wtorek, 31 lipca 2012

Wojna jako okazja, czyli "Kupuj, gdy leje się krew"

Kiedy tylko przychodzi kryzys, ludzie boją się wybuchu wojny. Teraz, gdy jedna bomba może zabijać nawet 70 lat po wybuchu, nie należy się dziwić, że ludzie boją się wojny. Warto więc chociaż na chwile puścić wodze fantazji i zastanowić się, co stałoby się, gdyby jutro miałaby wybuchnąć wojna.

Akcję naszego taniego dramatu wojennego umieśćmy w kraju Y, który znajduje się w Europie. Agresor to państwo X, żeby nie wzbudzać złych uczuć. Jak przebiega wojna? Wkraczają czołgi, wróg szykuje atak bombowy na stolicę, hakerzy paraliżują łączność, przestaje działać giełda, akcje na zagranicznych rynkach zaczynają spadać, a ludzie uciekają w popłochu ze swoimi pieniędzmi. Wkrótce pada gospodarka, a dolar drożeje w atakowanym kraju niemiłosiernie. Pieniądze stają się bezwartościowe.

Tymczasem w Polsce strach przed globalną wojną, bo przecież oba kraje mają podpisane sojusze. Nikt jednak nie chce mieszać się w wojnę, która wybuchła bez ostrzeżenia. WIG 20 spada do 1500 pkt, wskaźnik C/Z spada do 4, a Polska waluta tanieje. Jest jednak całkiem mocna na tle walut państw, które walczą. W tej chwili w ludziach budzi się pierwotny instynkt ucieczki. Ten sam, który zalewa Was zimnym potem, gdy boicie się na widok grupki dresiarzy ciemną nocą. To naturalne, że ludzie pomyślą w takiej sytuacji o sprzedaży akcji i trzymaniu pieniędzy w domu. Dlaczego? Bo wojna przyjdzie do nas? Bez względu na to, czy przyjdzie, należy właśnie w takich chwilach kupować akcje. Dlaczego? Jeśli wojna przyjdzie, na wartości stracą pieniądze bez względu na to, czy kupimy akcje, czy schowamy pieniądze do skarpety. Trzymanie szeleszczącej gotówki zaś nie daje żadnych przywilejów. Jeśli jednak wojna nie przyjdzie, akcje będą zwyżkować. Można też nasze pieniądze zamienić na dolary, czy japońskie jeny, żeby ulokować pieniądze w tamtejsze akcje - bez względu na to, czy wojna tam jest, czy jej nie ma, akcje będą podczas wojny tanie. Tak więc "Kupuj, gdy leje się krew".

Należy zadać sobie pytanie, czy jest to posunięcie godne człowieka. Niektórzy mogą odnieść wrażenie, że jest to czyn przeciw ludziom, którzy umierają podczas wojny w kraju X. Uważam jednak, że będziemy bardziej zdolni do pomocy, jeśli zarobimy na chwilowej panice, niż gdybyśmy zostali z pieniędzmi w formie gotówki. Poza tym wątpię, żeby pojedyncza jednostka mogła coś zdziałać podczas wojny na rzecz krzywdzonych ludzi.

Trzeba jeszcze tylko zwrócić uwagę na fakt, że niektóre firmy mogą działać w krajach prowadzących wojnę. Jeśli firma działa w takim kraju, lepiej nie ryzykować, przecież w innym miejscu jest wystarczająco dużo firm, by wybrać bezpieczniejsze akcje. Jeśli inwestor ma również wysokie standardy moralne, powinien zastanowić się, czy jego firma nie będzie bogacić się kosztem wojny. Chociaż nie uważam siebie za człowieka miłosiernego i uczynnego, to jednak nie kupiłbym firmy, która przerzuca broń i granaty na linię frontu.

sobota, 28 lipca 2012

Informacje z niestandardowych źródeł - część druga

W poprzednim poście z serii pokazałem dowód na to, że zdeterminowany inwestor może uzyskać dużo więcej informacji, niż może się wydawać. Na zadane pytania zostały udzielone konkretne odpowiedzi. Nie zawsze jednak tak jest - analiza firmy to ogromny schemat blokowy, w którym każdy krok wpływa na następny i na koncowe wnioski. Nie możemy więc dopuścić do sytuacji, w której nasz rozmówca tłumaczy nam rzeczy, które możemy znaleźć łatwo w raportach. Trzeba więc zacząć od źródeł najprostszych. Jak zacząć analizę?

