niedziela, 30 grudnia 2012

Obietnice czas rozliczyć i złożyć

Wiele zmieniło się przez ostatni rok. Na początku roku zrobiłem sobie listę celów, które zamierzałem zrealizować. Nie znałem wtedy jeszcze metod Briana Tracy, więc odkrywałem coś, co zostało już lepiej odkryte. Bez codziennego planu starałem się przez ponad pół roku realizować cele, jednak dopiero książka Briana Tracy pokazała mi, jak wynaleźć na nowo to, co wynalazł wspomniany autor. A więc co udało mi się zrealizować w tym roku?

Oprócz nauki na bieżąco, rozwiązywać średnio 4 zadania z matematyki dziennie - mniej w tygodniu, więcej w weekendy
To się udało - w wakacje rozwiązywałem dużo zadań, przez co w roku szkolnym miałem odhaczone już tylko te, które mogę nie umieć, nie umiem, lub nie rozumiem. Ułatwiło mi to niesamowicie pracę. W tym roku szkolnym robię jeszcze więcej zadań, więc cichutko liczę na dobry wynik na maturze.
kontynuować naukę programowania i pisania stron - tutaj już w miarę możliwości, bez większych regulacji - w tym roku opanowałem HTML, CSS, trochę PHP i C++ - chciałbym nauczyć się zwłaszcza c++ i HTML w wersji 5.0;
Tutaj udało się wszystko, ale w małym stopniu. Tylko pod koniec roku szkolnego i w wakacje klepałem kod, przeglądałem popularne strony, zaglądałem na fora rozpracowując skrypty. Trochę szkoda, że nie znajdę czasu na to do matury, bo pewnie sporo z tego zapomnę.
w wakacje wziąć się ostro za przygotowania do matury - chcę zdawać: polski - podstawa i rozszerzenie, jednak na drugą opcją jeszcze się waham; matematyka - podstawa i rozszerzenie - będzie trudno, ale to absolutny priorytet zwłaszcza, że ostatnio nie idzie mi rewelacyjnie; angielski - podstawa i rozszerzenie - tutaj problemów będzie mniej, ale to nie oznacza, że nie trzeba się przygotować; fizyka - nie wiem jaki poziom - decyzję podejmę po wakacjach
Decyzje podjąłem: polski podstawa - jestem w klasie matematycznej, więc mam jedynie podstawowy polski. Do rekrutacji na wymarzone studia wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom przyda się fizyka rozszerzona, więc jako jedna z bodajże czterech osób (w klasie mat-inf:-) zdaję właśnie fizykę. Nie jest łatwo. Matematyka: podstawa i rozszerzenie - to mój priorytet, który ma największy wpływ na moją przyszłość. Poświęciłem więc najwięcej czasu i jestem zadowolony. Chociaż nadal uczę się najwięcej z tego właśnie przedmiotu. Angielski: podstawa i rozszerzenie. Zapisałem się na kurs maturalny, jednak już go ukończyłem. Nauczyłem się sporo, a resztę materiału jestem w stanie nauczyć się sam, lub już go opanowałem. Przyznam jednak, że sądziłem, że umiem więcej. Zwłaszcza ćwiczenia ze słowotwórstwa dały mi w kość. Fizyka: rozszerzenie - cholernie się boję i nauka z tego właśnie przedmiotu idzie mi najgorzej. Staram się, jak mogę, ale jest ciężko.

zdać na prawo jazdy - umiem już jeździć, jednak nie oznacza to, że sprawdzę się na drogach publicznych:-)
Zdałem za pierwszym razem, mam za sobą jakieś 5-6 tysięcy kilometrów, nie miałem wypadku, nie dostałem żadnego mandatu - jestem zadowolony.

Co się nie udało? Za co należy mi się moralny kopniak?
spróbować z pomocą komercyjnego programu z ulubionego czasopisma nauczyć się czytać trochę szybciej. Próby podejmowałem w tym roku, jednak oczywiście skończyło się na tym, że natłok sprawdzianów wybił mnie z rytmu - 10 minut dziennie.
Tutaj miałem rację - poddałem się dochodząc do wniosku, że TYLKO z pomocą programu się nie da - muszę iść na kurs. Nie wiem, czy znajdę czas i możliwości na ukończenie takiego kursu, bo mieszkam daleko od miejsca, gdzie takie kursy się prowadzi.
przygotować się do matury rozszerzonej z fizyki - średnio 15 minut dziennie oprócz nauki na bieżąco - więcej w weekendy podobnie, jak w przypadku matematyki.Plan teoretycznie wykonany, ale efekty nie są powalające. Mam po prostu mniejszą wydajność nauki z tego przedmiotu.

