poniedziałek, 29 października 2012

Wspaniała firma i wątpliwości

Niemal zawsze przy kupnie akcji mamy pytania, na które nie możemy znaleźć odpowiedzi, choćbyśmy włożyli ogromny wysiłek w ich uzyskanie. Sam przy kupnie CD PROJEKT zastanawiałem się kolejno:
- w 2011 roku, czy Wiedźmin konsolowy przyniesie wyższe marże, niż Wiedźmin na PC,
- na początku 2012 roku, czy spółce uda się zmniejszyć zadłużenie,
- obecnie, czy uda się wypracować zakładane 178mln zysku w latach 2012-2014.

Chociaż cały czas miałem jakieś wątpliwości, nie sprzedałem akcji, co może uchodzić za niezbyt rozsądne zagranie. Czy takim było w rzeczywistości? Czy inwestor posiadający akcje powinien je sprzedać, gdy przychodzi mu do głowy pytanie, na które nie zna odpowiedzi?


Jakakolwiek stanowcza odpowiedź na to pytanie wydaje się głupotą, więc jak to w inwestowaniu bywa, musimy szukać złotego środka. W mojej ocenie, istnieją dwa typy pytań, które przychodzą do głowy inwestorom już po zakupie akcji. Jak w każdej metodologii, również w 15 punktach Fishera możemy znaleźć pytania ważne i ważniejsze. Osobiście uważam, że jeśli istnieje poważna wątpliwość, czy firma spełnia pewne punkty, powinniśmy natychmiast pozbyć się akcji i poczekać na rozwój sytuacji. Chodzi o pytania:
- pierwsze, dotyczące wzrostu sprzedaży,
- trzecie, dotyczące badań,
- czwarte, dotyczące struktury sprzedaży,
- szóste, dotyczące możliwości wzrostu marży,
- ósme, dotyczące stosunków z kadrą zarządczą,
- dziewiąte, dotyczące bezpośrednio kadr zarządzających,
- jedenaste, dotyczące przewagi konkurencyjnej,
- trzynaste, dotyczące możliwych emisji akcji,
- czternaste, dotyczące szczerości zarządu,
- piętnaste, dotyczące uczciwości firmy.
Jeśli na którekolwiek z pytań, które wymieniłem, inwestor nie potrafi odpowiedzieć, powinien zbyć akcje i poczekać na rozwój sytuacji niezależnie od ceny. Oczywiście łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, jednak wątpliwości związanych z tymi pytaniami można uniknąć, udzielając informacji przed kupnem. Rzadko zdarza się, że cena akcji nie wzrośnie w czasie, kiedy odpowiedzi na pytania ulegną pogorszeniu. Jeśli dobrze przeanalizowaliśmy firmę, nie stanie się ona zła z dnia na dzień. Dlatego staram się nie "pieklić", żeby zdążyć przed uciekającym pociągiem.

A co z resztą pytań? Dlaczego odpowiedź na pytania: drugie, piąte, siódme, dziesiąte, dwunaste i trzynaste, nie jest potrzebna od razu? Drugie pytanie może spokojnie poczekać kilka lat, ponieważ minie trochę czasu, zanim obecna seria produktów zacznie sprzedawać się gorzej. Jeśli odpowiedź na pierwsze pytanie jest pozytywna, na drugie nie musimy odpowiadać od razu. Piąte pytanie dotyczące marży, jest zbyt proste, aby nie móc znaleźć na nie odpowiedzi. Uważam, że jeśli inwestor nie wie, czy marża jest teraz wysoka, nie powinien posiadać akcji danej firmy. Takie dane można łatwo sprawdzić i porównać z branżą, a analiza pozostałych punktów z pewnością da odpowiedź na to pytanie. Siódme pytanie jest pochodną ósmego - kadry zarządzające po prostu wpadną na pomysł dobrego traktowania pracowników, jeśli oceniliśmy je dobrze. Sądzę, że w bardzo wyjątkowych sytuacjach okaże się, że odpowiedź na pytanie siódme jest przecząca, a na ósme - twierdząca. Jeszcze mniej prawdopodobne jest to, że w związku z tym pytaniem, wartość firmy spadnie. Dziesiąte pytanie dotyczące kosztów, również jest pytaniem, na które powinniśmy znać odpowiedź, ponieważ jest ściśle związane z marżą. Jeśli marża rośnie, to kontrola jest dobra, jeśli nie, marża spada i nie ma innej możliwości. Musimy tylko pamiętać o tym, że koszty badań, czy reklamy obniżają marżę, co jest bardzo pozytywnym zjawiskiem. Pytanie dwunaste dotyczy prognozowanych zysków. Inwestor, który kupił akcje z odpowiednią marżą bezpieczeństwa i w miarę pewnie oszacował zyski, nie ucierpi, jeśli firma nie będzie publikować prognoz. Nawet, jeśli zyski się pogorszą, inwestor ma jeszcze marżę bezpieczeństwa.