Pierwszym i podstawowym źródłem informacji jest raport roczny. Warren Buffett uważa, że z finansami przedsiębiorstwa należy zapoznać się na koncu, jednak ja uważam inaczej. Zaczynając analizę od raportów rocznych, możemy bardzo szybko odrzucić badaną spółkę, jeśli nie będzie spełniać naszych oczekiwań. Wystarczy zbadać około 10 wskaźników - przeciętna firma nie przejdzie już tego kryterium. Analiza branży zaś dostarcza mało precyzyjnych danych. Spotkałem się z taką sytuacją w spółce Cormay. Zarządzanie i branża wyglądały świetnie, jednak nie chcę mieć spółki o takim ROE (nie gwarantuję, że wskaźnik ROE nie będzie rosnąć). Analizując raport roczny, dostrzeżemy pierwsze mankamenty firmy.

Jeśli spółka przejdzie przez ostre sito krytyki, można zacząć szukać informacji o jej produktach i zarządzaniu. Pomijam tutaj badanie podstaw funkcjonowania branży, bo uważam, że bez tego inwestor nie powinien kupować żadnej spółki z branży. Przez jego niedoświadczone "sito krytyki" mogą przecisnąć się słabe spółki.

To około 15% tego, co przeczytałem i obejrzałem na temat CD PROJEKT RED (pomijając oczywiście raporty i stronę CD PROJEKT), zanim zdecydowałem się na rozmowę z pracownikami i władzami.

Ogólnie rzecz biorąc, zanim zdecydujemy się na rozmowę z kimkolwiek z firmy, musimy dowiedzieć się wszystkiego co, możliwe. Dobrze jest decydować się na kontakt z pracownikami maksymalnie późno. Powód jest prosty - znając losy firmy, możemy wzbudzić w rozmówcach zaufanie. W epoce szpiegostwa przemysłowego, firmy boją się udzielać jakichkolwiek informacji sądząc, że rozmawiają ze zwykłym szpiegiem. Nasza wiedza na temat firmy pozwoli przekonać pracowników, że naprawdę chcemy wiedzieć dużo o firmie, bo chcemy w nią zainwestować, a nie sprzedać jej tajemnice. Pracowników obowiązując jednak różne umowy o poufności, dlatego wyciąganie od nich informacji jest najtrudniejszą częścią. Jest to tak trudne, że zdecydowałem się nabyć specjalną książkę, o której niedługo napiszę. Nie należy jednak się poddawać. To szeregowy pracownik jest podstawową komórką firmy i to właśnie ten szereg musi zatroszczyć się o biznes. Jeśli nadgodziny będą nieopłacane, nie ma co liczyć na zaangażowanie. Pracownikowi nie da się wyprać mózgu - trzeba go po prostu odpowiednio zmotywować.

Po rozmowie z pracownikami, trzeba zweryfikować ich słowa - nie zawsze wyklaruje się odpowiednia opinia o pracodawcy tylko na podstawie pracowników. Teraz trzeba przypatrzeć się produktom, czyli w przypadku CD PROJEKTU, grom komputerowym z serii wiedźmin. Nie musicie grać w grę, bo przecież równie dobrze mógłbym wam rozkazać kupić BMW, zanim zdecydujecie się kupno akcji tej firmy. Oceny klientów jest bardzo łatwo sprawdzić chociażby dzięki serwisowi www.metacritic.com/. Produkt powie nam bardzo dużo na temat pracowników. Pisałem o tym w poście Jaki majster, takie narzędzia.

Zbadaj, czy produkt jest najwyższej jakości. Jeśli tak, masz za sobą już większość analizy.