A co w tym roku? Nie wiem, co będzie we wrześniu, więc ułożyłem sobie tylko te cele, na które mam wpływ i które mogę zrealizować przez wrześniem właśnie. Pozwolicie jednak, że zaszyfruje je - chcę niwelować barierę między mną, a czytelnikami, ale nie do tego stopnia, żebyście znali wszystkie moje plany i marzenia. Oto cele:
- matura, matura, matura - zdać jak najlepiej, ucząc się jak najwięcej,
- cel związany ze zdrowiem - mam zapisane szczegóły,
- zrealizować pewien projekt - siedzi w mojej głowie od dawna, a po maturze znajdę na niego czas,
- przyśpieszyć metody nauki - ukończyć kurs szybkiego czytania i samodzielnie ulepszyć metody nauki,
- dalej prowadzić bloga - jeden post na 5-7 dni, bo doceniłem koncentrację i czas zarówno mój, jak i moich czytelników.
- cel związany z efektywnością mojego działania,
- cel związany z relacjami międzyludzkimi,
- być na bieżąco z posiadaną spółką i zbadać dwie kolejne,
- cel związany z oszczędzaniem - konkretne liczby zostawię dla siebie,
- cel związany z osobowością,
- mały cel, który wyrobi we mnie konkretny typ dyscypliny,
- cel związany ze zdobywaniem wiedzy,
- przeczytać książki z zakresu inwestowania. Niedługo ich listę umieszczę na blogu, żebyście mogli realizować ten cel razem ze mną.

To już wszystkie cele - jest ich dużo, ale dzięki planowaniu każdego dnia, będę lepiej go realizował. Na blogu tak, jak wspominałem: post raz na 5-7 dni, dwie analizy spółek, dużo książek do czytania, nowe wnioski na temat spółek, branż, inwestowania w ogóle.

środa, 26 grudnia 2012

"Dobrobyt bierze się w pracy, a nie z dotacji"

Oglądając jeden z wywiadów z konserwatywnym liberałem z Nowej Prawicy (tak, prawdopodobnie domyślacie się o kim mowa:-) Rzucił mi się w ucho ważny cytat, który podałem w tytule wpisu. Polityk ten zauważył, że różnego typu dotacje rozleniwiają, więc Ci, którzy dostają wsparcie, stają się kimś, kogo ja bym nazwał "dotacyjnym ćpunem". Na pewno psycholodzy, którzy czytają tego bloga mogą na podstawie konkretnych wyników badań potwierdzić, że możliwość uzyskania dotacji może uśpić czujność firm, które dzisiaj zbijają majątki, bo ich produkty są współfinansowane przez UE.

Szczególnie zależne od unijnych dotacji są firmy produkujące kolektory słoneczne. Ich sprzedaż wzrosła, więc takie firmy muszą się rozwijać, budować nowe linie produkcyjne, by zostać w tej bardzo dynamicznej gałęzi rynku. Co jednak się stanie, gdy dotacji zabraknie? Budżet UE jest wciąż tematem ogromnych sporów, więc trudno nie oczekiwać cięć niemal w każdej gałęzi gospodarki.

Przy okazji analizy branży energetycznej uświadomiłem sobie, że źródło przychodu jest bardzo ważne. Stare mądre przysłowie mówi, że lepiej mieć dużo małych odbiorców, niż jednego dużego. Podobnie jest z przychodami: lepiej jest, jeśli przychody w danej branży są spowodowane inwestycjami kapitałem własnym, niż dotacjami. Zakręcenie kurka z pieniędzmi może mieć w takim przypadku katastrofalne skutki.

Szukając więc firmy, która za 10 lat będzie 10 razy większa warto zastanowić się, czy spółka szuka również innych źródeł przychodu, by sfinansować swój rozwój w przypadku kryzysu, lub zachować marżę i zyski w przypadku braku dalszych perspektyw.

Genialny inwestor Philip Fisher zauważył pewien paradoks już w czasach, kiedy ludzie nie mieli pojęcia o kolektorach słonecznych. Tłumaczył on, że nie warto ekscytować się krociowymi zyskami firm, które mają niską marżę, ponieważ takie firmy są pierwsze w kolejce do bankructwa, gdy rynek się załamie. Jeśli więc szukacie firmy sprzedającej zieloną energię, szukajcie przychodów i ich struktury. Jeśli dotacje są znaczną częścią przychodu, warto pobawić się z twórce Science-Fiction i zrobić symulację tego, co może się stać, gdy dotacje się skończą. Podobnie można i należy zrobić w każdej branży, gdzie przychody mają zaledwie kilka dużych źródeł. Na razie sytuacja ta mnie nie dotyczy, ponieważ posiadam CDR, który obecny jest na wielu rynkach na kilku kontynentach. Gier nie kupuje się raczej za dotacje, ale sprzęt komputerowy już tak. Dobrą wiadomością jest jednak to, że sprzęt z dotacji nie jest używany do gier, więc nie należy spodziewać się załamania rynku z powodu braku dotacji:-)

