punktów Fishera, na której podstawie można jasno i konkretnie ocenić spółkę. Opróćz tego Tobiasz bardzo dobrze radzi sobie z analizą finansową - gdyby silnie dominowała u mnie niego prawa półkula, mógłby on mieć większy problem z poznawaniem poszczególnych wskaźników. Przykład Tobiasza jest (według mnie) dobrym przykładem na to, że w przypadku inwestora pożądana jest zmienna dominacja półkul mózgowych. Jednego dnia sucha kalkulacja tłumaczy, że spółka jest w dobrej kondycji, a "Dobre Duszki" podpowiadają mu, czy spółka ma uczciwy zarząd, który tę kondycję utrzyma.

Z powyższych rozważań wynika jasny wniosek - zmienna dominacja półkul może okazać się przydatna. Pytanie brzmi: jak osiągnąć zmienną dominację i czy warto przeznaczać na to cenny czas? O tym w następnym poście, który pojawi się za dwa tygodnie.

piątek, 7 czerwca 2013

Powiedz, czy obliczasz wartość wewnętrzną, a powiem Ci, kim jesteś. Część pierwsza

Korzystam garściami z wolnego od szkolnej nauki czasu, by poznać i przeczytać to, co naprawdę mi się przyda. Jestem w trakcie czytania książki W jaki sposób szybko się uczyć. Robię to w ramach wykorzystania potencjału mojego umysłu, jednak w moim umyśle wciąż rodzą się nowe pomysły związane z inwestowaniem. Książka kosztuje "dyszkę" na allegro, więc mam nadzieję, że tym razem nie będę już świadkiem dyskusji na temat etycznego podejścia do kupowania, bądź piracenia książek. Wracamy jednak do tematu. Co takiego odkryłem tym razem?

Aby przyspieszyć naukę najpierw musimy określić nasze tzw. superłącze edukacyjne - sposoby przyswajania wiedzy, które pozwalają podnieść jej wydajność. Co ciekawe, nasze problemy w szkole w dużej mierze zależą od tego, czy wiedza podawana jest w odpowiedniej dla nas formie. Słuchowcy i wzrokowcy są więc szczęściarzami, zaś kinestetycy i dotykowcy często są uważani za "mniej zdolnych", bo współczesna szkoła (z wyjątkiem szkół zawodowych) opiera się na słuchaniu nauczyciela na lekcjach, oraz czytaniu w domu. Obraz naszego mózgu uzupełnia analiza dominującej półkuli mózgowej. Ważne jest to, że półkule te patrzą zupełnie inaczej na świat, a to, która półkula dominuje, ma decydujący wpływ na nasze postrzeganie rzeczywistości. Nietrudno więc zauważyć, że może to mieć wpływ na również... na naszą strategię.

W jaki sposób działają poszczególne półkule? Po bardziej szczegółowy opis odsyłam do książki - sam opiszę tylko ich ogólną filozofię:
- lewa półkula "myśli" w kategorii liczb, znaków, stawia raczej na chłodną kalkulację, rozbija problem na drobne części, nie potrafi wyciągać wniosków. Działa trochę jak komputer,
- prawa półkula opiera się na wyobraźni, intuicji, jej specjalnością jest globalne patrzenie na świat, oraz sprawne wyciąganie wniosków. Osoba z dominującą prawą półkulą ma wrażenie, że nad jej decyzjami czuwa coś w rodzaju "anioła stróża".

W tym wpisie przyjrzymy się strategii dwóch osób, u których dominuje lewa półkula: pierwszą osobą jestem ja, drugą zaś jest Adam - autor wspaniałego bloga Inwestycje i Ekonomia. Co ważne, Adam jest z zawodu programistą PHP, a obecnie opanowuje Javę. Dobrym przykładem mojej strategii jest analiza spółki Cormay. Pomińmy tutaj jej słuszność i profesjonalizm, bo to już dawne dzieje, kiedy wiedziałem zdecydowanie mniej, niż teraz. W każdym razie analiza ta zawiera dużo danych liczbowych, wykresów, dywagacji nad wskaźnikami - mało jest natomiast "zespojeń" tych wskaźników, które pozwoliłyby mi spojrzeć na spółkę globalnie. Obecnie jako świętość traktuje wartość wewnętrzną, a jeśli miałbym polecić komuś spółkę w dwóch zdaniach, zapewne podałbym zyski i ROE, zamiast wychwalać uczciwość i prawdomówność szefów. Roe jest dla podobnych mi osób bardziej jasne - stanowi część chłodnej kalkulacji. Również pytania Fishera są swego rodzaju skryptem. Mając uporządkowane odpowiedzi na pytania łatwiej jest mi ocenić spółkę, bo punkty te pozwalają rozbić analizę na najdrobniejsze szczegóły.

Adam zaś preferuje czysto statystyczne podejście. Jego analizy opierają się na wskaźnikach - można odnieść wrażenie, że Adam przykłada mniejszą wagę do uczciwości zarządu, abstrakcyjnych miar doskonałości spółek. Nie bez znaczenia jest też to, że Adam w superlatywach odnosi się do zasad Grahama, które w dużym stopniu da się zapisać algorytmem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że niemal każdy wpis Adama zawiera wykres - obaj nie liczymy więc na coś w rodzaju intuicji i jesteśmy zwykłymi deterministami. Każde zjawisko ma dla nas jasną przyczynę i skutek. Adamie - mam nadzieję, że nie obrazisz się, że krytycznie opisałem Twoją strategię.

Jakie problemy napotka inwestor, który polega w głównej mierze na lewej półkuli?
- zawsze w spółce znajdzie jakiś szczegół, który będzie mu przeszkadzać, a który w rzeczywistości nie będzie mieć istotnego wpływu na ostateczny jej obraz,
- problemem może się okazać wyciąganie ostatecznych wniosków,
- prawdziwym horrorem może okazać się analiza niewerbalnych sygnałów podczas rozmowy, czyli słaba wykrywalność kłamstewek,
- inwestor może źle interpretować koncepcje strategów firmy - nie bardzo jestem w stanie zrozumieć filozofie głównego projektanta gry,
- analiza poszczególnych punktów Fishera może się przeciągać przez ciągłe wrażenie niedoinformowania,
- z wizyty w firmie nie wyniesiemy wiele informacji na temat ogólnej atmosfery pracy.

To tylko niektóre punkty, które przyszły mi do głowy. Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły, proszę o podanie ich w komentarzu. W następnym poście zajmiemy się innym typem inwestorów. Na celownik weźmiemy między innymi Tobiasza Malińskiego, który jest bardzo ciekawym przykładem osoby, która w zintegrowany sposób używa obu półkul mózgowych.
Jeśli nie wiecie, jakie macie predyspozycje, zastanówcie się nad swoją strategią, a następnie rozwiążcie test na dominację półkul mózgowych i zostawcie komentarz. Po analizie wszystkich typów inwestorów spróbujemy znaleźć metody walki z trudnościami, jakie spotykają różnych inwestorów

piątek, 31 maja 2013

Wróżka bessa - część trzecia

Jeszcze przed rozpoczęciem na poważnie edukacji z zakresu rachunkowości przeczytałem bardzo ciekawą pozycję Cykle giełdowe (klikając w ten link i kupując książkę wspomożecie mnie finansowo). Nie umieszczam jej w "Literaturze dobrego inwestora", gdyż znaczna część tej książki traktuje o analizie technicznej, a więc oddanym fanom mojego bloga tylko niektóre rozdziały mogą okazać się pomocne.

Ciekawy jest w tej książce fakt, że cykle giełdowe zostały od czasów Fishera nieco okiełznane, przez co możemy "z grubsza" (przy wycenie często używam również tego kolokwializmu) ocenić, kiedy przyjdzie bessa, a kiedy możemy spodziewać się nieracjonalnych wzrostów. Zanim jednak spróbujemy przewidzieć kiedy będzie lać się krew, nakreślmy podstawowe cechy cyklu:
- powtarzalność - jeśli mamy solidne podstawy świadczące o istnieniu danego cyklu, to możemy założyć, że cykl ten nie zniknie i będziemy mogli na nim polegać,
- regularność - cykl trwa w danym przedziale czasowym i odchyla się od tychże ram czasowych w stopniu pozwalającym zastosować dobry margines bezpieczeństwa,
- względna przewidywalność - możemy z pewną dozą pewności określić w jakiej fazie cyklu się znajdujemy,
- harmonia - na większe cykle składa się kilka mniejszych,
- niezależność od sytuacji fundamentalnej - dobrym dowodem są kursy spółek KGHM i Wawel podczas bessy w 2008 roku,

Powyższe cechy cyklu pozwalają nam utrzymać strategię w ryzach. Jednak musimy poznać najważniejsze cykle, które rządzą giełdą. Według mnie najciekawszymi są:
- cykl giełdowy trwający 8,5-9 lat,
- cykl 3,5-letni.

Wykres WIG-u 20 od początku jego istnienia daje już pewne wskazówki dla pierwszego cyklu, który chciałem omówić - cyklu dziewięcioletniego. Jako że jestem fundamentalistą (podobnie jak zapewne większość moich czytelników) nie jestem specjalistą od wykresów, dlatego analiza obejmie najprostsze "formacje" na wykresach, czyli szczyty i dołki. Szczyt hossy 2007 przypada na listopad. Zgodnie z cyklem dziewięcioletnim, poprzedniego szczytu powinniśmy szukać od 102 do 108 miesięcy wcześniej. Ja poprzedni szczyt znalazłem w lutym 2000 roku. Jaka jest różnica? 93 miesiące. i tutaj mamy już problem, bo pomyliliśmy się o 8-13%. Należy się jednak zastanowić, czy jest to błąd niewybaczalny. Mamy różnicę zaledwie jednego roku, więc inwestor, który czeka na bessę, poczekałby nieco krócej - pozwala to (w mojej ocenie) w dość dużym stopniu zaplanować inwestycje. Inwestor mający świadomość istnienia cyklu 9-letniego nie wypatrywał większego szczytu w roku 2005, więc mógł spokojnie gromadzić kapitał w oczekiwaniu na bessę. Sprawdźmy jednak jeszcze wcześniejszy dołek. Okazuje się... że go nie ma! Indeks Wig20 nie działał od 1991 roku, a to w tym roku należałoby szukać istotnego szczytu.

Musimy więc szukać szczytu za oceanem. Spójrzmy na S&P 500. Szczyt 2007 roku pokrywa się z tym, który obserwowaliśmy na polskiej giełdzie. Cofamy się więc do roku 2000. Okazuje się, że szczyt ten przypada nie na luty, ale na sierpień. Jaki jest margines bezpieczeństwa? 14-19%. Nadal jest to akceptowalna wartość. Szukamy więc istotnego szczytu wcześniej. Hossa lat 90-tych bardzo utrudnia nam zadanie. Ja dostrzegam szczyt w maju 1990 roku. Czy to się zgadza? Do sierpnia 2000 roku minęło więc 117 miesięcy. Jaki jest margines? 8-14% jest akceptowalną wartością. Poprzedni szczyt przypada na grudzień 1980 roku, czyli różnica wynosi 113 miesięcy. Przyzwoicie. Dalej już nie sprawdzam, ponieważ chyba udowodniłem istnienie tego cyklu. Chciałem jednak zwrócić uwagę na pewną anomalię, którą postaram się wyjaśnić. Istotny szczyt dostrzegam też we wrześniu 1987 roku, co w ogóle nie ma związku z cyklem 9-letnim.

Tutaj jesteśmy zmuszeni przejść do drugiego cyklu, który działa w ramach cyklu 9-letniego, czyli cykl 3,5-letni. Bernstein twierdzi, że na cykl 9-letni składają się dwa-trzy cykle 3,5-letnie. Oznacza to, że cykl dziewięcioletni może składać się z dwóch cykli trwających na przykład 48 miesięcy (założyłem, że cykle te mogą być dłuższe o 14%, czyli mogą trwać w istocie 48 miesięcy), albo z trzech krótszych cykli o różnych długościach mieszczących się w przedziale od 37 do 48 miesięcy. Zacznijmy więc naszą podróż od września 1987 roku, jednak tym razem idźmy w przyszłość. Szukamy szczytu w ramach cyklu 3,5-letniego. Znajdujemy go... w maju 1990 roku. Szczyt ten pokrywa się z wytycznymi cyklu trwającego 9 lat i margines od średniej mniejszego cyklu wynosi niestety 30% - to już zbyt dużo, by ufać cyklowi. Szukamy dalej.