Przyznanie się do błędu może nas sporo kosztować, ale tylko w sytuacji, jeśli postawimy konkretne pieniądze na konkretną odpowiedź. Osobiście nie wierzę, że w ciągu roku, odpowiedzi na pytania zmienią się tak drastycznie, że firma ze wspaniałego podmiotu, stanie się zwykłym bublem. Radzę więc szukać do końca odpowiedzi na pytania Fishera, ponieważ to one właśnie ostrzegają najwcześniej przed kłopotami.

piątek, 26 października 2012

Wzorowe prace badawcze i skokowy wzrost zysków

Branża gier komputerowych wymusza stosowanie ciągłych innowacji, więc studia, które nie prowadzą intensywnych prac badawczo-rozwojowych, zostają w tyle. Pionierzy technologiczny pozostają w umysłach graczy na długo.

Gra Crysis studia Crytek została wydana w 2007 roku, jednak technologicznie była tak wielkim arcydziełem, że przez najbliższe dwa lata była wyznacznikiem jakości i technologicznych rozwiązań. Nie mogę pochwalić się filmikiem, ale przeglądając napisy końcowe gry obliczyłem, że ponad 20% osób zatrudnionych przy grze pracowało w działach badań i rozwoju. Chociaż branża gier jest bardzo nowoczesna, taka liczba pracowników przyprawia o zawrót głowy. Oprócz tego firma bardzo starannie dobiera pracowników - od 4 miesięcy HR poszukuje odpowiednich programistów i nadal nie zatrudniono nikogo wystarczająco kompetentnego. Efekt? Kiedy spółka zaczynała w 1999 roku, musiała zrezygnować z produkcji dwóch gier, by wydać jedną o dobrej jakości. Dzisiaj Crytek ma 7 studiów produkcyjnych w Europie i Azji. Chociaż wiele można tej firmie zarzucić, jest ona niekwestionowanym pionierem prac badawczo-rozwojowych w branży gier.

Bardziej współczesnym przykładem studia innowacyjnego, jest DICE - twórcy równie spektakularnego Battlefield 3

Nie mam dokładnych informacji na temat prac badawczo-rozwojowych w tym studiu, jednak wrażenia są bardzo podobne do tych, które miałem oglądając po raz pierwszy Crysisa na pełnych detalach. Na pewno więc studio przyłożyło się do rozwoju swojej działalności - takich efektów po prostu nie da się osiągnąć na zwykłym silniku graficznym.

Polscy twórcy - CD PROJEKT RED również stworzyli świetną grafikę w Wiedźminie. Chociaż zamysł tworzenia silnika jest inny (gra ma wyglądać ładnie, a nie realistycznie), to i tak robi to ogromne wrażenie. Studio, które jest innowacyjne, dąży do tworzenie własnego silnika, szuka lepszych rozwiązań i zatrudnia tylko najlepszych. Dlatego ma ono szanse przecisnąć się do światowej czołówki. Inaczej się po prostu nie da.

Gry są powszechnie uważane za głupią i niszczącą rozrywkę, jednak dla mnie kontakt z grami, to kontakt z technologią - to gry adaptują nowinki technologiczne na samym początku. Potem te innowacje przenikają dalej. Uważam więc, że branża gier jako mój krąg kompetencji, pozwoli mi lepiej poznać inne branże i ocenić ich innowacyjność, oraz długoterminowe prognozy wzrostu.

wtorek, 23 października 2012

Względna stabilność stabilnych branż

Gdy zaczyna się kryzys, wielu ludzi zaczyna odczuwać ryzyko związane z inwestowaniem w akcje branż rozwijających się i mających przed sobą dobre perspektywy. Tacy inwestorzy utożsamiają ryzyko z wahaniami cen, a nie z poziomami cenowymi, jak robimy to my - inwestorzy skoncentrowani.

Również telewizja kreuje w takich sytuacjach obraz branż stabilnych, które są odporne na kryzys. Do łask wraca branża spożywcza, transport morski i lotniczy, przyrządy do golenia i inne, niezbędne w codziennym życiu rzeczy. Inwestorzy, którzy dają się namówić na stabilne podmioty robią jedną rzecz rozsądnie, ale popełniają przy okazji zasadniczy błąd, o którym nie wiedzą. Błąd taki może znieść racjonalne zachowanie inwestora. O co chodzi?