czwartek, 20 grudnia 2012

Planowanie w inwestycjach

W poście niżej opisałem, jak wiele można osiągnąć mając spisany plan działania na następny dzień, tydzień, rok. Brian Tracy zna kilka języków, a dzięki swoim metodom wspiął się na sam szczyt kariery zawodowej. Stereotyp piszącego plan człowieka sukcesu nie wziął się znikąd - to ogromna szansa dla każdego, kto zrobi pierwszy krok, by się zdyscyplinować. Odniesienie sukcesu w inwestowaniu również można zaplanować. Wystarczy ułożyć plan kształcenia na najbliższy rok. Mój problem polega na tym, że... nie mam takiego planu. Matura wymusiła na mnie skoncentrowanie się na tym najważniejszym zadaniu, a inwestowanie poszło w las. Niezawodny komentator AN wspominał kiedyś, że oprócz przedmiotów maturalnych, powinienem sobie wyobrazić, że mam dodatkowy przedmiot "analiza finansowa". Dziękuje AN za Twoje komentarze kimkolwiek jesteś.

Do planu na obecny tydzień dopisałem zadanie: spisać listę książek o inwestowaniu, które przeczytam w przerwie między maturą, a studiami (na które się wybieram). Dobrym pomysłem będzie spisanie tej listy na blogu, a następnie recenzja każdej przeczytanej książki. Będziecie w ten sposób mogli sprawdzić, czy robię was w "bambuko", czy rzeczywiście robię to, o czym Wam piszę.

Bessa nadejdzie za kilka lat, więc warto mieć plan, co chcemy do bessy osiągnąć. Ja chcę poznać nową branżę, wybrać najlepszą spółkę, dokształcić się w analizie fundamentalnej i "naładować broń" na spółki, które w najbliższej bessie prawdopodobnie staną się atrakcyjnymi walorami. Jeśli macie plan, planujecie swój dzień, tydzień, cykl kształcenia - podzielcie się tym. Każda wskazówka może okazać się skuteczna. Zobaczcie, jak wiele osiągnąłem w jednym tygodniu. A zaręczam Wam - jestem strasznie leniwy:-)

niedziela, 16 grudnia 2012

Planowanie i jego wpływ na nasze życie

Dzisiaj lekki off-topic, który jednak w mojej ocenie może mieć znaczny wpływ na inwestycyjną karierę moich czytelników, jeśli chcą oni spojrzeć na inwestowanie w nieco szerszym kontekście. Niedawno polecałem książkę Briana Tracy "Zjedz tę żabę" jako doskonały sposób na podniesienie wydajności. Polecanie polecaniem, ale jak wskazane rady wprowadziłem do swojego życia?

Brian zaleca, żeby wypisać 10 celów, które chcemy osiągnąć w ciągu najbliższego roku. Zaleca, by pisać w czasie teraźniejszym, co pozytywnie wpłynie na naszą podświadomość, która zacznie pracować nad realizacją planu. Tak więc ułożyłem sobie listę kilkunastu celów do zrealizowania do matury - czynniki zewnętrzne za bardzo zniekształciłyby plan, w zależności od tego, gdzie będę np. we wrześniu następnego roku. Tak więc wypisałem sobie cele dotyczące matury, relacji z bliskimi osobami, zarządzaniem pieniędzmi, zdobywaniem ogólnej wiedzy, zdrowym odżywianiem, czy np. doskonaleniu się w ekonomicznej jeździe samochodem. Pełna lista jest moją prywatną sprawą, ale plan tygodniowy, który jest już zrealizowany, mogę Wam przedstawić, abyście mogli prześledzić, jak planowanie tygodnia może podnieść naszą wydajność. Co sobie założyłem w jednym z październikowych tygodni?