Kolejny szczyt znajdujemy w kwietniu 1994 roku, czyli 47 miesięcy później, co jest książkowym przykładem cyklu 3,5-letniego, bo margines wynosi ledwie 11%. Następny szczyt? Czerwiec 1998, czyli 50 miesięcy później. Margines wynosi znowu 20%, co jest raczej średnim wynikiem. Kolejny szczyt to sierpień 2000, czyli ledwie 26 miesięcy później. 40% to już stanowczo za dużo. Co gorsza potem już ciężko szukać istotnego szczytu, więc 3,5-letni cykl można wsadzić... między bajki.

Czy na pewno? Od szczytu w 2007 roku do czerwca 2011 mija 45 miesięcy. Ciekawym faktem jest, że szczyt z roku 2011 jest trudno dostrzegalny na wykresie! O kryzysie strefy Euro i związanej z nią bessie pamiętamy jeszcze dobrze. Do czego zmierzam? Cykl 3,5 letni nie jest tak bardzo widoczny na wykresie, bo w ramach niego nie mamy do czynienia zawsze z ostrą bessą, dlatego może on zostać niezauważony. Cykl 9-letni jest bardziej widoczny i po szczycie należy oczekiwać ostrego zjazdu w dół.

Kiedy więc spodziewać się górki? Od szczytu w listopadzie do kryzysu strefy Euro mija (jak już wspomniałem) 45 miesięcy. Cykl ten jest książkowy, więc wydaje mi się trudnym zadaniem określenie, czy czeka nas jeszcze jeden "mniejszy szczyt", czy po upływie około 57 miesięcy będziemy mieć szczyt wynikający z obu cykli. A może czekają nas dwa małe cykle po 31 miesięcy? Nie wiem.

Według cyklu 9-letniego (który ja uważam za najbardziej widoczny i mniej więcej wiarygodny) należy szukać szczytu w okolicach stycznia 2015 - marca 2016. Czy taka "informacja" jest użyteczna? Z pewnością mogła być użyteczna dla osób, które w 2011 roku nasłuchały się, że katastrofalne spadki na giełdzie czekają nas w najbliższej przyszłości. Również dzisiaj możemy dość precyzyjnie założyć, że w tym, ani w następnym roku nie należy wypatrywać istotnego szczytu.

Ta w miarę precyzyjna informacja pozwala inwestorowi lepiej rozważyć zakup konkretnych walorów - jak połączyć te informacje z analizą konkretnej spółki? O tym już w następnym wpisie.

Przyszłość zaskakuje. ZAWSZE. Choćbyśmy zdobyli całą wiedzę świata, nigdy nie będziemy w stanie całkowicie przewidzieć przyszłości. Zawsze jest czynnik, który zmienia zasady. To motto będę umieszczał pod każdym wpisem z cyklu "Wróżka bessa", żebyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy tylko ludźmi, a nie prorokami.

sobota, 25 maja 2013

Długoterminowe cele i krótkoterminowe działania - co na to Brian Tracy?

Dzięki książce Briana Tracy Zjedz tę żabę nauczyłem się planować swoje życie i od kilku miesięcy przynosi mi to znakomite rezultaty. Przez ostatnie kilka tygodni spędziłem też sporo czasu na opracowaniu szczegółowego planu na najbliższe 5 lat. Dzięki tak jasnej wizji jestem w stanie szybciej i pewniej zmierzać do celu, który teraz wisi na drzwiach i przypomina o sobie za każdym wejściem do pokoju. Długoterminowy cel pozwolił mi nie zajmować się rzeczami, których ukończenie nie zmieni wiele w moim życiu. Fajnie byłoby opanować grę na FOREX-ie, tylko po co to robić, skoro to właśnie akcje dają zarobić od dziesięcioleci...

Książka Tracy'ego nie jest jednak wielką rewolucją - jest zbiorem usystematyzowanych rzeczy, o których wie zapewne większość członków zarządów polskich firm. Każdy przecież wie, że trzeba zajmować się rzeczami istotnymi, ale nie każdy potrafi się nimi właśnie zajmować. Okazuje się, że brak wiedzy prezesów rzutuje na obecne poczynania ich firm.

Wspaniałe firmy mają jednak długoterminowe plany działania, a wiedział o tym... Philip Fisher! Ten najlepszy inwestor w historii (w mojej skromnej opinii) miał świadomość wagi długoterminowych planów wtedy, gdy Brian Tracy jeszcze nie wiedział, jak osiągnąć w życiu sukces. Krótki rzut okiem na strategie firm daje nie tylko dane do wyceny, ale również pozwala stwierdzić, czy firma zmierza do jasno określonego celu, czy błądzi po omacku, aż dobry los ześle niepowtarzalną okazję.

Nie jestem specjalistą od spółek wydobywczych (chociaż kiedyś miałem takie wrażenie), ale rzut okiem na strategię spółki KGHM pozwala wysunąć wniosek, że spółka ta ma jasno wyznaczony, ambitny cel. Jeśli strategię można streścić w myślnikach z użyciem liczb, to znaczy że strategia jest szczegółowa i przemyślana. Napisany grubym fontem cel - "Efektywne przetwarzanie zasobów naturalnych
drogą do wzrostu wartości firmy" - wydaje się mało precyzyjny, jednak to, co możemy przeczytać niżej, jest już strategią najwyższych lotów:
- cięcie kosztów (które w momencie tworzenie strategii rosły),
- zwiększenie produkcji do konkretnego poziomu 700 tys. ton rocznie,
- dywersyfikacja działalności polegająca na uzyskiwaniu 30% przychodów poza działalnością podstawową,
- 750 nowych miejsc pracy.
A jak wyglądałaby ta strategia, gdyby pisała ją przeciętna firma, która chce wcisnąć akcjonariuszom kit? Zapewne cięcie kosztów oznaczałoby emisję akcji, bo przecież emisja obligacji, czy kredyt, albo wymiana maszyn generują koszty. Zwiększona w 10 lat o 5% produkcja zapewne zostałaby przedstawiona jako "sukces, który spółka zaplanowała lata temu". Dywersyfikacja przychodów polegałaby natomiast na kupnie udziałów w słabej spółce, niezwiązanej z działalnością podstawowego biznesu. Pracownicy zaś na pewno dostaliby obietnicę poprawy warunków pracy i wzrostu wynagrodzeń.

Drugą spółką, która przykuła moją uwagę swoją strategię jest Integer. Strategia ta obejmuje tylko lata 2013-2016, ale plan ten jest dużo bardziej szczegółowy, niż w przypadku KGHM. Wynika to zapewne ze specyfiki branży i ogromnych ambicji zarządu. Mamy jednak jasne, konkretne cele:
- 1700 nowych placówek w roku 2013,
- zwiększenie zasięgu usług do konkretnej liczby klientów,
- koncentracja na wysokomarżowych produktach,
- start terminali pocztowych jeszcze w tym roku,
- tysiąc nowych paczkomatów w Polsce,
- uruchomienie 16 tysięcy paczkomatów do końca 2016 roku (są też podane dokładne liczby na konkretne lata, co pozwoli kontrolować strategię),
- rozwój spółki Inpost finanse polegający na wzroście sprzedaży.
Z wyjątkiem ostatniego punktu mamy więc do czynienia z doskonałą strategią - mgliste cele związane z usługami ubezpieczeniowymi są zapewne związane z raczkowaniem tego biznesu w porównaniu z resztą grupy. Rdzeniem biznesu jest poczta i tutaj cele są jasne i konkretne. Rafał Brzoska nie bez powodu dostał nagrodę im. Jana Wejcherta w kategorii "Wizja i Innowacje".
Jak wyglądałaby strategia marnej podróby Integera? 50 nowych placówek okazałoby się światowym sukcesem, a wzrost marży związany ze sprzedażą części segmentów byłby dowodem ciągłej analizy kosztów. Rozlokowanie stu paczkomatów w Europie na pewno oznaczałby niemalże zmonopolizowanie tego rynku. Wymieniony po ataku wandali paczkomat na pewno zostałby umieszczony na liście nowych urządzeń.

Ciągle niemal pisze o spółce CDR, więc teraz tylko wspomnę o jej celach - bardzo konkretnych celach:
- sprzedanie 10 mln gier własnej produkcji do końca 2015 roku,
- 235 milinów złotych zysków netto w latach 2012-2015,
- podwojenie biznesu w gog.com w latach 2013-2014,
- dwie superprodukcje,
- uruchomienie nowego sklepu (co już zostało zrobione),
- koncentracja na wysokomarżowych produktach.
CDR jako jedyny pokusił się o wyliczenie potencjalnych zysków. Nawet, jeśli założenia okażą się konserwatywne, trzeba przyznać, że podanie takiego celu jest wystawieniem się na ostrzał. Przecież byle dzieciak będzie mógł dodać zyski i ocenić, czy Adam Kiciński dołożył wszelkich starań, by osiągnąć sukces. Jak wygląda zła strategia twórców gier? Podstawowym filarem takiego planu jest łapania wszystkich srok za ogon: strzelanka, RPG, gra na komórkę, dystrybucja, sprzęt, ubezpieczenia, hamburgery, cola i skarpetki (oczywiści przesadzam, ale mam nadzieję, że zrozumieliście istotę sytuacji). Znam kilka takich firm - jedna ostatnio zbankrutowała, a silna konkurencja (w tym jedna z moich ulubionych firm w branży - Crytek) wykupiła cenne aktywa po okazyjnych cenach.

Jasny cel, przemyślana droga do niego, oraz umiejętne wykorzystanie zasobów to gwarancja sukcesu. Czy któraś z trzech przedstawionych przeze mnie spółek była zagrożona bankructwem? Nie? Cóż za przypadek - dobry los zadbał o te firmy:-)

sobota, 18 maja 2013

Literatura dobrego inwestora. Nowe podejście - część pierwsza

Na początku roku przedstawiłem Wam listę książek, które zamierzam przeczytać po maturze - w ramach celu, którym jest osiągnięcie biegłości w analizie sprawozdań finansowych wybrałem kilka książek, które mogą pomóc zrozumieć mechanizmy sprawozdawczości - wcześniej uczyłem się z darmowych kursów, ewentualnie szukałem informacji w samych raportach - niestety moi czytelnicy uświadomili mi, że zdobyta przeze mnie wiedza jest daleka od ideału, dlatego czas najwyższy to zmienić.

Jaki jest plan?

Plan jest taki, że raz na trzy miesiące wybieram sobie jedną książkę o inwestowaniu, którą razem z moimi czytelnikami czytamy, a potem dzielimy się spostrzeżeniami. Oprócz tego wybieram również osobiści drugą książkę, która nie jest związana z tematem inwestowania, ale może w znacznym stopniu przyczynić się do wzrostu wydajności, czy też nieomylności. Trzy miesiące to mnóstwo czasu, więc każdy, kto zechce, może kupić jedną książkę o inwestowaniu i ją przeczytać. Oczywiście czekam na Wasze propozycje książek, które w jakiś sposób ulepszyły Wasze metody inwestycyjne. Na pierwszy ogień idzie sprawozdawczość, bo ta idzie mi najsłabiej.

Książka związana z tematem inwestowania

"Analiza sprawozdań finansowych" Edwarda Nowaka to teoretyczny wstęp do analizy sprawozdań finansowych. Poznamy dzięki niej podstawowe pojęcia związane z raportem rocznym spółki, która nas interesuje. Oprócz teoretycznego przedstawienia pojęć, znajdziemy w tej książce również wskaźniki, które pomagają odfiltrować sprawozdawczy bełkot od naprawdę ważnych informacji. Książka kosztuje 55 złotych, więc odkładając przez miesiąc dwa złote, a potem poświęcając książce 15 minut dziennie, po trzech miesiącach od kupna książki będzie mogli napisać mi jej recenzję;-)

Książka niezwiązana z tematyką inwestowania

Podręcznik szybkiego czytania Tony'ego Buzana pozwala czytać kilkakrotnie szybciej, niż przeciętny człowiek. Kiedy przeczytałem artykuł o ludziach, którzy pochłaniają kilkusetstronicowe książki w jeden wieczór, zapragnąłem posiąść tę wspaniałą umiejętność. Kupiłem program za kilkanaście złotych, ale wyniki były mizerne. Jeden z bardziej utalentowanych inwestorów skoncentrowanych wśród znanych mi blogerów - Bartłomiej Zieliński - polecał tę książkę, więc mam nadzieję, że mając w ręku solidne narzędzie (Tony Buzan jest twórcą mapy myśli) i wiedząc, że patrzycie mi przez ramię, będę bardziej zmotywowany do nauczenia się szybkiego czytania. Trzy "dyszki" to naprawdę niewiele za umiejętność czytania kilka razy szybciej. Wystarczy odkładać na tę książkę wspomniane wcześniej dwa złote przez dwa tygodnie, a potem poświęcać 15 minut dziennie na ćwiczenia.