Racjonalnym zachowaniem jest kupowanie podmiotów stabilnych - nie czarujmy się. Osoba mająca podobną wiedzę w zakresie informatyki i branży spożywczej, nie może wycenić spółki informatycznej tak precyzyjnie, jak producenta cukierków, czy chleba. Stabilne dochody ułatwiają obliczenie wartości wewnętrznej i określenie, czy akcje są tanie. Zadowolony kupnem tanich akcji inwestor, nie ma jednak pewności, że jego stabilny podmiot również może tanieć i nie będzie to związane z czynnikami fundamentalnymi. Spółka może stanieć "ot tak" - bez powodu. Jeśli inwestor nie ma świadomości tej ułomności rynku, może spanikować i plan kupna stabilnego podmiotu weźmie w łeb. Książkowym przykładem takiej anomalii, jest produkujący słodycze Wawel, który sukcesywnie od kilkunastu lat zwiększa zyski niemal w każdym roku.

Wyceniając spółkę Wawel w 2007 roku, u szczytu hossy, można było wywnioskować, że akcje nadają się do kupna, a ich cena jest w miarę akceptowalna. Piszę w "w miarę", bo nie analizowałem spółki - opieram się na opinii znajomego inwestora, którego uznaję za zdolnego i doświadczonego człowieka. U szczytu hossy 2007, akcje był sprzedawane po nieco ponad 350 złotych. A mojej ocenie można było uznać tę cenę za akceptowalną, więc prawdopodobny jest scenariusz, że w miarę zdolny inwestor, który szukał stabilnego podmiotu, uznał, że akcje są warte kupna.

Proszę nie uznać zwrotów typu "w miarę zdolny inwestor" za niedorzeczne, ale działanie opisane akapit wyżej, naprawdę jest racjonalne. Wystarczy jednak nieświadomość jednej, bardzo ważnej kwestii, by inwestor stracił sporo pieniędzy. Problem polega na tym, że stabilna branża zabezpiecza zyski przedsiębiorstw, ale w żaden sposób nie zabezpiecza ceny danego podmiotu. Wawel kupiony po 350 złotych, spadał podczas bessy bardzo mocno - nie trzeba było specjalnych technicznych umiejętności, by nabyć akcje nawet poniżej 180 złotych. Inwestor, który nabył dobre akcje w hossie, w pewnym momencie był stratny na połowie kapitału. Dlatego Buffett twierdzi, że inwestować powinny osoby, które potrafią takie spadki wytrzymać psychicznie. Jeżeli racjonalny inwestor wytrzymał i ma akcje do dziś, jest już w okolicach stuprocentowego zysku.

Inwestor łapiący dołek, czyli poniżej 200 złotych, byłby dzisiaj bardzo bogatym człowiekiem. Czy jest ktoś taki? Pewnie tak, ale zapewne jest to kwestia przypadkowego złapania dołka, a nie dumnie nazwanej Analizy Technicznej. Niech ten trochę "ufajniony" i wyselekcjonowany przykład będzie dowodem na to, że ogromne pieniądze można zarobić bez znajomości analizy technicznej.

sobota, 20 października 2012

Sens wyceny spółek przeciętnych

Wyceniając spółkę w dwufazowym modelu zdyskontowanych przepływów pieniężnych Buffett zaleca, by:

Zdyskontować wszystkie zyski od dzisiaj do dnia sądu ostatecznego.
Sądu ostatecznego? Czyli kiedy? Do emerytury, aż osiągniemy 80 lat? A może obrać którąś z dat końca świata?

Wytłumaczenie tego fenomenu jest prostsze, niż mogłoby się wydawać. Spójrzmy na wartość miliona złotych, które spółka zarobi w następnych latach. Jest to po prostu zdyskontowana wartość miliona złotych dla poszczególnych lat.

Okazuje się, że za milion złotych zarobione za 25 lat powinniśmy być gotowi zapłacić nieco ponad 35 tysięcy złotych. Stopę dyskonta ustaliłem na 10%. Łatwo dojść do wniosku, że następne zyski po prostu nie wpływają aż tak bardzo na wycenę, więc nie musimy zahaczać w naszych analizach o fantastykę naukową.