A1 - nauczyć się na sprawdzian z matmy - 6 kawałków (czym są kawałki wyjaśnię później),
A2! - nauczyć się na sprawdzian z biologii - 3 bity,
A3! - Przygotować się na sprawdzian z polskiego - 2 bity,
B1 - Rozwiązać ćwiczenia ze słowotwórstwa - 3 bity,
B2 - Powtórzyć dział fizyki: dynamikę - 4 bity,
B3 - Powtórzyć z polskiego jedną lekturę i dzieła dwóch poetów - 1 bit,
B4 - Nauczyć się słówek z działu "dom" - 2 bity,
B5 - Rozwiązać i sprawdzić jeden arkusz maturalny z polskiego - 2 bity,
C1 - Doczytać zaległą książkę o inwestowaniu - 1 bit,
C2 - Napisać posty - 3 bity,
C3! - Obejrzeć dwa wywiady - 1 bit,
C4 - Porządki - 1 bit,
C5 - Przeczytać artykuły z czasopisma - 1 bit,
C6 - Pół godziny pracy nad małym projektem - 1 bit,
C7 - Porozmawiać ze starym znajomym -1 bit,

Teraz wyjaśnię pojęcia: bit to jednorazowe podejście do danego zajęcia, np. godzina robienia zadań z matmy, napisanie jednego posta, albo nauczenie się trzeciej części działu z biologii. Podzieliłem zadania na bity, bo przecież bezsensowne jest uczenie się "za jednym zamachem" na biologię, albo robienie zadań z matematyki przez cały dzień - to mija się z celem. Oznaczenia literowe (A1, B2 itd.) sugerują, jak niecierpiące zwłoki są dane zadania. Oblany sprawdzian z matmy jest gorszy, niż brudny pokój, a brudny pokój jest gorszy od nieprzeczytanego czasopisma. Wykrzyknikami oznaczyłem te zadania, które muszę wykonać przez zakończeniem tygodnia (sprawdzian z biologii mam w piątek, a wywiad obejrzę w czwartek, albo nigdy). Bardzo pomocne będzie teraz przyjrzenie się, jak radziłem sobie przez tydzień z moimi zadaniami.

PONIEDZIAŁEK

Wynikłe zadania, które muszą być wykonane na wtorek zrobiłem najpierw, a potem zdążyłem tylko przez godzinę rozwiązywać zadania z matmy. Wiedziałem, że nie zrobię więcej.

WTOREK

Sporo nauki na środę, jednak zdążyłem znowu robić przez godzinę zadania z matmy i nauczyć się trzeciej części zadanego materiału z biologii. Udało się też z polskiego opanować połowę materiału.

ŚRODA

Oprócz spraw bieżących nauczyłem się drugiej z trzech części z biologii i zakończyłem naukę z polskiego na sprawdzian.

CZWARTEK

Miałem 5 lekcji, więc udało mi się opanować znowu trochę funkcji liniowej, nauczyć ostatniej części materiału z biologii i do tego kawałków słowotwórstwa. Obejrzałem wywiad.

PIĄTEK

Nigdy nie chce mi się nic robić w piątek, jednak wcześniej napisany plan zmusił mnie do godzinnego rozwiązywanie zadań z matmy, zrobienia części słowotwórstwa i zaczęcia powtórzeń z fizyki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nauczyłem się tak dużo w piątek.

SOBOTA

Budzik ustawiony na 8:30 zmusił mnie do wstania, a fakt, że jestem dopiero przy zadaniach b2 zmusił mnie do zrobienia znacznie więcej. Poświęciłem dwie ostatnie godziny na rozwiązywanie zadań z matmy: miałem więc za sobą matmę, polski i biologię. Musiałem też zrobić dwie części zadań z fizyki, a potem zabrałem się za powtórkę lektur z polskiego. Tutaj miałem odejście od normy, bo nie chciało mi się wkuwać słowotwórstwa. Zrobiłem je dopiero wieczorem. Wieczorem też zabrałem się za słówka. Położyłem się spać w brudnym pokoju i z niedokończonymi zadaniami z fizyki, jedną partią słówek, nierozwiązanym arkuszem i świadomością, że z zadań C wykonałem tylko jedno.

NIEDZIELA.

Wstałem o 9:00 i od razu dokończyłem fizykę - zadania B były więc wykonane, kiedy nauczyłem się słówek. Potem zabrałem się za arkusz z polskiego, doczytałem książkę, napisałem posty, posprzątałem (tak, wiem - niedziela nie jest najlepszym dniem do sprzątania). Najnormalniej w świecie nie chciało mi się robić całej reszty. Trzy ostatnie zadania zostały niewykonane.

Czy coś się stało, bo nie przeczytałem artykułu, nie posunąłem mojego projektu do przodu i nie porozmawiałem ze znajomym? Nie, nic złego się nie stało. Gorzej byłoby, gdyby np. nie powtórzył działu z fizyki - tego bałem się najbardziej. Dlaczego opisałem akurat ten tydzień? Bo był najlepszy - zrobiłem najwięcej.

Co by było, gdybym nie opracował planu? Założę się, że fizyka i słowotwórstwo poszłyby na wagary, a książka byłaby przeczytana już we wtorek. Bez planu mam niesamowicie destrukcyjne skłonności do robienia sobie przyjemności z czytania artykułów, zamiast zabrać się do fizyki. Nikt mnie nie goni, więc może później to zrobię... a może jeszcze później...