Jeśli doceniacie moją pracę i chcecie kupić przedstawione książki, zróbcie to przez linki w z tym wpisie, lub przez linki po lewej stronie, które właśnie umieściłem na miejscu trzech najważniejszych książek o inwestowaniu wartościowym. Będę wdzięczny - zadowolony natomiast będę, jeśli chociaż jeden czytelnik razem ze mną zaciśnie zęby i weźmie sprawy w swoje ręce.

sobota, 11 maja 2013

Czytnik ebooków - spory krok dla technologii, wielki krok dla inwestora

Jakiś czas temu sprawiłem sobie czytnik ebooków PocketBook basic 612 za 350 złotych. Chciałem w ten sposób ograniczyć ilość czasu spędzanego przed komputerem na czytaniu raportów rocznych spółek. Oczekiwałem wygody czytania raportów, jednak to, co dostałem kupując ten czytnik przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Zacznijmy od tego, czym jest ebook. Jest to urządzenie, które pozwala odtwarzać elektroniczne wersję książek przede wszystkich w formacie pdf, ale większość czytników odtwarza też mobi, txt, doc itd. Najciekawsze jest jednak to, że ekran nie męczy oczu, gdyż nie świeci - cząsteczki odwracają się jedynie zależnie od wyświetlanego tekstu - zawsze w kolorach czerni i bieli, więc oglądanie kolorowych czasopism mija się z celem. Jednak do czytania książek nadaje się znakomicie. Co więcej, ebook waży tyle, co szkolny zeszyt, a może pomieścić o wiele więcej książek, niż bylibyście w stanie unieść. Ceny samych książek również są dość przyzwoite. Miłym zaskoczeniem było dla mnie, że księgarnia internetowa helion.pl oferuje niemal wszystkie swoje książki również w wersjach elektronicznych w cenach około 20% niższych, niż wydania papierowe. Jest jednak duży problem z czytaniem książek programistycznych - jeśli w książce przywołany jest kod programu i chciałbym szybko wrócić np. dwie strony, muszę się trochę nadenerwować, bo przełączanie strony trwa jakieś 2 sekundy. Do czytania powieści, czy książek bez skomplikowanych rysunków, w których kolory mają znaczenie, nie mogę się doczepić, bo wypada to po prostu dobrze. Każdą stronę można ustawić w odpowiednim ułożeniu, podzielić na kolumny (przydatne przy czytaniu czasopism) oraz ustawić rozpływ.

Wady? Jest ich trochę i musicie być ich świadomi:
- brak koloru - nie zobaczycie, czy Doda ma na sobie różową, czy czerwoną sukienkę w najnowszym wydaniu brukowca,
- w moim czytniku jest problem z nawigacją - jeśli macie zeskanowaną ręcznie książkę, numery stron w pdfie nie pokrywają się z numerami stron książki, co bardzo utrudnia szukanie fragmentów, które nas interesują. Jest za to aplikacja do wycinania fragmentów tekstów i zapisywania ich w szybko dostępnej pamięci, a problem ten nie występuje w przypadku raportów spółek,
- problem z obsługą dużych plików - wrzucone na czytnik czasopismo mające powyżej 80-90 mb działa potwornie wolno - strona potrafi przełączać się nawet 10 sekund. Można temu zaradzić, dzieląc dokument na kilka części - u mnie zadziałało,
- książka, kiedy upadnie - pobrudzi się - nie wiem, co się stanie, jeśli czytnik upadnie z dużej wysokości:-),
- niekiedy drobny druczek. Wpadłem na ciekawy pomysł drukowania do pdf newsów z portalu forsal.pl. Niestety po przeniesieniu ich na czytnik okazało się, że litery są tak małe, że odczytanie newsa jest niemożliwe. Można każdego newsa powiększać, ale zajmuje to dużo czasu i lepiej jest jednak odpuścić sobie podłączanie urządzenia i przenoszenie tekstów, które będziemy czytać kilkanaście minut,

Rynek ebooków wciąż kuleje, ale pojawiają się już pierwsze duże księgarnie. Poważnym problemem jest brak starych, uniwersyteckich książek, które potrzebne są przede wszystkim uczniom i studentom. Sądzę jednak, że już za 3-5 lat, będziemy mogli wypożyczać ebooki i zaoszczędzimy bieganiny. Oprócz tego, ebooki są po prostu... drogie. Tania dostawa, brak kosztów druku, brak konieczności utrzymywania zapasów magazynowych powinny obniżyć cenę o połowę. Tak jednak nie jest. Wysoka cena jest spowodowana vatem - ebook to wciąż usługa, a nie książka, a przy krwiożerczej polityce naszego rządu pewnie długo poczekamy na niższe stawki podatków obowiązujące na ebooki.

W ogólnym rozrachunku, jestem zszokowany czytnikiem książek elektronicznych tak samo, jak byłem wtedy, gdy dostałem pierwszy telefon komórkowy. Ważne jest jednak, że czytnik ma służyć DO CZYTANIA, więc warto odpuścić sobie rozpraszające dodatki typu wifi.

czwartek, 2 maja 2013

Rozwój firmy tam, gdzie wzrok nie sięga

Wielokrotnie w książkach, jak i również na moich blogu poruszany jest temat wyceny przedsiębiorstw metodą zdyskontowanych przepływów pieniężnych. Aby obliczyć rzeczywistą wartość spółki musimy "mniej więcej" oszacować zyski naszej spółki na przestrzeni najbliższych 10 lat (założenia ściśle związane ze spółką) oraz ustalić stopę dyskonta (10% to rozsądne założenie). Jednak pewien szkopuł pojawia się z drugiej części wyceny, która zakłada wzrost zysków spółki po 10 latach, do nieskończoności. Czym jest dokładnie ta "wieczność" wyjaśniałem już wcześniej na blogu. Jeśli wybraliśmy naprawdę wspaniałą firmę, to raczej pozostanie ona wspaniała przez te wspomniane w innym wpisie 25 lat, więc nie musimy stawiać na zdarzenie polegające na wzroście zysków przez czas dłuższy, niż możemy sobie wyobrazić.

Nawet w książce, która wywarła duży wpływ na moje postrzeganie inwestycji - "Na sposób Warrena Buffetta" - nie znalazłem dogłębnego wyjaśnienia problemu zysków po dziesięciu latach. Była tam tylko wzmianka o "spadku dynamiki zysków do średniego poziomu 5%".
Dość długo szukałem jakiegoś wytłumaczenia, dlaczego 5%, a nie np. 3? Wystarczy podstawić eksperymentalnie liczby by zauważyć, że te dwa punkty procentowe mogą mieć znaczący wpływ na końcową wycenę. Warto więc poszukać jakiegoś benchmarka, który pozwoli nam określić, jakie założenie jest sensowne.

Zyski branży

Nasza spółka jest z pewnością liderem branży, jednak może kiedyś zostać zdeklasowana, więc jej zyski spadną do poziomu przeciętnego dla danej branży. Czy jest to założenie rozsądne? Według mnie nie, ponieważ trudno znaleźć firmy o dokładnie tych samych parametrach. Trudno porównać CDR do innych spółek z branży gier chociażby ze względu na fakt, że spółka ta oprócz robienia gier, zajmuje się ich dystrybucją pudełkową i cyfrową. Ostatnio sprzedaje nawet puzzle. Oprócz tego branża może być nowa, więc poszukiwanie informacji może okazać się trudne, bo przecież nie wyciągniemy sensownych wniosków na podstawie danych z trzech lat.

Zyski polskich firm

Próbowałem też określić dynamikę na podstawie ogólnych zysków polskich firm - nasza spółka przecież działa i zarabia w gospodarce takiej samej, jak inne firmy. Analiza zysków polskich firm przyniosła pewne odpowiedzi. Okazuje się, że na przestrzeni ostatnich 9 lat firmy zwiększały zyski o około 5% rocznie!
Założenie to wydaje się być rozsądne, bo obrazuje ile zarobiła przeciętna polska firma. Nie uwzględniamy tutaj żadnych uwarunkowań branżowych, jednak uśrednianie tego wyniku jest według mnie dobrym posunięciem, bo przecież nie można zakładać, że branża, w której działa nasza spółka będzie się rozwijać szybciej, niż krajowa gospodarka. Jeśli ktoś badając kilka lat temu branżę budowlaną założył, że zyski tychże firm urosną szybciej, niż reszcie firm, srogo się rozczarował. Pomijam tutaj fakt istnienia jasnych sygnałów nadchodzących kłopotów, jak chociażby niskie marże, na które sam nie zwracałem swego czasu uwagi.

Produkt krajowy brutto

Najrozsądniejsze według mnie założenie to podstawienie do wzoru średniego wzrostu PKB naszego kraju. W latach 2001-2012 rosło ono o 3,77% rok do roku. Wcześniejszego okresu nie brałem pod uwagę, gdyż Polska przechodziła zmiany ustrojowe, które w latach dziewięćdziesiątych miały bardzo pozytywny wpływ na nasze PKB - takie zmiany raczej nie czekają nas w przyszłości. Podobnie jest z wejściem do UE w 2004 roku. PKB wzrosło wtedy bardzo mocno, co również mogło zniekształcić ogólny obraz rozwoju naszej gospodarki.

Uwzględniając "przesadzone" 3,77% wzrostu PKB i 5% dynamiki wzrostu zysków firm doszedłem do wniosku, że rozsądnym założeniem rozwoju naszej spółki po 10 latach jest 3%. Taką właśnie wartość podstawiam do moich wyliczeń - na podstawie takich właśnie danych obliczyłem wartość mojej jedynej spółki z portfela.

Jeśli macie jakiś ciekawy patent na uszczelnienie wyceny, chętnie o nim przeczytam. Bardzo proszę o zostawianie na moim blogu przemyśleń, gdyż to dla nich, a nie dla marginalnych zysków wypisuję swoje myśli i błędy:-)

czwartek, 25 kwietnia 2013

(Nie)przewidywalność branży gier

Na blogu wielu bardzo dobrych inwestorów można przeczytać artykuły na temat branży gier. Z artykułów tych płynie często wniosek o zasadniczej nieprzewidywalności tej branży. Gusta graczy się zmieniają, sprzęt się zmienia, sposoby kupna się zmieniają itd. Ale czy to samo nie dotyczy też innych przewidywalnych branż? Książki też sprzedaje się cyfrowo, gusta czytelników też się zmieniają, więc i za starą poczciwą lekturą trudno nadążyć. Sądzę, że w branży inwestycyjnej wytworzył się bardzo trudny do obalenia mit o nieprzewidywalności mojej ulubionej gałęzi rozrywki. Upadło THQ, Tomb Raider nie zarobił tyle, ile chcieliby twórcy, a Trailer Cyberpunka "ot tak" obejrzało 6 mln osób. Gdzie tu ciąg przyczynowo-skutkowy?

Square Enix wydał na grę Tomb Raider 100mln dolarów. Nie grałem w ten tytuł, ale oceny recenzentów oscylujące wokół 87% pokazują, że to dobra gra. Ale czy wydanie aż tak wielkich pieniędzy miało sens?

Według mnie zdecydowanie nie, ponieważ nowy Tomb Raider był odświeżeniem serii - ryzykowną inwestycją, która mogła nie odnieść sukcesu. Tak duże pieniądze wydaje się na bezprecedensowe pewniaki takie, jak GTA IV, które sprzedało się tylko w wersji pudełkowej w ponad 21 mln egzemplarzy. Tomb Raider na starcie nie miał według mnie szans na przebicie nawet 10 mln. Square Enix po prostu popełnił błąd i było to do przewidzenia. Podobnie z THQ, które od lat było bardzo źle zarządzane. Nie interesowałem się tak głęboko tematem, ale wystraczy znaleźć kilka artykułów, by przekonać się, że firma nie radziła sobie z rosnącym rynkiem i w końcu zaczęła się gubić.