Pojawia się jednak pytanie: Co zagwarantuje nam, że spółka będzie utrzymywać założone zyski przez 25 lat? Niestety nie liczcie, że ja Wam to powiem. Prawda jest taka, że nie możecie założyć jakiegokolwiek scenariusza i być pewni jego rozwoju. Buffett mówi, że wspaniała firma to taka, która pozostanie wspaniała przez 25-30 lat. A co, jeśli spółka nie jest wspaniała? Właśnie tutaj pojawia się problem dla inwestorów wybierających akcje przeciętne, czyli kupujących na wzór Benjamina Grahama, ale trzymających je nieco dłużej. Śmiem wątpić, czy jest sens kupować firmę, która nie ma świetlanych perspektyw nawet, jeśli jej cena wydaje się dzięki DCF-owi atrakcyjna. Mamy więc kolejny dowód na to, że spółki przeciętne mogą nie osiągnąć ceny wskazującej jej wartość. Co w takiej sytuacji robić? Tobiasz Maliński wycenia spółki bez modelu dwufazowego - po prostu oblicza zdyskontowane zyski dla konkretnych lat - np. do roku 2030, dodaje je i w ten sposób otrzymuje wartość. Tobiasz zakłada, że spółka po danym okresie po prostu nie zarobi ani grosza. Jeśli mamy do czynienia ze spółką przeciętną, albo nie potrafimy sobie wyobrazić spółki za 20 lat, to możemy spokojnie wycenić spółkę tak, jak robi to Tobiasz. Otrzymamy niższą wartość, ale brak pewności na temat perspektyw wymusza szukania większej marży bezpieczeństwa. Ja szukam raczej tylko firm doskonałych, dlatego wyceniam je w modelu dwufazowym.

Zakładanie rozwoju na najbliższe 25 lat może wydawać się ryzykowne i rzeczywiście takie jest. Dlatego właśnie należy ZAWSZE wymagać odpowiedniej marży bezpieczeństwa. To ta marża właśnie uchroni nas przed błędami, które popełnimy na pewno. Im więcej jednak wiemy o spółce, tym bardziej precyzyjne założenia możemy podać.


środa, 17 października 2012

Likwidacja portfela

Obiecywałem już dość dawno, że zmienię spółkę, którą posiadam w Wirtualnym Portfelu. Zakładając bloga chciałem udowodnić, że mogę pokonać rynek, udowodnić, że mogę zarobić więcej, niż przeciętny inwestor. Nie znałem wtedy ani Fishera, ani Grahama. W ogóle wiedziałem bardzo mało. Dzisiaj wiem, że perspektywa krótsza, niż 5 lat w jakiejkolwiek inwestycji, pozbawiona jest sensu. Więc co z tego, że zmienię MCI na CDR, który aktualnie posiadam? Za 10 lat pewnie będę zupełnie innym człowiekiem, bardzo prawdopodobne, że bloga już nie będę prowadził. Więc kiedy porównacie mój wynik? Za 10 lat? A jeśli się mylę? Będziecie musieli czekać kolejne lata na powrót w wielkim stylu. Jest to bez sensu.

Jedyną spółką, jaką posiadam, jest CD PROJEKT RED i jestem z niej zadowolony od niemal dwóch lat - kupiłem akcje za około 5 złotych i jeśli zarząd mnie nie zawiedzie, będę w posiadaniu spółki za 5-10 lat. Bloga na razie prowadzę, więc o wszystkim moich ruchach będę Was informował, a Wy - mam nadzieję - będziecie je komentować, wytykać błędy i wspierać.

Jeśli odniosę sukces, na pewno to dostrzeżecie i wirtualny portfel nie będzie do tego potrzebny. Jeśli jednak spektakularnie upadnę, będziecie mieć świadomość, miałem długoterminowy plan i podstawie moich wpisów ocenicie, co zrobiłem źle itd.

By the Way - mam sporo nauki, a posty nadal publikuje na zasadzie "w sobotę napisz posty na następny tydzień". Matura już teraz daje mi w kość, a do tego uświadomiłem sobie, jak mało umiem między innymi z fizyki. Życzcie mi powodzenia, bo bardzo mi się przyda:-)

niedziela, 14 października 2012

Rewolucja w definicji CDP.PL

Dzisiaj krótko. Zapowiadana szumnie cyfrowa rewolucja w wykonaniu CDR okazała się sklepem internetowym, który ma udostępniać gry cyfrowo po cenach lepszych, niż chociażby STEAM. Tak więc jest to konkurencja dla obecnego na polskim rynku muve.pl.