Cały ten misterny plan opisywałem tylko po to, żeby pochwalić się, jak dużo zrobiłem w jeden tydzień. Bez planu działania nigdy bym nie zrobił tylu pożytecznych rzeczy. Nie są to puste słowa, ponieważ dwie z trzech osób, którym poleciłem książkę zauważyły, że książka podniosła ich wydajność. Ma to niesamowite znaczenie, gdy chcemy wiele osiągnąć. Po co to wszystko? Okazuje się, że planować można również inwestycyjne poczynania. Napiszę o tym w następnym poście.

czwartek, 13 grudnia 2012

Przyszłość energii w bardzo szerokim kontekście

Przyznam, że rzadko spotykam się z tak racjonalnymi prognozami, jak te, które przeczytałem w raporcie Exxon-Mobil (no dobra, przeczytałem tylko artykuł pod linkiem:-). Szczególnie zdziwił mnie prosty wniosek, na który sam nie wpadłem, chociaż zainteresowany jestem zarówno motoryzacją, jak i energetyką. Zaciekawiła mnie prognoza, jakoby samochody elektryczne, lub hybrydowe miały opanować niemal wszystkie rynki. Przewróciłoby to do góry nogami każde przewidywania. Warto też zauważyć, że konwencjonalne źródła energii mogą być nadal kluczowe za 30 lat. Jeśli okaże się to prawdą, oznacza to, że od firmy, która inwestuje w energie, powinniśmy oczekiwać otwartości na nowe trendy, ale przywiązania do opłacalności. Chociaż Unia i ogólnie opinia publiczna wspiera zielone źródła energii, warto zauważyć, że tego typu opinie mogą nie przetrwać wojny z olbrzymi kosztami wspomnianych "zielonych technologii".

Warto więc interesować się źródłami odnawialnymi, ale przekreślanie całej reszty może okazać się błędem. Dobrze, że przeczytałem kilka tego typu artykułów, bo powoli zaczynał się ze mnie robić fanatyk zielonej energii - nie o to tutaj chodzi. Tam, gdzie będą niższe koszty, tam pójdą pieniądze na inwestycje. Jest to związane również z mentalnością ludzką. Chociaż sam nie jestem zwolennikiem teorii o globalnym ociepleniu spowodowanym działalnością człowieka, to jednak twierdzę, że w przypadku wzrostu cen ze źródeł odnawialnych, ludzie niechętnie będą z niej korzystać. Jeśli nie doczekamy się jakiejś przełomowej technologii, może się okazać, że światło, czy wiatr będą nadal odgrywać marginalną rolę w światowej produkcji energii.

Prognozy prognozami, ale nasze olbrzymie zyski, których szukamy są w większej mierze oparte o konkretne działania firmy, a nie uwarunkowania branżowe. Chociaż szukam zdolnego zarządu, lubię zaglądać mu przez ramię, w związku z czym uważam, że warto mieć gruntowną wiedzę na temat branży, w którą inwestujemy. Może się przecież okazać, że dwie podobne firmy będą mieć zasadniczą różnice - jedna porzuci energie nieodnawialne na rzecz "pieśni wiatru i słońca", a druga będzie dywersyfikować swoje źródła dochodów, przez co będzie bardziej bezpieczna. Czekam na Wasze spostrzeżenia na temat przyszłości energii. A może macie jakieś konkretne przykłady firm, które wyróżniają się w produkcji energii jakiegokolwiek typu?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Walka na prawdziwie wysokim poziomie

Sporo dzieje się na rynku urządzeń mobilnych. Nokia i Google biorą się poważnie za APPLE'a. Chyba już nikt nie wątpi w to, że jeśli ktoś chce sprzedać dużo urządzeń, czy samochodów, musi być obecny nie tylko na rynku amerykańskim, ale również chińskim. Autorzy mocno przesadzają, pisząc nagłówki w iście "Wp-owskim stylu", ale jednak fakt walki o rynek smartphone'ów jest bardzo rozkręcony. Sam muszę przyznać, że coraz bardziej skłaniam się ku "zainwestowaniu czasu" w naukę programowania na urządzenia mobilne, bo przecież wiecie pewnie, w jakim kierunku zamierzam iść po maturze. Chociaż APPLE ustępuje pola (być może tylko chwilowo), posiada silną markę poza Chinami, więc na pewno walka o prym na tym rynku będzie bardzo długa zwłaszcza dlatego, że amerykański gigant siedzi na pieniądzach, więc bajki o bogatych Chinach i biednej Ameryce można schować między bajki.