Branża gier może być przewidywalna. Przypomniałem sobie ostatnio serię gier Assassin's Creed studia Ubisoft Montreal. Przeanalizowałem wyniki sprzedaży kolejnych części i ich oceny. Oto wyniki.

Część Oceny Sprzedaż Premiera
Pierwsza 80,33% 10,76 mln 13 lis 2007
Druga 88,66% 10,8mln 17 lis 2009
Brotherhood 89,00% 9,37mln 15 lis 2010
Revelations 80,00% 8,23mln 15 lis 2011
Trzecia 83,00% 9,58mln 20 lis 2012

Zauważcie, że najlepiej sprzedała się część druga, która jako jedyna była robiona przez dwa lata. Nie popieram wypuszczania kolejnych odsłon gier każdego roku, bo jest to trochę nieuczciwa praktyka - w rok nie da się robić dobrych gier przy średniej wielkości studiu. Ubisoft Montreal jest jednak studiem bardzo dużym. Trend wypuszczania kolejnych odsłon w krótkich okresach czasu jest bardzo widoczny w FPS-ach. Co roku mamy nowe Call of Duty (chociaż tutaj kolejne gry są robione przez dwa studia, więc jedną odsłonę produkuje się tak naprawdę dwa lata), a Battlefield 4 wyjdzie zdecydowanie szybciej, niż poprzednie części. Oprócz tego do gry Battlefield 3 wyszło aż 5 płatnych dodatków, na które wielu moich kolegów wydało 150 złotych (tyle samo za podstawową wersję gry). Taka taktyka może i jest zyskowna, ale według mnie nie jest dobra w długim terminie. Największymi, długoletnimi zwycięzcami są studia, które robią gry swoim tempem i mają w głębokim poważaniu konkurencję. Blizzard nie wydaje gry co roku, a na nową część GTA czekamy już 5 lat. To takie gry sprzedają się w ilościach powyżej 15 mln egzemplarzy przez >10 lat. Wątpię, aby Battlefieldy były tak dobre przez wiele lat, skoro są robione w pośpiechu. Poganiany też nie lubi być CDR, który Wiedźmina 3 wyda w 2014 roku, a więc 3 lata po premierze "dwójki". Pamiętajmy jednak, że CDR ma gotową technologię, dzięki czemu proces produkcji gry znacznie się skrócił bez (mam taką nadzieję) utraty jakości. Wszystko dzięki całkowitej niezależności studia CDR. Dzięki temu studio może samo opracować plan rozwoju i zarząd ma pewność, że nikt nie powie programistom: "dawać to na jutro, nie obchodzi mnie ja wam wyjdzie". Swobody twórczej nie ma studio DICE (Ci od Battlefielda), które pod naciskami naprawdę krwiożerczej firmy EA, produkują kolejne strzelanki, chociaż lepszym posunięciem byłoby wydanie nowej części Mirror's Edge, która sprzedała się znacznie słabiej, ale rozwój tego brandu zapewniłby dywersyfikację przychodów.

Mam nadzieję, że "taśmowa" produkcja "Asasynów" nie odbije się na jakości kolejnych części, bo lubię tę serię. Zegarkowa jest jednak sprzedaż, która utrzymuje się na bardzo dobrym poziomie już 6 lat. Chciałbym, żeby tyle sprzedało się Wiedźminów 3 - byłaby to dla mnie prawdziwa gwiazdka z nieba. Jest to przyszłość trudna do przewidzenia. Ale podajcie mi branżę, która za 20 lat będzie taka sama...

czwartek, 18 kwietnia 2013

Śnieżka i zwątpienie - gdy inwestora trafia szlag

Nie mam bogatego doświadczenia w inwestycjach, w związku z czym nie mogę się pochwalić dziesiątkami analiz i historiami, które zadziwiłyby koneserów z kilkunastoletnim stażem pracy w tej branży. Niewiele było też sytuacji, w których po wielu tygodniach analizy stwierdziłem, że cała praca poszła na marne.

Jakiś rok temu obiecałem Wam analizę spółki Śnieżka, jednak po ostatecznym zakończeniu analizy stwierdziłem, że nie jestem tą spółką zainteresowany. Nie znałem wtedy jeszcze pytań Fishera, ale sam doszedłem do wniosku, że spółka ta nie spełnia jednego z wymagań, które zdążyłem sobie do tamtej pory wypracować. Pod tym względem nie zmieniło się wiele - Śnieżka jest nadal dobrą spółką, ale pewien szkopuł nadal jest - dzisiaj mając 15 punktów Fishera również nie kupiłbym tej spółki. Ostatnio jednak sprawdziłem kurs Śnieżki. Kiedy zaczynałem wycenę, cena oscylowała w granicach 22-23 złotych. Dzisiaj kosztuje 46 złotych.

"Zaprzepaściłem" szansę na okrągłe 100% zysku w niecały rok. Czy żałuję? Nie. Przede wszystkim dlatego, że Śnieżka urosła... tak po prostu - wyceniałem ją na 34-37 złotych, czyli około 30% poniżej wartości wewnętrznej. Nie chciałem płacić za spółkę, która przez ostatnie lata zwiększała przychody o 6% r/r i która zamyka się w sobie, gdy sprawy nie idą najlepiej. Nie mogę jednak skłamać, że nie zrobiło mi się przykro, bo przecież moja jedyna spółka w tym samym czasie urosła o jakieś 20-25%.

Jak nie rozwalić w takich sytuacjach klawiatury? Przede wszystkim należy zrozumieć, że rynek lubi sobie robić pospolite "jaja" z inwestorów, który myślą, że rynek jest ich sługą. Owszem - jest, ale tylko takim, który wyświadcza nam przysługi wtedy, gdy przyjdzie mu na to ochota. Rynek sprawia nam miłe niespodzianki w postaci akcji za połowę wartości bez powodu, więc dlaczego miałby nie robić niezasłużonych prezentów spekulantom w postaci wzrostów o 100%? Rynek działa tak samo nieracjonalnie w obie strony, jednak prezenty w długim terminie dostają tylko Ci, którzy dobrze rozumieją fundamentalne przyczyny wzrostu kursu. Na pewno wiecie, że żaden prezent, czy ulga podatkowa nie trwa wiecznie. Na giełdzie na "wieczność" trwa maksymalnie kilka lat. Potem na wierzch wychodzą wszystkie kłamstewka.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Wyćwierkać rynek

Od czasów Fishera w kwestii analizy zmieniło się bardzo dużo. Nowoczesne technologie przetwarzania danych pomagają badać spółki jeszcze bardziej dogłębnie, niż chociażby 10 lat temu, kiedy najmocniejszy komputer wykonywał obliczenia wolniej, niż współczesny telefon komórkowy. Jako pasjonat postępu staram się zgłębiać wiedzę na temat socjotechniki, pozyskiwania informacji z niestandardowych źródeł oraz badam opinie konsumentów czytając wpisy na portalach społecznościowych. To wszystko ogrom możliwości, które często wychwalam, jednak błędem byłoby zignorowanie niebezpieczeństw, które czyhają "w kablach". Co więcej, tych potencjalnych zagrożeń jest więcej, niż kiedyś. Znalazłem artykuł, który dobrze obrazuje to zagrożenie.

Pewien fundusz podejmuje decyzje inwestycyjne tylko w oparciu o wpisy na portalach społecznościowych. System działa na dość prostej zasadzie: na podstawie przypisanych do kategorii uczuć, które płyną z wpisów, fundusz decyduje, czy w danym okresie kupić akcje, czy odłożyć tę decyzję na później. W krótkim czasie fundusz ten pobił 7-krotnie indeks giełdowy. Twórcy ostrzegają, że strategia ta jest wysoce spekulacyjna, ale "prognozują roczną stopę zwrotu z funduszu na poziomie 60%". Moi wierni czytelnicy, którzy czytali "Inteligentnego Inwestora" na pewno mają uczucie deja vu. Reszta musi zostać uświadomiona - takie zyski nie są możliwe w długim terminie, dlatego ŻADEN inwestor nie powinien wierzyć w te bajki.

Analizując samodzielnie zainteresowanie produkcjami mojej spółki - cd projekt red - napotkałem na wiele sprzecznych informacji. Trailer Cyberpunka 2077 obejrzało na głównym kanale 5,5mln razy - najpopularniejszy filmik z drugiego Wiedźmina - 3,5 mln razy. Zaświeciła mi się czerwona lampka. Nowa produkcja tak po prostu zdobywa tak duże zainteresowanie z dnia na dzień? Przez chwilę myślałem nawet, że stałem się ofiarą manipulacji - miałem w głowie artykuł o firmie SONY, która "podbijała" sztucznie wyświetlenia w serwisie Youtube. Dopiero po upływie kilku dni wpadłem na prosty sposób sprawdzenia, czy rzeczywiście tak było. Użyłem najprostszej metody na świecie - wpisałem nazwy dwóch gier CD PROJEKTU do najlepszej maszyny szpiegowskiej na świecie - wyszukiwarki Google. Zbadałem liczbę odnośników, która widnieje tuż pod paskiem wyszukiwania. "Witcher 3" odnosił się do 30,5 mln wpisów, zaś "Cyberpunk 2077" miał 11,5 mln odnośników. Pamiętajmy jednak o tym, że wpisy "Witcher" odnosiły się też do poprzednich odsłon serii, zaś "Cyberpunk" to również papierowy system RPG. Doszedłem więc do wniosku, że trailer produkcji CDR mógł zostać wyświetlony 5,5 mln razy. Z dużym prawdopodobieństwem mogę więc przypuścić, że CDR jednak mnie nie oszukał - jestem skłonny w to uwierzyć chociażby ze względu na fakt, że nigdy wcześniej nie miałem "okazji" przekonać się o manipulacjach ze strony tej spółki.

Powyższy akapit nie miał na celu obrażania prezesów CDR - chciałem tylko zaznaczyć, że błędne wnioski można wyciągnąć wszędzie i przy analizie każdej spółki. Zdecydowanie najłatwiej jest pomylić się właśnie w sieci. Podobne manipulacje spotkać można na portalu metacritic.com, który zbiera opinie recenzentów i użytkowników o filmach, grach itd. Manipulacje na tej stronie przechodzą wszelkie granice. Badając oceny użytkowników zauważyłem, że aż roi się tam od profili, które zostały stworzone tylko po to, by dać Wiedźminowi 2 ocenę "zero", a konkurencyjnej grze Dragon Age 2 sprezentować "dychę". Od tego czasu patrzę tylko na oceny recenzentów, którzy muszą podpisać się pod swoją opinią - manipulacje są więc dużo trudniejsze... ale nie wykluczone. Pewnej firmie z branży gier, przy której CDR to mały karzełek udowodniono, że wykupywała dobre oceny w czasopismach i serwisach branżowych. Na szczęście znaleźli się uczciwi recenzenci, którzy sprawę nagłośnili.

Dość tych przykładów - mam nadzieję, że przemówiłem do wyobraźni tym, którzy uważają, że sieć to wspaniałe źródło informacji. Zgadzam się z Wami, ale jednocześnie przestrzegam przed zbyt pochopnym podejmowaniem decyzji w oparciu o analizy opracowane na podstawie wątpliwych danych.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Siejąc postrach wśród konkurencji

Każdy produkt ma jakiś substytut, a każda firma może zostać wyparta przez lepszą. Analizując firmy szukamy odpowiedzi na pytania dotyczące jakości, zarządzania, perspektyw i wartości. Aby spółka przyniosła nam dziesięciokrotny zysk, musi wykreować rynek dla swoich produktów, lub odebrać ten rynek konkurencji - to jest dużo częstszą praktyką. Inwestor zawsze może się pomylić, podkoloryzować obraz sytuacji, albo popełnić błąd wynikający z braku wiedzy. Jest jednak pewna prosta zależność, która pozwala zweryfikować nasze wnioski.

Wybrana przez nas spółka musi być najlepsza w branży, doskonale organizować sprzedaż i posiadać dobre zaplecze technologiczne, by pozostać na szczycie, lub zepchnąć z niego inną firmę. Konkurencja, która widzi szarżującą na ich zyski doskonałą firmę, odczuwa strach. Warto więc sprawdzić, jakie relacje łączą spółkę z jej konkurentami. Boją się oni? Może próbują naśladować? A może już zaczynają oddawać pole bez zażartej walki?