W ofercie na początek pojawiły się 34 gry, więc nie jest ich dużo. Start nie jest więc oszałamiający i nie sądzę, aby projekt szybko wyszedł na prostą. W jednym z wywiadów szef "rzucił" datą wrzesień 2013, więc sądzę, że do tego właśnie czasu projekt najpóźniej osiągnie próg rentowności. Pamiętajmy, że cdp.pl to nadal serwis w wersji beta. Gdy poszerzy się oferta gier, sklep pewnie stanie się bardziej popularny. Nie znalazłem niestety raportu finansowego konkurencji (serwisy internetowe chcą sporej ilości gotówki), dlatego nie wiem, jakie są marże, przychody i zyski u konkurencji, ale nie oszukujmy się - w pierwszym roku po osiągnięciu rentowności, trudno będzie stronie zarobić więcej, niż milion złotych.

W wycenie CDR nie zmieniam na razie nic, poczekam na konferencję, która odbędzie się w czwartek i na "powtórkę" DNIA INWESTORA. Wtedy wycena spółki na nowo, stanie się możliwa i racjonalna. Na razie czekam na więcej gier w serwisie i trzymam akcje:-)

czwartek, 11 października 2012

Uszczelnianie wyceny dzięki przychodom

Wyceniając spółkę metodą DCF musimy określić, w jakim tempie spółka będzie się rozwijać przez najbliższe kilka lat. Od tego, jak precyzyjne będą nasze liczby zależy, ile zyskamy, jeśli kupimy spółkę za atrakcyjną w naszej ocenie cenę. Warunki branżowe jednak się zmieniają: marża, podatki, transport, konkurencja - to wszystko ma wpływ na przyrost zysków, które musimy podstawić do wzoru. Tak wiele czynników niemal uniemożliwia przyjęcie jakichkolwiek wiarygodnych założeń. Dzisiaj już wiem, że nie ma większej różnicy między wpisaniem do wzoru dowolnej liczby, a podaniem "prognozowanych" zysków bez dogłębnej analizy spółki. Bezwzględnie należy więc wycenić spółkę NA KOŃCU analizy, kiedy już zdecydujemy, że jesteśmy gotowi spółkę nabyć. Wycena może nas wtedy jedynie wstrzymać z działaniem do najbliższej bessy.

Od czego zacząć? Większość inwestorów zaczyna od zysków historycznych, co wydawać się może rozsądne, ale takie nie jest. Bardzo dobrym przykładem jest spółka Wawel. Od 1999 do 20112 zwiększała ona zysk netto w tempie aż 37%. Żaden rozsądny inwestor nie może założyć takiego rozwoju sytuacji w przyszłości. Więc jaki wzrost ma założyć? 18%? A może dla bezpieczeństwa 17%?

Inwestor badający tylko zysk netto będzie strzelać liczbami zbyt rozbieżnymi. Zamiast otrzymać wycenę 100-120 złotych, może poruszać się w przedziale 80-140 złotych. Taka wycena nie jest bezpieczna, jeśli akcje kosztują np. 100 złotych. Zastanówmy się więc, co jest podstawą przyszłego zysku, który jest tak rozbieżny. Zysk operacyjny? Zysk na sprzedaży? Przychód? Tak! To przychody ze sprzedaży są najlepszą miarą wydajności firmy. Dlaczego? Bo są jej podstawą. W przychodach znajdziemy najważniejsze cechy firmy. Pominiemy za to wiele dywagacji, które zniekształcają obraz sytuacji. Podatki, działalność działu promocji, badania, PR itd. To wszystko zabiera pieniądze z zysku, ale nie zabiera przychodu i na ten właśnie przychód wpływa. Dlatego jeśli wyceniamy spółkę, warto wziąć pod uwagę dynamikę przychodów i dopiero tę dynamikę podstawić do wzoru, który określi procentowy wzrost ZYSKÓW, które są przecież niezbędne przy wycenie firmy. Wawel zwiększał przychody w tempie niecałych 14% rocznie. Inwestor, który sugerował się zyskami i wstawił do wzoru 17%, stał na przegranej pozycji, bo jego wycena szybowała w górę.

To jednak nie wszystko. Spółka stała się większa, więc jeśli nie mamy ku temu solidnych podstaw, nie możemy również zakładać, że taki wzrost się utrzyma. Inwestor zmuszony jest więc zmniejszyć dynamikę. Do ilu? Znów pojawia się problem. W tym przypadku warto spojrzeć na odpowiedzi, których udzieliliśmy na pytania Fishera. Czy marża wzrośnie? Czy zarząd jest zdeterminowany, by ją podkręcać? Jeśli nie, prognozę należy bardzo zrewidować. Jeśli tak - wystarczy 5-6 punktów procentowych. Wielu innych czynników, jak na przykład nasze kochane podatki, nie da się przewidzieć. To samo z cenami paliw. Dlatego warto jednak dla bezpieczeństwa zmniejszyć właśnie o te 5-6 procent naszą prognozę zysków.