Nie bez znaczenia zostaje też premiera Windows 8. Chociaż nie kupuję nigdy systemu-eksperymentu, które Microsoft wypuszcza naprzemiennie z dopracowanymi systemami, to muszę przyznać, że WIN 8 to spora zmiana i poważny głos Microsoftu w batalii. Chociaż nowe okienka sprzedają się raczej słabo, nie należy się temu dziwić - zawsze eksperymentalne systemy (2000, Vista i teraz właśnie "ósemka") mają przygotować grunt pod nadejście nowego systemu, który sprzeda się dobrze. Może być ciekawie, bowiem Microsoft prawdopodobnie skończy z marką Windows - jego miejsce ma zastąpić Midori, który według moich spekulacji może być systemem jeszcze bardziej multiplatformowym, niż WIN8.

Na zakupy żadnej z wymienionych firm jeszcze się nie wybieram - szukam na razie okazji na polskim rynku - ale warto śledzić poczynania tych firm, bo być może za jakiś czas okaże się, że robię teraz błąd, nie kupując akcji tych gigantów.

Nadal mam bardzo mało czasu, więc zaglądam na bloga sporadycznie. O to, żebyście nie nudzili zadbałem wcześniej.

piątek, 7 grudnia 2012

Inwestowanie a sentymenty

Bardzo aktywny komentator mojego bloga podpisujący się nickiem AN stwierdził, że kupił kilka lat temu mały pakiet akcji APPLE'a. Zarobił na nim ponad 700% i dzisiaj żałuje, że "nie sprzedał wszystkiego łącznie z krzesłem, na którym siedzi", by zainwestować więcej w tę wspaniałą (w jego ocenie spółkę). Wpis ten nie ma na celu roztrząsania tematu wspaniałości APPLE'a - moją uwagę przykuło stwierdzenie AN'a, że w inwestowaniu nie ma miejsca na sentymenty. Od razu odrzuciła mnie ta myśl, jednak zapisując ciekawe koncepty inwestycyjne, wróciłem do tego cytatu i zauważyłem, że sprawa wymaga głębszego omówienia.

Nie lubię firmy APPLE. Nie lubię, jak się traktuje klientów tej firmy, wciska się im po raz kolejny "odgrzewany kotlet w nowej panierce" i patentuje zaokrąglone krawędzie telefonów. Jest to zjawisko, które nazwałbym "fanatyzmem inwestycyjnym". Nawet znając fakt, że APPLE przyniósł krociowe zyski i ma bardzo silną pozycję, nie kupiłbym dzisiaj tej firmy - piszę to bez czytania raportów rocznych, bo i tak mój fanatyzm nie pozwoliłby mi kupić akcji spółki, której nie lubię - obojętnie jaka by nie była pod względem fundamentalnym. Już wyjaśniam dlaczego

Czytając raporty SYNTHOS'u odrzucały mnie opisy technologii, nieznana mi terminologia - chociaż wielu znajomych inwestorów uważa ją za dobrą spółkę, ja podczas czytania raportów odczuwałem swoistą niechęć - miałem świadomość, że spółka jest dobra, ale nie chcę mieć na własność firmy, której nie rozumiem. Raporty czytałem tylko i wyłącznie z przymusu wynikającego z mojej samodyscypliny.

Chociaż działalność APPLE'a rozumiem lepiej, niż SYNTHOS, również uważam, że raportów nie czytałbym w sposób racjonalny. "Fanatyzm inwestycyjny" spowodowałby pewnie chęć znalezienie straty, nieracjonalnego gospodarowania - czegokolwiek, co udowodniło by mojej fanatycznej naturze, że "przecież mówiłem, że ta spółka jest do kitu". Nie trzeba dodawać, że na pewno wyolbrzymił bym jakiś nieistotny szczegół, albo uznał znaczący patent za "świadectwo strachu przed konkurencją".

Dążę do tego, że sentymenty nie pozwalają na racjonalny ogląd sytuacji. Inni czytelnicy zauważyli, że traktuję CD PROJEKT jako firmę bez skazy. Znam wady CDR, ale całkiem możliwe, że w mojej głowie rodzi się obraz "wzlatującego ponad wszelkie przeszkody" zarządu, który wyjdzie z każdej opresji cało. W przypadku pozytywnych odczuć związanych ze spółką należy więc po lekturze każdego raportu (ocenionego jako dobry) zadać sobie pytanie: "Co tu się może nie udać?"
Odpowiedź musi zawierać 5 punktów po to, by nie uciekać od potencjalnych zagrożeń. Zdecydowałem, że dobrze będzie po każdym raporcie zadać sobie wspomniane wyżej pytanie. Patrzący przez różowe okulary inwestor na pewno nie zarobi. To pytanie na pewno chociaż częściowo zdać sobie sprawę z realnych zagrożeń.