Postrzeganie posiadanej firmy przez konkurencję jest bardzo ważne z prostego względu. Niedokładny inwestor może pominąć wiele istotnych faktów dotyczących branży. Konkurencja na pewno zna daną branżę lepiej, niż posiadający akcje wspaniałej spółki inwestor. Chociaż tacy ludzie prowadzą "tę gorszą" firmę, ich wiedza pozwala wyciągnąć bardzo racjonalne wnioski. Podejrzewam, że nie da się znaleźć doskonałej spółki, której nie boi się konkurencja. Pisał o tym zarówno Philip Fisher, jak i jego syn Kenneth.

Czego szukać? Niestety trudno opracować metodologię poszukiwań. Oprócz wszystkich materiałów dotyczących ściśle spółki, należy przejrzeć wszystkie wywiady z prezesami konkurencyjnych firm. Jeśli firmy nawiązują bezpośrednią walkę, na pewno pojawią się pytania na temat potencjalnie wspaniałej spółki. Przykłady w moim portfelu można mnożyć: jakiś czas temu wydawnictwo LEM rywalizowało z CDR o prawa do dystrybucji gier Blizzarda - walkę CDR wygrał, aczkolwiek wiele innych tytułów CDR "stracił". Słowo wziąłem w cudzysłów, ponieważ podejrzewam, że CDR zmienia nieco strategię i to, co wyprawia teraz na rynku wydawniczym nie jest nieudolnym zarządzaniem, ale sprytnym podnoszeniem marży - na razie efekty są średnie.

Drugi przykład - ten podoba mi się bardziej. Legenda gier RPG - firma BioWare chce za wszelką cenę wydać swoją grę przed premierą trzeciej części Wiedźmina. Firma ta boi się stawania w szranki z CDR, bo przy okazji premiery Wiedźmina 2, recenzenci masowo porównywali grę polskiego studia, do drugiej części Dragon Age'a. Werdykty były nadzwyczaj jednomyślne. Taki artykuł stanowi doskonałe podsumowanie analizy CDR: czy CDR ma dobre produkty? Tak. Czy prowadzi doskonałą sprzedaż? Tak. Czy zmierza na szczyt? Tak - przytoczony artykuł pokazuje, że moje odpowiedzi na postawione pytania są poprawne.

Czy serwis GOG jest postrachem wśród konkurencji? Obawiam się, że jednak większe emocje wywołuje STEAM. Chociaż gog rośnie 100% rok do roku, to jednak STEAM jest poza zasięgiem przeciętnej platformy z grami. GOG ma jedynie ułamek przychodów STEAMA, a cała grupa CDR nie ma pieniędzy, by podjąć walkę. Podejrzewam jednak, że po premierze Wiedźmina 3 i Cyberpunka 2077, spółka będzie mieć wystarczająco dużo środków, by odebrać STEAM-owi sporo klientów. Na razie jednak STEAM nie boi się GOG'a. Około rok temu byłem pewny, że gog pobije STEAM'a w ciągu 5 lat. Dzisiaj wiem, że nie ma wielkich podstaw, by sądzić, że tak się stanie. Taki wniosek właśnie pozwoliła mi wyciągnąć analiza relacji dwóch konkurentów.

czwartek, 28 marca 2013

Konkursy i konkursiki

Czytanie o inwestowaniu mnie odpręża. W wolnych chwilach lubię przeczytać to, co znam - nierzadko wpadam na nowe, wspaniałe pomysły podczas kolejnej lektury tego samego tekstu. Dzisiejszy uderzył do mnie podczas kolejnej lektury rozdziału "Kiedy kupować" w znakomitych "Zwykłych akcjach, niezwykłych zyskach".
Fisher opisywał w tym rozdziale spółkę Food Machinery jako okazję inwestycyjną, którą wprawne oko mogło dostrzec w chwili, gdy zdecydowana większość analityków z Wall Street uważała zarząd tej spółki za mało kompetentny. Innego zdania było Jury konkursu, które wyłoniło najlepiej zarządzaną firmę w branży chemicznej. Nagroda trafiła do Food Machinery, a ówcześni giganci musieli obejść się smakiem. Słowem-kluczem nie jest tutaj "nagroda" - jest nim "jury".

W skład Jury wspomnianego konkursu wchodziło "wiele wybitnych postaci", w tym naukowcy i najlepsi przedstawiciele branży, których obiektywność i profesjonalizm był odpowiedni. Taki właśnie konkurs daje inwestorowi istotną wskazówkę. Naukowcy związani z branżą na pewno wydadzą lepszy osąd, niż związani z inną branżą ludzie, którzy mogą mieć duże osiągnięcia, ale rzadko można oczekiwać od nich rzeczowego werdyktu.

Pierwszy konkurs, który przyszedł mi do głowy to "Przedsiębiorca Roku" Ernst & Young.
Warto przyjrzeć się składowi jury. Nie będę podawał nazwisk - nie są one tutaj istotne. Ważniejsze jest to, kim oni są z zawodu i jakie są ich osiągnięcia:
- były prezes dużego banku i przewodniczący Rady Gospodarczej przy premierze RP,
- autor 20 inwestycji bezpośrednich w znanym funduszu,
- właściciel polskiego koncernu spożywczego - jeden ze zwycięzców konkursu,
- szef dużej spółki obuwniczej - również zwycięzca jednej z edycji konkursu,
- prezes firmy produkującej farby na szeroką skalę - również laureat,
- bliski współpracownik jednego z poważanych ekonomistów w kraju, ambasador w USA,
- założyciele spółki, w której mam sporo oszczędności:-),
- prezes znanej na całym świecie firmy produkującej okna,
- inwestor, który przeprowadził pierwsze w Polsce przejęcie spółki publicznej,
- laureat nagrody dla jednego z najlepszych menadżerów w Europie Środkowej.

Trudno odmówić ludziom wymienionym wyżej kompetencji. Jednak warto zauważyć, że nie sprawdzili by się oni jako jury w konkursie na najlepszą piosenkę roku. Ich kompetencje są inne. Konkurs "Przedsiębiorca Roku" ma dość proste, a zarazem wymagające kryteria. Pozwolę sobie zacytować stronę:
"Już od 10 lat niezależne Jury, dokonuje wyboru najlepszego przedsiębiorcy nie tylko na podstawie kryteriów ekonomicznych, ale także pozaekonomicznych takich jak: determinacja, pasja, wizja, etyka, zaangażowanie w przedsięwzięcia na rzecz społeczności lokalnych, dbałość o środowisko naturalne."
w skrócie:
- przedsiębiorczość,
- strategia,
- wyniki finansowe,
- działalność międzynarodowa,
- innowacyjność,
- relacje z pracownikami i otoczeniem.

Kryteria i ludzie wchodzący w skład jury pozwalają wysunąć wniosek, że laureat takiego konkursu prowadzi dobrze prosperującą firmę, która ma duże szanse na zwiększenie swojej wartości w ciągu najbliższych lat. Interesujący jest fakt, że sędziowie podpisują umowę, w której zobowiązują się do zachowania dla siebie wszelkich informacji, które pozyskają w badanych spółkach. Często ich wiedza nie jest dostępna dla zwykłego śmiertelnika. Podejrzewam, że inwestor, który chciałby posiąść podobną wiedzę, musiałby w sposób nie do końca legalny szukać informacji, czego na pewno zdecydowana większość wolałaby uniknąć. Otrzymujemy tylko werdykt i wnioski. Niemal na pewno przedstawione informacje nie zadowolą dobrego inwestora, ale przecież wnioski, które wyciągnęli sędziowie, są z dużym prawdopodobieństwem miarodajne. Lepszy ryc, niż nic. Strona konkursu "Przedsiębiorca roku" zawiera również wiele odnośników do artykułów, które ciężko znaleźć, gdy wpisujemy w wyszukiwarkę nazwę interesującej nas firmy. Prezes spółki, której właśnie się przyglądam, również był finalistą tego konkursu. Na razie nie zdradzam, o jaką spółkę chodzi.

Jak wystrzegać się błędów? Przede wszystkim unikać sędziów-amatorów. Dotyczy to w szczególności WSZYSTKICH konkursów, w których decydują głosy internautów. Prawda jest zazwyczaj naciągana: albo głosują sami właściciele firm, albo amatorzy i ignoranci, których werdykt jest tak samo przydatny, jak sondaże przeprowadzane w "reprezentatywnej grupie osób".

Mała dygresja: jedna ze szkół, do której uczęszczałem brała udział w konkursie, w którym nagrodą były jakieś dotacje. Polegał on na tym, że rejestrując się na stronie z pomocą adresu e-mail, użytkownik oddawał głos na szkołę. Co wymyślono w mojej szkole? Każdy uczeń musiał przynajmniej kilka razy założyć nowy adres e-mail i zagłosować. Sprzeciw co prawda nie był karany, ale sam fakt "grożenia palcem" był według mnie śmieszny. Tym bardziej, że podczas dawania reprymend, przewijały się wyrażenia takie, jak "obniżone sprawowanie", czy "jedynka z informatyki".

Jeśli znacie jakieś ciekawe konkursy, chętnie zobaczę ich kryteria. Niestety nie znalazłem żadnego konkursu dotyczącego ściśle giełdy, który wyłonił zwycięzców w sposób nieracjonalny. Dobrze byłoby jednak "potrenować" na takim konkursie, by wiedzieć w przyszłości, czego unikać.

czwartek, 21 marca 2013

Aby zostać ekspertem

Znalazłem ostatnio ciekawy, chociaż dość stary artykuł traktujący o rozwoju zawodowym. Według badań specjalistów od HR-u potrzeba 10 tysięcy godzin, aby zostać mistrzem w danej dziedzinie. Liczba ta oczywiście jest zaokrąglona, nie do końca prawdziwa i miarodajna, jednak przyjrzenie się tym zaskakująco zgodnym seriom badań może dostarczyć nam ciekawych wniosków na temat naszych umiejętności inwestycyjnych.

Ile to jest 10 tysięcy godzin? Kiedy nie znałem jeszcze Tracy'ego i nie przygotowywałem się do matury, znajdywałem na moje zainteresowania około godziny dziennie. Po maturze dzięki optymalizacji mojego czasu pewnie będę w stanie znaleźć około 2 godzin dziennie (ewentualne braki w ciągu tygodnia uwielbiam uzupełniać w niedzielę) na moje zainteresowania. Kiedy więc teoretycznie zostanę specjalistą od inwestowania skoncentrowanego? Za 12 lat! To stanowczo za długo, by opłacało się zajmować inwestowaniem "obok" głównych zajęć, czyli pracy, czy szkoły.
Czy musicie więc czekać aż 12 lat, abym mógł powiedzieć o sobie "ekspert do spraw inwestowania"?
Pomijając kwestię talentu (według mnie nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy taki talent posiadamy) musimy przyjrzeć się, na co tak właściwie potrzeba tych 10 tysięcy godzin.

Z pomocą przychodzi do nas Brian Tracy, który w swojej książce "Zjedz tę żabę" rozbija każdy zawód na dziedziny kluczowe. Najprościej będzie to wytłumaczyć na przykładzie: dobry kierowca powinien:
- sprawnie przełączać biegi, by spalać mniej paliwa,
- orientować się w nazwach ulic, miast i sprawnie używać nawigacji,
- szukać alternatywnych, lub bezpłatnych dróg,
- unikać korków,
- umieć wyprowadzać samochód z poślizgu,
- znać budowę samochodu, by identyfikować potencjalne usterki itd.
Kluczowa rada Briana Tracy polega na udoskonalaniu swoich umiejętności w każdej z kluczowych dziedzin. Łatwo zauważyć, że brak umiejętności w jednej dziedzinie może wypaczyć doskonałe osiągnięcia w każdej innej. Co z tego, że kierowca potrafi spalić mniej paliwa, niż 6 litrów, skoro nie potrafi szukać krótszej drogi, albo nie wie, że otwarte szyby zwiększają opór powietrza.