Mając odpowiedzi na pytania Fishera, możemy określić, że spółka zwiększy zyski w tempie 8-9 procent rocznie. Oczywiście liczbami strzelam na ślepo - nie badałem spółki Wawel. Okazała się ona tylko obrazowym przykładem. Gdybyśmy odpowiedzi na pytania Fishera nie mieli i zbadali dynamikę zysków, a nie przychodów, pewnie byśmy w każdej chwili byli przekonani, że cena jest atrakcyjna. Cena nie jest zawsze atrakcyjna i dlatego wycena jest bardzo pożytecznym narzędziem.

Wielu inwestorów na moje pytania z zakresu wyceny odpowiada pytaniami w stylu: "Po co prognozować zyski na kilka lat do przodu? To niemożliwe, przyszłość i tak zaskoczy." Zgadzam się, że przyszłość zaskoczy, ale marża bezpieczeństwa, czyli różnica, między ceną i wartością, jest naszym zabezpieczeniem przed niepewną przyszłością. Buffett wypowiada się na ten temat jeszcze bardziej błyskotliwie:

Lepiej z grubsza mieć rację, niż precyzyjnie się mylić.
Racji nie będziemy mieć nigdy, ale wycena może nas bardzo do niej zbliżyć. Dlatego wycena jest bardzo ważna. To tylko podstawienie liczb do wzoru. Inwestor, który dobrze zna spółkę, nie pomyli się o wiele, jeśli przyjmie konserwatywne założenia - ot i cała filozofia.

poniedziałek, 8 października 2012

Czy inwestor powinien oglądać telewizję?

Pod wpływem zmiany poglądów politycznych dostrzegłem, jak telewizja manipuluje społeczeństwem. Telewizja (bez względu na znaczek) karmi nas tematami zastępczymi: AMBER GOLD, porwane spod domu dziecko, debaty o debacie, rosyjskie skandalistki w cerkwiach i jak zwykle: szkodliwy wpływ gier na psychikę dzieci - te wszystkie tematy zastępcze odciągają uwagę społeczeństwa od spraw naprawdę ważnych. Rozumiem, że porwanie dziecka, czy surowa kara dla skandalistek są warte wzmianki. Tylko po co robić z porwania dziecka serial i podkreślać, że dziewczyny wykonały utwór "Bogurodzico, przegoń Putina"? Telewizja robi nam wodę z mózgu i przekonałem się, że niemal każdą informację trzeba traktować z olbrzymim dystansem.

Czy inwestor musi oglądać telewizję? Sam telewizji oglądam bardzo mało: około dwóch godzin tygodniowo przeznaczam na oglądanie wybranych materiałów w internetowym wydaniu informacji i oglądam trochę wywiadów w telewizji biznesowej. Nie ukrywam, że lubię politykę, która jest dość luźno powiązana z inwestycjami. Gdybym nie interesował się polityką, pewnie najważniejsze informacje mógłbym znaleźć na serwisach branżowych.

Internet jest jedynym, całkowicie wolnym strumieniem informacji. W tym ogromnym śmietniku możemy znaleźć wiele niezależnych opinii, na podstawie których wyrobimy sobie własną, inteligentną opinię. Telewizja jest bardziej profesjonalna, ale bardziej zmanipulowana. Moja rada brzmi więc: jeśli oglądasz telewizję, przeczytaj dodatkowo informacje na dany temat w internecie. Jeśli nie oglądasz - to dobrze, Twój osąd nie jest zagrożony, jeśli nie czytasz rzeczy niepotrzebnych.

Książki oddziałują na wyobraźnię, a poza tym są coraz mniej popularnym medium w porównaniu chociażby z telewizją. Dlatego uważam, że książki pobudzają niezależne myślenie. Gdybym nie przeczytał bloga w internecie, pewnie dzisiaj myślałbym, że Buffett to cwaniaczek, który miał szczęście i śledziłbym pewnie teraz wskaźnik PMI dla przemysłu w USA, bo to przecież ma wpływ na cenę akcji, które posiadam, prawda? Książka nie pokazuje obrazów, nie manipuluje dźwiękiem, więc manipulacja jest o wiele trudniejsza. Dlatego książki są według mnie bardziej wartościowe, niż TV.