Co, jeśli mamy nastawienie podobne, jak ja w przypadku APPLE'a?
Tutaj nie ma się co czarować - nie opłaca się kupować spółki, której nie chcemy posiadać. Nasze ego może działać tak silnie na racjonalność, że zrobimy bardzo głupią rzecz w bardzo nieodpowiednim momencie. Tak więc pewnie nigdy nie kupię firmy APPLE nawet, jeśli uznam, że jej finanse są zdrowe, a przyszłość świetlana - bo jej nie lubię, a to zburzy mój ogląd sytuacji.

wtorek, 4 grudnia 2012

Lektura (nie) dla inwestora

Na temat inwestowania przeczytałem dopiero kilkanaście książek. Tymi bardziej wartościowymi podzieliłem się z moimi czytelnikami w postach z cyklu "Literatura dobrego inwestora". Po przeczytaniu książki Fishera otworzyły się przede mną nowe możliwości, gdyż zrozumiałem, że prawdziwy inwestor nie może być wyłącznie inwestorem. Odkryłem, że musi być dobrym socjotechnikiem, dziennikarzem, filozofem, recenzentem itd.

Oprócz książek ściśle związanych z inwestowaniem, warto również przeczytać wiele książek, które pomogą zmienić sposób myślenia i zarabiać więcej, ale nie pada w nich ani raz słowo "inwestycja". Przeczytałem jakiś czas temu książkę, o której można śmiało powiedzieć, że ostatnio "ratuje mi życie"


Brian Tracy - specjalista od wydajności napisał książkę "Zjedz tę żabę", w której pokazuje 21 metod podnoszenia wydajności pracy. Ja akurat dorwałem ją w wersji audio, dzięki czemu słuchałem jej podczas jazdy samochodem w wakacje, w autobusie (ciężko mi się czyta w autobusie dłużej, niż 15 minut) i w innych miejscach, gdzie książkę niekoniecznie czyta się komfortowo.

z 21 zasad nie wykorzystałem wszystkich i od razu dostałem za swoje. Nie mam jeszcze pracy, ale matura zbliża się wielkimi krokami, więc już w wakacje zacząłem wykorzystywać metody Briana Tracy w domu i podczas nauki. Szybko zauważyłem, że chociaż wszystkie zasady są mi teoretycznie znane, nie miałem świadomości, jak wiele mogą one wnieść, jeśli wykorzystam je w pełnej formie, a nie wykreślając te elementy, które wymagają wysiłku. Najbardziej spodobała mi się zasada ABCDE, która (w skrócie) polega na napisaniu listy zadań na następny dzień i oznaczeniu poszczególnych zadań literami według ustalonej hierarchii. Na piątek mam sporo nauki: temat z biologii, zadania z fizyki, fragment lektury z polskiego, test i słówka z angielskiego. Ponadto w poniedziałek mam sprawdzian z matmy, a przecież ten przedmiot jest dla mnie bardzo ważny, oprócz tego podstawy obsługi programu na informatykę. Co robię? Spisuję listę zadań i oznaczam te literami i cyframi według ważności. Maturalne przedmioty są dla mnie bardzo ważne, więc one idą na pierwszy ogień, więc:
A1 - zadania z fizyki: zdaje rozszerzenie, więc jest to priorytet,
A2 - słówka z angielskiego - warto się tego nauczyć, bo sporo tego jest, a matura rozszerzona sama się nie zda,
B1 - lektura z polskiego - mam jeszcze trochę czasu na jej przeczytanie, więc jeśli dzisiaj nie zdążę, nic wielkiego się nie stanie,
B2 - matma - sprawdzian w poniedziałek, ale chciałbym zrobić około 60-80 zadań, więc byłoby miło, gdybym dzisiaj zaczął,
C1 - temat z biologii - nauczycielka rzadko pyta, a ja nie zdaję matury z biologii, więc najwyżej dostanę jedynkę, jeśli się nie zdążę nauczyć,
C2 - informatyka - program znam, więc tylko przejrzę teoretyczny bełkot - jeśli nawet nie otworzę książki, pewnie i tak dostanę czwórkę, a informatyki nie zdaję na maturze.

Bolesna prawda jest taka, że bardzo często nie jesteśmy w stanie wykonać wszystkich zadań z listy - musimy z czegoś zrezygnować. Zasada ABCDE pozwala wybrać te, które są najistotniejsze. Słabo opanowane zadania z fizyki przyniosą większe straty, niż potencjalna szansa na wywołanie mnie do odpowiedzi z biologii. Podejście to może się wydawać nieco niemoralne, gdyż uczeń powinien zawsze być przygotowany - to prawda, ale znając mój zapał do nauki biologii, pewnie za dwa tygodnie nie będę wiedział, dlaczego Guanina łączy się z Cytozyną, a nie z Adeniną:-)
Ogólnie zasada jest taka: nie rób B, jeśli nie skończyłeś A, jeśli zrobiłeś A, zrób B, nigdy C.