Z połączenia dziedzin kluczowych i wyników badań z pierwszego linka wyłania się jasny wniosek: Im lepiej identyfikujemy nasze dziedziny kluczowe i równomiernie nad nimi pracujemy, czas potrzebny do osiągnięcia mistrzostwa, skraca się nawet o kilkadziesiąt procent.
Jakie są dziedziny kluczowe dla inwestora skoncentrowanego?
- sprawna wycena przedsiębiorstw,
- budowanie cierpliwości i umiejętność "usiedzenia na czterech literach",
- kontrolowanie swojego strachu i chciwości,
- sprawne poruszanie się w kręgu kompetencji,
- znajomość terminów i pojęć związanych z raportami,
- budowanie umiejętności samodzielnego myślenia,
- sprawne pozyskiwanie informacji (zwłaszcza w przypadku niestandardowych źródeł),
- umiejętność rozpoznania intencji zarządzających firmą,
- umiejętność odróżniania dobrych książek od złych.
Nie wiem, czy wypisałem wszystkie - proszę moich czytelników o dopisywanie swoich pomysłów, bo patent na spisanie dziedzin kluczowych dla inwestora bardzo mi się spodobał w trakcie pisanie tego posta.

Mamy więc listę dziedzin kluczowych. Podczas jej analizowania zauważyłem, że wiele umiejętności mam już w znacznym stopniu rozwiniętych. Wpadłem na genialny wniosek: niektóre dziedziny kluczowe możemy mieć rozwinięte jeszcze zanim w ogóle zaczniemy się daną dziedziną interesować. Cierpliwości uczyłem się przez całe gimnazjum, kiedy to koledzy ciągle chcieli spisywać pracę domową. Również rozmowy z nachalnymi akwizytorami, czy chociażby czekanie na odpowiedni moment do ataku w grze strategicznej pozwalały mi budować cierpliwość. Dziedziny kluczowe rozwijałem nie wiedząc nawet, że za 3 lata będę pisał bloga o jakimś tam inwestowaniu. Również samodzielne myślenie kreowałem od momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że telewizja mną manipuluje i muszę nauczyć się odróżniać informację od reklamy. Być może dlatego nigdy nie kupiłem książki typu "Jak zostać zawodowym inwestorem w tydzień".

Która dziedzina kluczowa u mnie leży? Jak zauważył jeden z czytelników, jest to znajomość sprawozdawczości. Uważam, że to ta dziedzina kluczowa, która może wypaczyć umiejętności w innych dziedzinach. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale na pewno czytelnicy zauważyli, że nie znam wielu terminów, ale nie zwrócili uwagi na fakt, że dzięki unikaniu telewizji, myślę nieco inaczej. Skupianie uwagi na tym, co we mnie złe nie jest niczym złym, ale udowadnia, że brak jednej umiejętności znosi wszelkie zyski z pozostałych dziedzin. Zauważył to również Tracy.

Skoro spędziłem kilka tysięcy godzin na dyktowaniu kolegom zadań, przez co moja cierpliwość jest dzisiaj całkiem niezła, ile potrzeba mi czasu? Na pewno jest jakiś czytelnik, który wpadł na myśl, że nie ma sensu tego obliczać, bo i po co? Nie zainwestuję, bo nie jestem specjalistą? A jeśli nie kupię (pozbawię się możliwości kontrolowania emocji), to czy taka "wirtualna transakcja" będzie się liczyć w moim doświadczeniu? Mając listę dziedzin kluczowych nie należy się zastanawiać, jak nazwać mój poziom doświadczenia, tylko ulepszać tę dziedzinę, która kuleje - u mnie jest to sprawozdawczość.

Zamiast więc po maturze szukać kolejnej książki o cwanych socjotechnikach, powinienem kupić książkę o podstawach sprawozdawczości. Dopiero potem mogę się zając kolejnym, najsłabszym ogniwem.

czwartek, 14 marca 2013

Telepraca - wymagać jej od wspaniałej spółki?

Czym jest telepraca zapewne wie większość czytelników tego bloga. Pracownik zamiast dojeżdżać codziennie do firmy, może wykonać całą pracę w domu i wysłać wyniki przez internet. Matka może opiekować się dzieckiem będąc w pracy, ojciec nie musi tracić czasu na stanie w korkach. Nie bez znaczenia jest też fakt, że szef "nie może stać nad nami" i pilnować, czy aby na pewno się nie obijamy.

Wbrew ogólnym przekonaniom telepraca jest dodatkowym środkiem motywacji. Więź i konieczne zaufanie, którym musi obdarzyć nas szef sprawia, że czujemy się bardziej potrzebni, przez co pracujemy efektywniej. Łatwo więc dostrzec zaletę telepracy: Nie obniża ona wydajności, ale obniża koszty zarówno po stronie pracodawcy, jak i pracownika.

Najważniejszym (według mnie) zagrożeniem związanym z telepracą jest izolacja. O ile "domolub" będzie czuł się w domu-biurze swobodnie, o tyle ludzie bardziej potrzebujący kontaktu z ludźmi, mogą czuć się samotni, co może źle wpływać na motywację.

Nie bez znaczenia jest też kwestia bezpieczeństwa. Pracownik, który przesyła dokumenty pocztą, może paść ofiarą kradzieży danych, co jest na ogół znacznie łatwiejsze, niż w przypadku zabezpieczonych sieci firmowych. Na korzyść telepracy działa jednak fakt decentralizacji. Łatwiej jest pobrać dane z jednego dysku sieciowego, niż kilku różnych komputerów rozproszonych po różnych zakątkach miasta. Po lekturze książki "Sztuka Podstępu" wiem, że w obu przypadkach dane nie są bezpieczne, więc kwestia bezpieczeństwa nie powinna być generalizowana - wszystko jest kwestią dobrego szkolenia pracowników.

W przypadku pracy na odległość trudniejsza jest również kontrola - nie da się zmierzyć motywacji, a ogólne oszczędności z tego tytułu są trudno porównywalne, lub widoczne z perspektywy czasu. Nie każda firma może pozwolić sobie na eksperyment, którym telepraca nadal jest w wielu przypadkach. Zarządzanie grupą telepracowników jest najnormalniej w świecie trudne.

Teoria teorią, ale czy inwestor musi brać pod uwagę telepracę w kontekście cięcia kosztów w danej firmie? Oczywistą rzeczą jest, że nie w każdej branży da się zastosować telepracę. Również w spółkach technologicznych raczej trudno byłoby całkowicie przejść na telepracę, chociaż pozornie może wydawać się to możliwe. Chociażby CD PROJEKT, który do pracy swoich ludzi potrzebuje specjalistycznego oprogramowania, czy sprzętu, raczej nie mógłby wysłać pracowników do domu. Koszt kupna dodatkowej licencji na 3dmaxa, czy chociażby wydajnego komputera jest nie bez znaczenia, a korzyści wynikające z większej motywacji mogą okazać się mierne.

Według mnie jest wciąż za wcześnie, by telepraca stała się powietrzem, bez którego spółka nie może żyć. Ograniczenia technologiczne są wciąż duże, więc przejście na telepracę w przypadku większej części pracowników wymaga gruntownej restrukturyzacji. Telepraca daje spore oszczędności, ale nie są one warte eksperymentowania, bo koszty są wysokie, a wyniki ściśle zależne od konkretnej spółki. Pewnie za 10 lat telepraca będzie już sztuką, w której będziemy mieć mistrzów nawet w naszym kraju. Jedno jest pewne - pionierzy w tej dziedzinie będą na pewno spełniać wymagania punktu Fishera dotyczącego cięcia kosztów. Zjawisko to należy więc według mnie uwzględniać, ale jego braku nie należy odczytywać jako kroku wstecz.

czwartek, 7 marca 2013

Cechy wspólne mistrzów i sens czytania o inwestowaniu

Niezbyt odkrywczy będzie ten post, ale jest to "mały krok dla ludzkości, wielki krok dla mojej kariery". Uświadomiłem sobie, jaka cecha łączy absolutnie wszystkich zwycięzców giełdy. Od Grahama, przez Fishera, po Buffetta, a nawet Schiffa. Wszyscy oni myśleli niezależnie. Szli pod prąd i dzięki temu nie robili rzeczy tak głupich, jak reszta inwestujących. Dzięki samodzielnym poszukiwaniom odnieśli sukces, który przecież nie jest łatwo osiągnąć zwykłemu człowiekowi. W podobny sposób można chociażby podważyć zasadność demokracji:-)

Kim byłbym dzisiaj, gdybym nie zadał sobie pytania, ile są tak naprawdę warte zwyżkujące akcje CD PROJEKT? Dlaczego bessa wybucha zawsze ku wielkiemu zaskoczeniu inwestorów? Zadałem sobie te pytania, bo moje myśli ciągle krążyły wokół tego, co posiadam. Byłem ciekawy, co jest w środku. Ciekawość miałem zapisaną w genach. Gdybym jej nie miał, pewnie teraz byłbym niemyślącą ofiarą mainstreamowych mediów. Chociaż nie osiągnąłem (być może tylko "jeszcze") sukcesu, cieszę się z niezależnego myślenia. Nie musicie być inwestorami, ale samodzielne myślenia odkryje przed wami nowe tajemnice. Jeśli kariera inwestora nie jest wam pisana, na pewno odnajdziecie się w innej dziedzinie. Może być to taniec, moda, śpiew, czy cokolwiek innego. Nie uda wam się, jeśli waszą pasję wskaże wam telewizja, która przecież faworyzuje wymienione wcześniej zainteresowania, a zaniedbuje troskę o samodzielne myślenie.

Myśl samodzielnie, nie słuchaj innych ludzi. Czy to aby na pewno dobre? Można by iść dalej i zdać się w zupełności na własne doświadczenie i nie czytać książek. "O tak, żadnej literatury" - myśli sobie leniuszek.< /br>
Sam jednak jestem żywym przykładem na to, że książki nie odbierają samodzielnego myślenia - wręcz przeciwnie. Książki pozwalają odseparować pomysły idiotyczne od tych lepszych. Gdybym wcześniej przeczytał książkę Fishera, od razu kupowałbym to, co rozumiem. Gdybym kupił wcześniej książkę Grahama, nie zostałbym u szczytu hossy z akcjami kupionymi za wysoką cenę. Gdybym wcześniej zaczął czytać, wcześniej zacząłbym zarabiać.

Telewizja wbrew pozorom nie jest wolna. Literatura i internet są pod silnym wpływem telewizji, chociaż sieć ze względu na interaktywność, pozostaje jedynym miejscem całkowicie wolnego przepływu informacji. Korzystajmy z tego, do póki możemy. Ktoś, kto nie będzie zadawać pytania "dlaczego", nigdy nie odniesie sukcesu. Zniewolone media nie pozwolą przeciętnemu odbiorcy zadać pytania "dlaczego". Doceńmy okazję do samodzielnego myślenia.

czwartek, 28 lutego 2013

Nie wynajduj czegoś, co zostało wynalezione

Nie lubię dziennikarzy. Wielu uważa, że sprzedaliby oni własną matkę, by zdobyć sensacyjny materiał. Słysząc, że pielęgniarka popełniła samobójstwo, bo dała się wykorzystać dziennikarzom, można odnieść wrażenie, że inwestor-socjotechnik, który postępuje etycznie, powinien nie korzystać z tego typu metod. Sam zastanawiając się nad metodami zdobycia cennych informacji doszedłem do wniosku, że granica etyki jest bardzo cienka, a czasami nawet umowna. Jedno jest pewne - dziennikarze są potencjalnie jednymi z najlepszych socjotechników - ich zawód wymaga szukania tego, czego nie można znaleźć. Są oczywiście ludzie, którzy łamią zasady etyki dziennikarskiej, by zdobyć informacje, które są w ocenie danego dziennikarza na tyle ważne, że wymagają odtajnienia za wszelką cenę. Chyba każdemu na myśl przychodzi Julian Assage, który opublikował wiele tajnych dokumentów, które teoretyczne powinny zostać na zawsze tajne. Oczywiście media oskarżały Assage'a o naruszenia bezpieczeństwa, ale w mojej ocenie raporty, które on zdobył, były tylko niewygodne. Wojny z tego nie będzie, chociaż media (również u nas) jednogłośnie przedstawiały Assage'a jako zdrajcę.