Teraz już zostaje tylko rozmowa z zarządem - warto przygotowywać się do tej rozmowy cały czas. Już podczas czytania raportów napotkamy pierwsze wątpliwości, które będziemy chcieli rozwiać. Chociaż pytań do CD PROJEKT-u było kilkanaście, uważam, że nie jest to dużo - firma ta jest bardzo szeroko komentowana, wywiadów i artykułów jest sporo. Uważam, że analizując firmy będziemy mieli około 20-25 pytań. Dobrze jest więc pokazać prezesom, że jesteśmy obeznani w firmie - wtedy będą dużo chętniej odpowiadać na zadane pytania. Finanse jednak warto przeanalizować jeszcze raz przed rozmową. Wywiady, które obejrzymy po analizie raportów, mogą rozwiać niemal połowę wątpliwości. Warto "zoptymalizować" pytania, by prezes odpowiedział wyczerpująco na te ważniejsze.

W trzeciej części spróbujemy ulepszyć sposoby zdobywania wiedzy o pracownikach i zarządzających niższego szczebla. Jest to najtrudniejsza, ale najważniejsza część analizy. Jeśli pracownik zadba o biznes, biznes zadba o niego - nigdy na odwrót.





środa, 25 lipca 2012

Forex i inwestowanie w wartość?

Wielu z was pewnie kojarzy, czym jest Forex - coś na kształt giełdy, na której zamiast akcjami, handluje się konkretnymi walutami. Podobnie, jak na GPW dana waluta zmienia swoją cenę, a my możemy zarabiać na zmianach. Generalnie wszystkie blogi, które przeglądałem, traktują FOREX jako bardzo techniczny instrument - fale, podwójne szczyty, wsparcia, opory i wiele innych technicznych zawiłości (których osobiście nie rozumiem - może z wyjątkiem trendu, wsparcia i oporu:-). Pojawiają się też wpisy traktujące o "słabości strefy Euro" i w związku z tym słabnącymi perspektywami dla waluty Euro. W takich wpisach jednak pojawia się większość Analizy Technicznej - nie spotkałem blogera, ani artykułu, który traktowałby o FOREX-ie tak, jak inwestorzy skoncentrowani dobierają akcje. Czyżby to była nasza szansa?

Rozmyślając nad swoim planem inwestycyjnym zastanawiałem się, co robić z akcjami, jeśli u szczytu hossy stwierdzę, że są one absurdalnie drogie i jedynym racjonalnym pomysłem jest ich sprzedaż. Wtedy właśnie przypomniał mi się pięcioletni wykres franka szwajcarskiego. Zauważcie, że u szczytu hossy 2008, kiedy akcje były śmiesznie drogie, frank był śmiesznie tani. Pogarda dla ryzyka odciągała ludzi od franka. Dlaczego?

W hossie spada szacunek do ryzyka, przez co ludzie odchodzą od bezpiecznych form oszczędzania: lokat, funduszy rynku pieniężnego itd, na rzecz tych bardziej ryzykownych, czyli chociażby akcji. Podobnie jest na rynku walutowym. U szczytu hossy waluty tak stabilnych państw, jak Szwajcaria tanieją, bo ludzie są skłonni kupować waluty bardziej ryzykownych krajów. Tak więc tworzy się idealna okazja dla inwestora, który właśnie stwierdził, że jego akcje powinny zostać zbyte. Póki akcje są drogie ( a waluty pewnych krajów tanie ), inwestor może dokonać kupna silnej waluty po okazyjnej cenie. Zupełnie, jak na rynku akcji, podczas bessy. Tyle teoria. A praktyka?

Już po wykresie franka widać, że hossa trwająca do 2010 roku nie przyniosła zniżki notowań franka - kosztuje on relatywnie dużo, w porównaniu do dołka z 2008 roku. Można więc przypuszczać, że cykl koniunkturalny na FOREX-ie działa w nieco inny sposób na kraje bezpieczne. Podczas hossy płaskiej, jak ta z 2010 roku, na bezpiecznych walutach nie zawsze widać zniżki. Musi więc przyjść hossa ostra, żeby inwestorzy na dobre zapomnieli o ryzyku, co może powodować spadek cen walut takich, jak frank. Dodam tylko, że hossy: ostra i płaska następują zawsze po sobie tak, jak bessy. Tak więc raz na 7-8 lat zdarza się ciekawa okazja na rynku FOREX.