A jakie podejście mają moi czytelnicy? Czekam na opinie. Ile czasu poświęcacie telewizji? Ile książek czytacie? Które informacje są według Was manipulacją?

piątek, 5 października 2012

Przewidywanie bankructwa - część druga

W pierwszym poście z cyklu zaprezentowałem wskaźnik ALTAMANA, który w prosty sposób określał, czy spółka jest zagrożona bankructwem, czy też nie. Obiecałem wtedy, że zaprezentuję więcej modeli, które mogą okazać się bardziej skutecznie. Niestety przeliczyłem się - model Hamrola, który znalazłem w jednym z czasopism branżowych, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Po podstawieniu danych dla PBG okazało się, że dane za 2010 rok nie sugerują, że spółka może zbankrutować, a przecież zbankrutowała.

O wiele prostszym sposobem sprawdzenia "na szybko", czy spółka może przetrwać, jest sprawdzenie, w jakim stopniu zadłużony długoterminowo jest kapitał własny spółki. Okazało się, że w CD PROJEKCIE w 2010 roku, iloraz zadłużenia długoterminowego przez kapitał własny wynosił 21%. W roku 2011 - 6%. W PBG zaś te wartości wynosiły: 35% dla roku 2009 i 53% dla roku 2010.

Peter Lynch zalecał, by wartość tego wskaźnika wynosiła maksymalnie 20%. Wnioski są oczywiste - PBG było zagrożone bankructwem i po lekturze raportu za 2010 rok, inwestor mógł już wiedzieć o tym, że spółka nie przetrwa. Ja o tym nie wiedziałem i mam za swoje. Okazuje się, że CD PROJEKT w przypadku niepowodzenia, również by zbankrutował w roku 2010. Od roku 2011 do chwili obecnej, CD PROJEKT jest wypłacalny. Ma jednak to znikome znaczenie w gruntownej analizie przedsiębiorstwa. Dlaczego?

Zaprezentowany wskaźnik mówi inwestorowi, na ile spółka jest w stanie sfinansować swoim majątkiem dług. Taka sytuacja zaistnieje, jeśli spółka będzie mieć problemy. Przy dokładnej analizie z wykorzystaniem Cyklu Konwersji Gotówki, jego składowych i wskaźnika Kw/A, inwestor dostrzeże nieprawidłowości o wiele wcześniej, niż możliwe jest to z wykorzystaniem wskaźnika zaprezentowanego wyżej. W dokładnej analizie jest więc on trochę zbędny, chociaż sam posiadam oddzielny wykres dla tego wskaźnika - jest on swego rodzaju ostrzeżeniem przed "co by było gdyby".

Podczas selekcji wstępnej, jest on bardzo przydatny. Zamiast wczytywać się w raport, bierzemy z niego tylko dwie wartości. Jeśliby połączyć iloraz zadłużenia do kapitału z metodologią Altmana, możemy z dużą dozą pewności określić, czy spółce grozi bankructwo. Nie gwarantuję, że w każdej sytuacji taki tandem nas ostrzeże, ale jego skuteczność w przypadku wielu firm potwierdza, że może oszczędzić on wiele wysiłku inwestorowi.

Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa, która może zainteresować ludzi, którzy chcą kupić firmy zagrożone bankructwem, które wychodzą z opresji. Jeśli wskaźnik Altmana sugeruje, że firma może zbankrutować, a iloraz zadłużenia do kapitału znajduje się poniżej 20%, oznaczać to może, że spółka będzie zagrożona bankructwem, ale nie zbankrutuje - pozbędzie się części kapitału własnego, ale przetrwa. Cena takich akcji na pewno będzie zniżkować, a sprytny inwestor mógłby kupić śmiesznie tanie akcje. Nie sprawdzałem jednak takiego zagrania (zahacza trochę o spekulację), bo szukam firm doskonałym za wyższą cenę.

Selekcja wstępna oszczędza czas, a iloraz zadłużenia długoterminowego do kapitału własnego, jest świetnym uzupełnieniem wskaźnika Altmana. Jego obliczenie zajmuję kilka sekund, a dostarcza ciekawych informacji.

Nie mam w zanadrzu kolejnego, dobrego wskaźnika selekcji wstępnej ostrzegającego przed bankructwem, więc nie obiecuję, że kolejny wpis z cyklu powstanie. Jeśli moi czytelnicy mają jakieś skrypty badające, czy spółka może zbankrutować, to chętnie je poznam.

wtorek, 2 października 2012

Dochodzenie swoich racji a cena akcji

Analizując firmy bardzo dogłębnie możemy czasami nie być pewni swojej racji - nie potrafimy wycenić biznesu, lub nie potrafimy jednoznacznie odpowiedzieć na jedno z pytań Fishera. Jeśli pytania jest ważne, rozsądny inwestor nie kupuje akcji, lub opóźnia decyzję w czasie - to zupełnie normalne i nie jest przejawem ani ignorancji, ani niewiedzy - osoba z doświadczeniem na pewno ma na swoim koncie chwile zwątpienia. Odkładamy więc decyzję o kupnie "na potem". No właśnie - "potem", czyli kiedy?