Uczciwi, czy też nie - osoby pracujące w Wikileaks to mistrzowie swojego fachu. A co, jeśli na liście ich metod pozyskiwania informacji są patenty, które są etyczne i przydatne dla inwestora? Taka wiedza jest warta uwagi, chociaż powoli zaczynam sobie uświadamiać, że nie ma zbyt wielu inwestorów, którzy tak dogłębnie szukają wiedzy w tym właśnie zakresie. Większości inwestorów wystarczają najzwyklejsze w świecie rozmowy, wywiady i telefony. Większość spekulantów pewnie nawet nie ogląda telewizyjnych wywiadów:-)

Szukając materiałów do tego posta natrafiłem na tę książkę:
Wikileaks od środka

Książka ukazuje biografię założyciela Wikileaks - nie czytałem tej książki, ale wydaje się ona być ciekawą pozycją. Dlatego rozważam dodanie jej do listy lektur dla inwestora. Jeśli ktoś czytał, proszę o opinię w komentarzach.

Warto korzystać z dorobku zawodowego dziennikarzy. Dzięki temu nie musimy odkrywać, jakie metody są szybkie i skuteczne. Informacje są bezcenne, a przeciętny inwestor nie ma tylu możliwości, co znany i dysponujący dużą ilością gotówki fundusz. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby okazało się, że jakiś fundusz w Polsce korzysta z bardzo "niestandardowych" źródeł informacji.

Wspomniana książka nie jest droga, więc być może się skuszę. Jeśli moi czytelnicy mają jakieś inne książki, strony, czy artykuły na temat pozyskiwania informacji, proszę o dodawanie komentarzy.


czwartek, 21 lutego 2013

Dlaczego warto mieć własne zdanie przy wyborze akcji wzrostowych?

Podczas rozmów z wieloma bardziej doświadczonymi inwestorami bardzo rzadko pojawia się kwestia wyceny metodą zdyskontowanych przepływów pieniężnych. Chociaż cała sztuka inwestowania polega na kupnie wspaniałych spółek za dobrą cenę, wielu nawet najbardziej doświadczonych inwestorów nie wycenia firm, albo robi to tylko szczątkowo - uwzględniając tylko podstawowe wskaźniki analizy fundamentalnej. Czy to właściwe podejście? Moi czytelnicy wiedzą, że chociaż cenię Fishera, który stawiał cenę na drugim miejscu, zawsze robię wiele symulacji. Bardziej, lub mniej precyzyjne wyceny są mi potrzebne. Kto więc ma racje? Ci, którzy mają więcej doświadczenia i nie wyceniają firm, czy może Ci, którzy każdą analizę kończą na zamknięciu arkusza z DCF-em?

Dyplomatyczne "nikt" nie nauczy wiele moich czytelników. Musimy się zastanowić, dlaczego warto taką wycenę robić. Akcje wzrostowe mają zawsze silne podstawy do generowania wysokich zysków w przyszłości. Doskonałym przykładem jest spółka CD PROJEKT RED, która aby zmotywować swoich pracowników do lepszej pracy, opracowała program, którego celem jest zysk netto minimum 178 mln złotych w latach 2012-2015. W tym roku spółka zarobi mniej więcej tyle, ile w poprzednim roku - około 25 mln złotych. Oznacza to, że żeby program motywacyjny odniósł sukces, spółka musi zarobić w kolejnych trzech latach średnio 51 mln złotych, a więc utrzymać dwucyfrową dynamikę wzrostu. Bez wątpienia to dużo, ale zarówno z moich wyliczeń, jak i z samej istoty programu motywacyjnego (nie można kusić marchewką, której nie da się zdobyć), że jest w to w zasięgu możliwości. Czy rzeczywiście spółka tyle zarobi - nie wiem, ale mam pojęcie, w jaki pułap celuje spółka.

CD PROJEKT od wielu miesięcy ma wskaźnik C/Z powyżej 25, co jest uznawane raczej za wysoki wskaźnik. Jeśli jednak cena się utrzyma, a zyski rzeczywiście wzrosną wspomnianych 50 mln, wskaźnik C/Z spadnie do 10, co będzie teoretycznie dobrą okazją. Uświadamiając sobie tę oczywistą zależność inwestor lubujący się w akcjach wzrostowych staje przed najważniejszym dylematem. Kupić, czy nie kupić? Oto jest pytanie.

Jedno jest pewne. Bez względu na to, czy zyski powyżej 50mln przyjdą, czy nie, inwestor na pewno przeczyta, albo usłyszy, że jego akcje są za drogie i powinien je szybko zbyć. Jeśli zyski przyjdą, usłyszy z kolei, że akcje są tanie. Świadomość takiego obrotu spraw może dać nowe możliwości.

Trzymanie akcji wzrostowych wymaga sporej wiedzy na temat swoich akcji. Trzymanie "drogich" teoretycznie akcji nie jest łatwą sztuką, jeśli boimy się o perspektywy. Tylko pytania Fishera połączone z ogromną wiedzą na temat branży mogą dać nam chociaż ogólny zarys zysków. Niwelowanie ryzyka poprze coraz konkretniejsze wnioski jest najlepszą metodą zabezpieczania się przed stratami. Pytania Fishera dają wiele odpowiedzi, ale zawsze pozostaje niepewność. Ja pytania Fishera porównuje do rzutów monetą. Jeśli nie znasz spółki, rzucasz monetą raz w nadziei na orła. Jeśli odpowiedziałeś na pytania Fishera, rzucasz monetą 2 razy licząc, że raz wypadnie orzeł. Podobnie jest z wyceną. Jeśli nie robisz wyceny, pozostawiasz zyski, lub straty ślepemu losowi. Jeśli robisz wycenę, widzisz przez mgłę, ale nie jesteś ślepy.

Buffett unika mgły przez inwestowanie w przewidywalne branże o przewidywalnych zyskach. Ja robię podobnie, chociaż różnica polega na tym, że inaczej definiuje przewidywalną działalność. Dla mnie działalność przewidywalna jest oparta na technologii i wynalazkach, chociaż wielu specjalistów pobiłoby mnie za tę tezę.

Nikt nie jest zmuszany do kupowania akcji wzrostowych. Może kupować akcje, które generując mniejsze dynamiki zysków, więc wycena jest w mniejszym stopniu oparta o przyszłość. W razie niepowodzenia więc inwestor traci mniej. Fisher jednak lubił wzrost - taki już był. Ja również lubię wzrost, chociaż inwestuje zauważalnie inaczej, niż Fisher. Bo wycena jest dla mnie ważna.

Na celowniku mam nową spółkę o świetnych perspektywach - typowe akcje wzrostowe, którymi zajmę się po maturze - zrobimy wtedy analizę "od zera do Fishera", która będzie kompletnym kompendium analizowania pojedynczej spółki. Działalność tej firmy jest prosta i zrozumiała, ale nie jest regularna - chyba uwielbiam komplikować sobie wyceny takimi nieregularnie rozwijającymi się spółkami:-) Na razie nie zdradzam, co to za spółka, bo spodobał mi się tylko koncept jej działania i wywiad z prezesem. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha, gdy pojąłem, na czym polega genialność prostoty wynalazku tej firmy. Więcej nie zdradzam.

czwartek, 14 lutego 2013

A Ty nie zostaniesz Warrenem Buffettem..

Inwestowanie polega na rzeczach zgoła prostych. Fajnie, tylko dlaczego Warren Buffett jest tylko jeden? Jest wielu inwestorów skoncentrowanych, którzy dorobili się wielkich pieniędzy, ale jeśli spojrzeć na pierwsze miejsca list najbogatszych ludzi na świecie, tylko Buffett ma dochody ściśle związane z inwestowaniem w wartość. Pojawia się więc pytanie: Dlaczego nie doczekaliśmy się drugiego Warrena Buffetta?

Jak zwykle można przeczytać w internecie wiele artykułów obwieszczających śmierć akcji i inne rewelacje sugerujące, że nie doczekamy się drugiego Buffetta. Możliwości wzrostu wartości firm będą zawsze, więc tego typu artykuły można włożyć między bajki. Coś jednak jest na rzeczy, skoro Buffett otwarcie pisze, jak zarabiać, a jednak nie widać nikogo, kto by go doganiał, stosując filozofię inwestowania w wartość.

W mojej ocenie, przyczyna nie leży w niskim poziomie wiedzy innych inwestorów, tylko w aspekcie psychologicznym, któremu inwestorzy poświęcają bardzo mało czasu. Do niedawna sam myślałem, że jeśli wybiorę wspaniałą firmę, to nie potrzeba mi artykułów i książek na temat psychologii. Byłem w błędzie - zarówno hossa, jak i bessa oddziałują silnie na każdego inwestora. Nawet najbardziej doświadczeni inwestorzy błądzą, aż w końcu zaczynają dążyć za tłumem, przez co niweczą swoje szanse na zbicie olbrzymiego majątku.


Nie traktujcie mnie jednak jak zwykłego krytyka, bo sam przekonałem się o tym zanim "poznałem" Buffetta i jego filozofię. Zapewne będę też mieć problemy z usiedzeniem na czterech literach, kiedy moje akcje będą zyskiwać setki procent, o ile to nastąpi, chociaż jednocześnie będę przekonany, że akcje są nadal mocno niedowartościowane. To po prostu nieuniknione i cieszę się, że mam dzisiaj tego świadomość, bo mam chociaż znikomą szansę na to, że opamiętam się w sytuacji, w której nie powinienem robić nic.

Drugą i chyba ważniejszą przyczyną braku geniuszy inwestowania w wartość, jest czas, jakiego potrzeba do osiągnięcia sukcesu. Inwestor musi mieć pokłady cierpliwości wystarczające na 3-5, a nawet więcej lat. Większość z nas załamie się, gdy po wspomnianych pięciu latach okaże się, że ledwie wyszliśmy na zero. Jedynym rozwiązaniem jest pogodzenie się z faktem, że pierwsze kilka inwestycji będzie nietrafionych. Taka jest kolej rzeczy. Wielu zasad można nauczyć się TYLKO na własnej skórze. Ja zapomniałem o wielu w przypadku PBG, ale wiem, że seria błędów nauczyła mnie bardzo wiele. Całkiem możliwe, że będę skłonny zakończyć karierę inwestora, jeśli CD PROJEKT RED nie okaże się inwestycyjną żyłą złota. Każdy niemal inwestor przejdzie przez taką próbę i większość właśnie wtedy zakończy karierę. Być może znajdzie się jednak "jeden na miliard", który zaciśnie zęby i pójdzie dalej - aż na szczyt listy najbogatszych ludzi na świecie.

sobota, 2 lutego 2013

Jakość i cena - o relacjach dwóch najważniejszych czynników

Właśnie na stronie znanego blogera Alberta Rokickiego, ukazał się mój artykuł na temat wyceny. Okazuje się, że do wyceny musimy zebrać mnóstwo informacji, jednak wiele z nich posiadamy już w momencie, kiedy badamy kondycję finansową spółki. Miłej lektury:
Artykuł na stronie longterm.pl

czwartek, 31 stycznia 2013

Błędy doskonałych firm, jako okazja

Warren Buffett wykorzystuje niepowtarzalne okazje inwestycyjne, kupując firmy, które są w chwilowych kłopotach. Jak dotąd w większości przypadków wyszedł na tym bardzo dobrze. Błędy to po prostu normalna rzecz i przydarzają się one każdemu. Przykład? Na pewno znacie człowieka z poniższego zdjęcia:

Bill Gates zbudował potęgę jednej z największych firm technologicznych na świecie. Zaczynał bardzo skromnie, a przez lata opiekowania się Microsoftem, odniósł wiele sukcesów. Do dzisiaj Microsoft posiada monopolistyczną pozycję w wielu dziedzinach. Jego talent jest trudny do przecenienia. Jednak Bill Gates popełniał również błędy, przez które kurs akcji Microsoftu spadała w krótkim okresie.

640kb is enough for everyone.
Dzisiaj przeciętny komputer posiada 4GB pamięci operacyjnej i nie widać sygnałów, by trend wzrostowy się zatrzymał. Komputery nadal będą zwiększać moc obliczeniową. Powyższy cytat jest niewątpliwie największym błędem Billa Gatesa, za który przeprosił, kiedy zdał sobie sprawę z tego jak bardzo się mylił. To jednak nie jedyny jego błąd.

The Internet? We are not interested in it.
Chyba nikt nie wyobraża sobie życia bez internetu. Bill Gates w 1993 roku nie docenił jednak tego ogromnego zjawiska. Oczywiście po kilku latach zdał sobie sprawę, że znowu popełnił ogromny błąd. Swój błąd naprawił tak zręcznie, że dzisiaj Microsoft zamiast być w tyle, musi bronić się przed oskarżeniami, jakoby wykorzystywał swoją monopolistyczną pozycję na rynku...przeglądarek internetowych!