Inwestowanie w wartość wymaga jednak sporego zaangażowania. Nie inaczej jest na rynku FOREX. Żeby kupić daną walutę, musimy przeanalizować kraj, lub organizm gospodarczy, który stoi za daną walutą. Nie wiem jednak na razie, jak dokładnie zbadać kondycję danego państwa. Przychodzą mi do głowy jedynie: dług publiczny, wzrost PKB, uzależnienie od importu z państw rozwijających się, może poziom biurokracji. Waluty też nie możemy wycenić, bo nie powstała żadna metodologia obliczania tej wartości.

Pierwsza myśl była całkiem dobra, jednak rzeczywistość szybko ukróciła mi skrzydła. Na razie więc zajmę się rynkiem Forex tylko z ciekawości - nie zamierzam na nim inwestować. Liczę na wasze komentarze na ten temat - na pewno komuś z was chodził podobny pomysł po głowie. Ile zachodu to wymaga, czy to się opłaca, jeśli tak, to kiedy i co kupować? Na to wszystko nie mam jeszcze odpowiedzi. Na razie więc zamiast kupować waluty, włożę pieniądze w lokaty, a kiedy przyjdzie bessa na rynku akcji, będę znów gotowy do działania.

Liczę na wasze komentarze - każda myśl może okazać się cenna.


niedziela, 22 lipca 2012

CD PROJEKT - kolejny dowód na to, że branżę trzeba znać dogłębnie

Na swoim profilu na facebooku linkowałem ostatnio artykuły, które sugerują, że CD PROJEKT odchodzi od dystrybucji gier pudełkowych. Artykuły możecie znaleźć pod tym i tym adresem.

Przeglądając raporty CD PROJEKT za 2011 rok i pierwszy kwartał roku bieżącego zrozumiałem, że dystrybucja pudełkowa gier staje się kulą u nogi CDR. Kiedy gog i produkcja gier osiągają marże ponad 18%, dystrybucja przynosi minimalne straty. Chociaż jest to częściowo spowodowane inwestycjami, to jednak coś rzeczywiście jest na rzeczy. Przeszło mi przez myśl już dawno temu, że lepiej by było, gdyby CD PROJEKT odszedł od sprzedaży gier w pudełkach. Odchodzenie od branży jest bardzo widoczne - wiele firm odchodzi do cyfrowej dystrybucji, bo tam są wyższe marże, niższe koszty i łatwiejsza ich kontrola, brak pośredników - to po prostu przyszłość i wychodzi na to, że CD PROJEKT dobrze o tym wie. Wywoła to dużą burzę i chwilowy wzrost siły konkurencji, ale w ogólnym rozrachunku sądzę, że odejście do cyfrowej dystrybucji będzie racjonalnym posunięciem.

W strategii CD PROJEKT nie było mowy o wyjściu z pudełkowej dystrybucji, ale zarząd chce osiągnąć rentowność netto 7 procent. Podejrzewam więc, że do 2015 roku CD PROJEKT będzie ograniczać stopniowo udział w rynku pudełek tylko do największych tytułów (Diablo 3), a potem odejdzie od tego zupełnie. Powtarzam jeszcze raz - dobrym sygnałem jest koncentracja na tym, co rentowne. 100 złotych włożone w gog, da 119, a w segment wydawniczy, tylko 107. Pojawią się głosy, że CD PROJEKT traci impet, jednak osobiście sądzę, że jest to przemyślane działanie. Przy okazji możemy sprawdzić odpowiedź na 14 punkt Fishera traktujący o "zamykaniu się w sobie, gdy sprawy idą źle".

czwartek, 19 lipca 2012

Stawiaj ograniczenia, by optymalizować analizy

Niedawno napisałem o przeznaczaniu 15 minut dziennie na analizę branży. Mam wakacje, więc mogę sobie bardzo dokładnie zorganizować czas. Na analizę giełdy przeznaczam dziennie dokładnie 25 minut. 15 minut analizuję branżę, pozostałem 10 minut to czas na czytanie blogów, książek, czy też notowania. Już po niecałym miesiącu zauważam pierwsze plusy sposobu, który możecie uznać za "mój własny", chociaż nim nie jest.