Biznes jest bezpieczniejszy, gdy kupujemy go za rozsądne pieniądze. Naturalne jest więc, że wielu stawia sobie następujący warunek: "spadnie 10%, to będę w stanie kupić ten biznes." Czy jest to rozsądne? Na pierwszy rzut oka można przypuszczać, że tak. Sam jednak przekonałem się, że usprawiedliwianie niepewności i wad ceną nie jest dobrym pomysłem. Często możemy popaść z jednej skrajności w drugą - wtedy robimy coś, na czym sam się zaciąłem - kupujemy przeciętną firmę za wspaniałą cenę - w świetle tego, co Fisher pisze w swoich książkach, jest niedopuszczalne kierować się tylko ceną. Tak więc empirycznie wiem, że determinowanie zakupu ceną, jest niebezpieczne. Kiedy znamy odpowiedzi na wszystkie pytania, możemy biznes wycenić. Na ile wycenić jedno pytanie, na które nie znamy odpowiedzi? Co w sytuacji, jeśli jest to np. pytanie o uczciwość zarządu? Strzelanie ceną na ślepo jest w takiej sytuacji bardzo ryzykowne.

Jest jeszcze drugi sposób - z pozoru wydaje się równie szalony, jednak w tym szaleństwie jest metoda - po raz pierwszy przeczytałem o tym w książce Fishera. Załóżmy, że firma buduje nową fabrykę za ogromną sumę pieniędzy - projekt jest ryzykowny i jego niepowodzenie może znacznie obniżyć wartość firmy. Jeśli jednak wystarczy pieniędzy, fabryka przyniesie ogromne zyski. Rozważny inwestor wstrzymuje się z kupnem akcji. Philip Fisher radzi, by takową firmę kupić, gdy ruszy fabryka, nie uwzględniając ram cenowych. Kiedy pierwszy raz o tym przeczytałem, zadałem sobie kilka pytań: dlaczego nie interesuje Cię cena? Dlaczego chcesz kupić firmę w ciemno. Czy nie prościej zastanowić się nad kupnem dopiero po zbadaniu pierwszego roku funkcjonowania fabryki? W rozdziale "kiedy kupować?" Fisher udowodnił, że taki sposób jest bardzo korzystny. Ja jednak sądzę, że konieczne jest połączenie kupna "gdy fabryka ruszy" z cyklem koniunkturalnym. Nie należy trzymać się dokładnie moich kryteriów - sam ustaliłem je na razie "mniej więcej", bo nigdy nie miałem okazji tego sprawdzić.

Sądzę, że gdy "fabryka ruszy" należy spojrzeć na wykres wskaźnika C/Z dla całej giełdy - powtórka z rozrywki na temat przewidywania hossy. Obecny wskaźnik C/Z dla całej giełdy sugeruje, że moment na kupno akcji jest jak najbardziej odpowiedni. W takiej sytuacji właściwie nie zastanawiałbym się i kupił firmę od razu po rozruchu fabryki. Jest subtelna różnica między chwytaniem się cyklu, a pierwszym sposobem, przed którym ostrzegałem na początku - tutaj nie musimy oszczędzać na jakości - fabryka działa, a my korzystamy ze strachu. Co w sytuacji, gdy wskaźnik C/Z jest wyższy? Gdyby wskaźnik C/Z znajdował się w przedziale 12-17, zdecydowałbym się kupić połowę planowanych akcji, a gdy fabryka przyniesie pierwsze zyski, dokupiłbym drugi pakiet. Z kupna zrezygnowałbym, gdyby wskaźnik C/Z dla całej giełdy wynosiłby powyżej 17. Proszę jednak nie zwracać uwagi na wskaźnik C/Z dla danej firmy - jego rozsądna wartość nie jest stała dla każdej branży, więc nie ma sensu go sprawdzać. W sytuacji wysokiego wskaźnika C/Z wstrzymałbym się z zakupem. Historia nauczyła nas, że po silnych wzrostach (o których możemy mówić, gdy wskaźnik C/Z przekracza 17), możemy z dużą dozą pewności przypuszczać, że wkrótce zacznie się bessa i nasza firma będzie tańsza nawet, jeśli fabryka będzie dobrze prosperować. Za jakiś czas, kiedy wybuchnie bessa, będziemy wiedzieć o nowej fabryce znacznie więcej, niż dzisiaj. Uważam więc, że połączenie metodologii Fishera z cyklem koniunkturalnym, może dać całkiem dobry efekt.