Każdy menadżer popełnia błędy. Nie jest sztuką ich unikać - to niemożliwe. Sztuką jest przyznać się do nich i naprawić to, co zostało zepsute. Zwróćcie uwagę na fakt, że Gates sypał głowę popiołem po swoich pomyłkach. Może z grzeczności, może z konieczności. Na pewno jednak naprawił swoje błędy i dlatego Microsoft ma nadal bardzo silną pozycję na rynku.

czwartek, 24 stycznia 2013

Powolne przenikanie do świadomości konsumentów

Uwielbiam PR-owskie zabiegi. Mała firma może dzięki małym nakładom zrobić sobie praktycznie darmową reklamę. Prezydent USA dostanie grę, o której wspomną pewnie portale niekomputerowe nawet u niego w kraju. Koszt? Pewnie mniejszy, niż produkcja trailera. Public Relations to dobra maszyna i na dodatek bardzo tani sposób wkupienia się w łaski klientów. Po co więc zwyczajna reklama w TV, skoro można dać Pani kanclerz skrzynkę piwa, czy polskie pralinki?


Reklam takich, jak ja ta jest w telewizji ciągle pełno. Chociaż unikam telewizji maksymalnie, nawet podczas przyrządzania posiłku mimowolnie słyszę czasami reklamy, które oglądają rodzice czekający na wydanie wiadomości. W internecie można znaleźć reklamy firmy Wawel nawet sprzed 10 lat.

Kampania reklamowa to ogromny wydatek, który trudno ocenić ze względu na niemiarodajność wyników. Nie bez powodu mówi się jednak, że reklama jest dźwignią handlu. Wyobraźmy więc sobie sytuację, w której po sprawdzianie mam ochotę na wchłonięcie kilku cukierków. Wchodzę do sklepu, a tam 20 rodzajów pralinek, których nigdy nie jadłem. Polskie, niemieckie, chińskie, szwajcarskie itd. Które wybieram? Może te, które są najtańsze? Może te najbardziej kolorowe? A może te, które przewijały się w reklamach przez ostatnie 10 lat? Właśnie w takich sytuacjach sprawdza się długofalowa strategia marketingowa. Liczy się efekt rozpoznania. Podobne metody stosuje wiele "słoni" polskie gospodarki: Śnieżka, Kompania Piwowarska, PKO BP, TPSA.

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, czy istnieje jakaś miara skuteczności takiej reklamy. Jeśli jednak reklamy danej marki przewijają się od wielu lat, świadczyć to może o długofalowym charakterze budowania wizerunku. Takie powolne przenikanie do świadomości konsumentów to bardzo potężna maszyna. W połączeniu z badaniem płynności i rentowności możemy ocenić, czy działania zarządu są racjonalne. Jeśli spółka mająca dużo długu, szarżuje z kampanią reklamową, może się pogubić i nie spełnić wymagania czwartego punktu Fishera.

Już wiele razy pisałem o długofalowych działaniach CD PROJEKT w zakresie promocji. Jest to wciąż mała firma, więc opłaca jej się stosować raczej chwyty PR-owskie, niż profesjonalne reklamy w TV. Przy promocji Wiedźmina 2, CD PROJEKT korzystał z PR w 70-ciu procentach, a zaledwie 30 procent budżetu było przeznaczone na "zwykłe reklamy" w pismach, czy radiu.

czwartek, 17 stycznia 2013

Marketing w wykonaniu CD PROJEKT RED

Chyba każdy, kto zagląda na portale poświęcone grom komputerowym, na pewno zobaczył poniższy trailer/teaser gry Cyberpunk 2077 spółki CD PROJEKT RED, którą posiadam w swoim portfelu:

Przez pierwsze 24 godziny trailer został wyświetlony ponad półtora miliona razy. Nie jest to dziełem przypadku. Sposób promocji tego trailera nie pozostaje bez znaczenia dla inwestorów.

Przyczyną jest na pewno fakt, że przy produkcji samej gry pomaga twórca systemu Cyberpunk - Mike Pondsmith - systemu, który w amerykańskiej kulturze odgrywał swego czasu ważną rolę. Niewiele jest gier tego typu, a już ze święcą szukać dobrego RPG-a w tej konwencji. Nie dziwi więc fakt, że nowa produkcja odbiła się szerokim echem, chociaż prawdopodobnie jest na etapie pisania scenariusza. CD PROJEKT po raz kolejny znalazł niszę, w którą może się wstrzelić, a która może okazać się dochodowa. Opieka Mike'a nad projektem może mieć znaczny wpływ na jakość samego produktu, a ta ma decydujący wpływ na sprzedaż gier RPG.

Druga przyczyna to marka Wiedźmin - CD PROJEKT ukrył w trailerze tajny przekaz, z którego wyczytać można, kiedy pojawi się więcej informacji na temat drugiego projektu. Nie trzeba tłumaczyć chyba, że chodzi o Wiedźmina - sam fakt uchylenia rąbka tajemnicy jest skutecznym sposobem na wzrost zainteresowania nie tylko Wiedźminem, ale i Cyberpunkiem. Przecież wielu fanów Wiedźmina włączy umieszczony wyżej trailer, żeby zobaczyć przekaz na własne oczy, albo z ciekawości, co też Ci ludzie od Wiedźmina tym razem wymyślili. Widzowie są więc nie tylko fanami Cyberpunka, ale i marki Wiedźmin. Oczywistą rzeczą jest, że dzięki ukrytemu przekazowi reklama Cyberpunka trafi tam, gdzie nie trafiłaby normalnie. Doskonałym przykładem jest Rosja - Cyberpunk nie jest tam dobrze znany, ale na pewno wielu fanów czeka na trzecią część Wiedźmina. Informacja o premierze trailera na pewno do nich dotrze - mamy więc skutek w postaci przysłowiowych "dwóch pieczeni na jednym ogniu".

Oczywiście można narzekać, że hucznie zapowiadany jest zwykły trailer - wielu graczy w Polsce narzekało na tak szeroko zakrojone akcje na portalach branżowych. Prawda jest jednak taka, że takie powolne przenikanie do ogólnej świadomości jest niesamowicie skuteczną maszynką promocyjną. Podobnie postępują dużo więksi gracze. CD PROJEKT na ich tle jest jednak dużo bardziej cwany - cała akcja kosztowała mało pieniędzy, jeśli wziąć pod uwagę skuteczność tej formy promocji. Jestem więc po raz kolejny bardzo zadowolony z tego, jak spółka którą posiadam, sprzedaje swoje produkty. Mam inną spółkę na oku, ale ta akcja spowodowała, że CDR odżył w mojej świadomości i będę musiał wziąć pod uwagę możliwość zwiększenia udziału w spółce, którą posiadam, zamiast kupowania akcji innej spółki, działającej w całkowicie innej branży.

Na koniec mały klasyk. Twórcy bardzo brutalnej serii gier GTA przyznali się po kilkunastu latach do celowego powodowania histerii przeciwników gry, którzy "grzecznie" reklamowali produkt w programach informacyjnych, wywiadach, artykułach - a to wszystko za darmo. Gry z serii GTA nadal sprzedają się doskonale. Mam nadzieję, że CD PROJEKT zaskoczy mnie kiedyś skutecznością reklamy w takim samym stopniu, jak zrobił to Rockstar.

czwartek, 10 stycznia 2013

Lista książek do przeczytania dla inwestora 1.0

Moi czytelnicy uświadomili mi, jak mało umiem. Telewizja ogłupia, a internet nie jest kompletnym źródłem informacji, muszę przeczytać wartościowe książki. Dzięki moim czytelnikom i własnym poszukiwaniom, opracowałem listę książek, które chcę przeczytać zaraz po maturze. Wklejam tę listę teraz, żebyście mogli dopisywać swoje pozycje, albo czytać wybrane przeze mnie pozycje. Proszę o dopisywanie w komentarzach książek, które są według was godne lektury. Oto lista - na razie jest mała, ale bardzo wyselekcjonowania. Pozycje uszeregowałem pod względem kolejności, w jakiej zamierzam je przeczytać:
- "Analiza sprawozdań finansowych" E. Nowak,
- "Analiza finansowa przedsiębiorstwa" B. Pomykalska, P.Pomykalski,
- "Wycena przedsiębiorstwa. Od teorii do praktyki" redakcja naukowa M. Panfil, A. Szablewski,
- "Psychologia inwestowania. Wydanie IV" John R. Nofsinger,
- "Oswoić bessę, czyli inwestowanie na rynku niedźwiedzia" Kenneth E. Little,
- "Analiza fundamentalna" John C. Ritchie.

W toku przygotowań do matury będę również zbierał inne książki - nie jest ich na razie dużo, ale wszystkie mogą się przydać. W linkach, które podałem możecie bezpośrednio zamówić książki po rozsądnych cenach.

sobota, 5 stycznia 2013

Inwestycje z życia wzięte

Widząc akcje, widzisz tylko numerek, kreski, trochę psychologii i bieżących problemów. Widząc firmę, widzisz o wiele więcej. Widząc zaś produkt, widzisz wszystko. Kupując nowy komputer, oparłem go na płycie głównej i karcie graficznej firmy ASUS, bo zauważyłem solidne wykonanie. Dzisiaj nie zamieniłbym tej platformy nawet na znacznie bardziej poważaną MSI. Znajomy twierdzi, że miał w życiu wiele samochodów, ale po kupnie AUDI, już nigdy nie kupi samochodu innej marki. Ja mam z kolei telefon ze zwykłą klawiaturą - kosztował mnie 200 złotych i będę go trzymał, dopóki nie padnie, bo bateria pozwala na działanie miesiąc bez ładowania. Presja rówieśnicza jest silna, bo wielu kolegów ma smartphone'y, przegląd internet w szkole, a ja nie mogę nawet ściągnąć na sprawdzianach z nielubianego przedmiotu, bo nie mam Wi-fi.

Czy tylko na podstawie produktów możemy ocenić, czy dana spółka jest warta inwestycji? Pewne badania (niestety nie znalazłem oryginalnego raportu) wykazały, że niewykształcone gosposie (nie chcę nikogo urażać - chodzi po prostu o kobiety zajmujące się domem) kupując tylko firmy, których produkty znały i lubiły, odnosiły większe sukcesy, niż ludzie z wyższym wykształceniem, którzy mieli teoretycznie większy krąg kompetencji. W świetle tego, co mówi Buffett i łącząc to ze strategią Grahama, można wyciągnąć prosty wniosek - dobrze zdywersyfikowany portfel złożony z akcji firm oferujących dobre produkty, ma duże szanse zarobić więcej, niż przeciętnie. Potwierdzają to również pytania Fishera. Jakości produktów dotyczy pierwsze i najważniejsze pytania Fishera. Pośrednio łączą się z tą kwestią również inne pytania. Osoba, która kupuje firmy dobrej jakości ma podane na tacy odpowiedzi na kilka pytań Fishera. To właśnie dlatego w ujęciu statystycznym firmy te odnoszą lepsze sukcesy.

Spółka, o której wspominałem w ostatnim poście również oczarowała mnie za sprawą wynalazku, z którego korzysta moja Ukochana. Podobno patrząc na niepozorne urządzenie miałem rzadko widzianego na mojej twarzy "rogala". To jakość produktu skłoniła mnie do głębszej analizy, na którą jednak musicie poczekać.

Inwestor skupiający swoją uwagę na produktach ma jednak nieco bardziej płytkie spojrzenie, ponieważ bierze pod uwagę tylko jedną kwestię. Pomija on finanse spółki, uczciwość zarządu i perspektywy rozwoju. Dlatego strategia kupowania "produktów" musi być oparta na dywersyfikacji, bo wiele firm, które kupimy, może przynieść straty ze względu na pominięcie kwestii istotnych. Jednak gosposie pobiły profesorów, więc inwestor defensywny, który wybiera produkt, ma szansę na pobicie rynku. Prostota działania daje olbrzymią przewagę - wystarczy pamiętać o Grahamie. W żadnym wypadku nie powinniśmy myśleć, że kupujemy akcje wzrostowe, bo tylko część wybranych przez nas firm okaże się zyskowna.