Powyższy, trochę ubarwiony przykład dnia pozwala udowodnić, że wykorzystanie chociaż jednej zasady pozwala podnieść wydajność. Planowanie i praca z listą ma ogromną moc. Nie jestem w stanie obliczyć, ile zyskuję czasu, ale Tracy wspomina, że minuta planowania oszczędza od 5 do 10 minut czasu potrzebnego do realizacji planu. Niby wszystko wiemy, ale spora część moich czytelników pewnie musi uczciwie przyznać, że nie spisuje listy zadań, czy zakupów - też kiedyś myślałem, że jest to zbędne.

Rozwój osobisty jest ważny i warto zacząć poszerzać horyzonty od tej właśnie pozycji. Jeśli wykonamy nasze podstawowe zadania, zostanie nam więcej czasu dla rodziny, pasji, snu, czy czegokolwiek innego, co odkładaliśmy na później. Efekty, które osiągnąłem nie są wcale kolorowym przykładem. Siostra, która również ma dużo zajęć chwaliła się, że długoterminowy projekt, nad którym pracowała zwykle 3 tygodnie, wykonała w nieco ponad tydzień. Gorąco polecam. Książkę możecie zamawiać tutaj.

sobota, 1 grudnia 2012

Sztuka tworzenia własnych zasad - część druga

W poście dotyczącym tworzenia własnych zasad inwestycyjnych niejako "podważyłem" słuszność siódmego pytania Fishera. Przyglądając się działaniom CDR, a zwłaszcza platformy GOG.com zauważyłem, że do oceny sumienności i prawdomówności nie wystarczy standardowe znalezienie odpowiedzi na pytanie nr 14, dotyczące "zamykania się w sobie", gdy sprawy idą źle. Fisher twierdził, że spółka, która ciągle podkreśla swoje atuty, a nie wspomina wcale o swoich porażkach, może okazać się studnią bez dna. Taka praktyka jest spotykana w naprawdę dobrych firmach. Dopiero po dłuższym zastanowieniu mogę przytoczyć dwa przykłady: ŚNIEŻKA - bardzo dobry producent farb i lakierów, który w raportach wyręcza inwestorów w obliczaniu wskaźników, gdy względem poprzedniego roku dany wskaźnik sugeruje lepszą sytuację, oraz CCC - znana sieć sklepów z butami, która chwali się wzrostem przychodów w jednym miesiącu, ale nie tak chętnie podaje informacje na temat spadku przychodów w innych miesiącach. Obie firmy badałem (muszę przyznać, że wiedza na temat tych branż jest mniejsza w porównaniu chociażby z branżą gier) i z raportów wyłaniał się obraz całkiem dobrych firm.

W jednym z wywiadów przedstawiciel CD PROJEKT RED wspomina o rażącym błędzie w stosowaniu polityki DRM - mamy jasno przedstawioną sytuację popełnienia błędu, który mógł zdarzyć się w każdej firmie. Przyznanie się do niego zwiększa szansę na jego naprawę. Tutaj właśnie zaświeciła mi się "czerwona lampka". Co z tego, że prezesi firm przyznają się do błędów, biją się w pierś, skoro nic z tego nie wynika?

Uważam, że każdy błąd, do którego dana firma się przyzna, powinien zostać naprawiony - tylko tego typu uczciwość ma jakąkolwiek wartość. Przyznanie się do błędu zwiększa szansę na jego naprawę, ale jej nie gwarantuje. Na pewno wielu prezesów to zauważyło i stosuje opartą na zasadzie "posypywania głowy popiołem" propagandę.

W przypadku CDR jestem jednak spokojny, ponieważ firma wiele razy udowodniła, że potrafi naprawić błędy. Serwer się wieszał, na gog.com przypadkowo znalazła się gra z zabezpieczeniem, figurka była porysowana itd. WSZYSTKIE wymienione błędy zostały naprawione i zrekompensowane. Dzięki temu w całym internecie dominują pochlebne komentarze na temat CDR - zwłaszcza w porównaniu z wielkimi gigantami, z którymi CDR podejmuje coraz skuteczniejszą walkę.

Warto zastanowić się nad moralną stroną błędów w spółkach w kontekście czternastego punktu Fishera. Zbadanie skuteczności naprawy błędów może dać inwestorowi dodatkowe informacje na temat przyszłych poczynań zarządu w sytuacjach kryzysowych.