Warren Buffett zaleca "wykorzystanie 20 transakcji w życiu" do podejmowania racjonalnych decyzji inwestycyjnych. Ja naśladując Buffetta ograniczam czas, jak poświęcam giełdzie. Te 25 minut ogranicza mnie w minimalny sposób - jestem na bieżąco z wpisami na blogu, poznaję branżę energetyczną, czytam książki o inwestowaniu, czy raporty spółek itd. Mój umysł automatycznie stara więc odrzucić rzeczy mało istotne - takimi mało istotnymi rzeczami są oczywiście notowania. Nieświadomie znalazłem kolejny powód, by myśleć samodzielnie i podejmować lepsze decyzje inwestycyjne.

Co mają zrobić ludzie, którzy harują po kilkanaście godzin dziennie, uczą się całymi dniami i nie mają 25 minut wolnego czasu? Na wszystko jest sposób: można kupić audiobooki zamiast papierowych książek i słuchać w drodze do pracy/szkoły. Można słuchać radia podczas koszenia trawnika, czy zmywania. Te, jak i inne głupie pomysły mogą dać nam "więcej czasu". Nie chodzi o to, żeby wykazać się pomysłowością w poszukiwaniu czasu - sami obudzicie w sobie tę zdolność, kiedy tylko dostrzeżecie, że coś was ogranicza - 24 godziny dnia/szkoła/praca, cokolwiek. Jeśli nie będziecie zorganizowani, możecie poświęcać giełdzie ponad godzinę dziennie i nic nie będzie z tego wynikać. 10 minut dziennie na notowania, które jutro będą nieaktualne, to spora strata.

Nie wymigujcie się, że nie macie czasu - to tylko wymówka, która w 90% tylko zaklina rzeczywistość. Inwestowanie skoncentrowane wymaga ofiar i nic tego nie zmieni - notowania również. Nie zmieni tego brak wykształcenia - sam nie mam jeszcze nawet matury:-)

poniedziałek, 16 lipca 2012

Przepływy w spółce - podmioty rozwinięte

Przyszedł czas, aby po przedsiębiorstwach silnie rozwijających się i tych zagrożonych bankructwem, omówić znaki przepływów charakterystyczne dla podmiotów o ustabilizowanej pozycji i solidnych dochodach.

W tym miejscu powinna się pojawić tabelka - nie będzie z jej z prostej przyczyny - tylko jeden schemat przepływów pieniężnych zapewnia stabilność, która pozwoli firmie rozwijać się, wzmacniać wyrobioną pozycję i dzielić się owocami swojej pracy z akcjonariuszami. Kiedy widzimy:
- dodatnie przepływy operacyjne,
- ujemne przepływy inwestycyjne,
- ujemne przepływy finansowe,
możemy być spokojni o los naszej spółki, ponieważ jest ona we względnie dobrej kondycji finansowej. Użyłem słowa "względnie", gdyż możemy spotkać się z sytuacją, w której przepływy są tylko złudnie bezpieczne. Jednak na razie nie będę wdawał się w szczegóły. Dlaczego firma z takimi przepływami jest bezpieczna?

Dodatnie przepływy operacyjne są jasnym sygnałem, że firma zarabia na swojej podstawowej działalności - pieniędzy jest wystarczająco dużo - prawdopodobne jest więc osiągnięcie zysków w przyszłości i inwestycje. Ujemne przepływy inwestycyjne świadczą o nabywaniu różnych aktywów. Rozwinięte przedsiębiorstwo też musi się przecież rozwijać. Może się też rozwijać poprzez sprzedaż niektórych segmentów, co da dodatnie przepływy inwestycyjne - nie jest to negatywny sygnał, jeśli firma sprzedaje segment, by skoncentrować się na bardziej rentownych przedsięwzięciach. Ujemne przepływy finansowe są oczywiście związane ze spłatą zadłużenia, czy z dywidendami/skupem akcji własnych. To właśnie ujemne przepływy finansowe dają silne fundamenty.

Jeżeli spółka utrzymuje taki schemat przepływów pieniężnych, za 10 lat prawdopodobnie będzie w zupełnie innym miejscu, niż jest teraz. Kurs pewnie też będzie wyżej. Z niecierpliwością czekam na raport CD PROJEKT RED, który pokaże taki schemat - na razie spółka charakteryzuje się przepływami typowymi dla spółek silnie rozwijających się.

piątek, 13 lipca 2012

Czy można było tego uniknąć - BOMI

Bessa szaleje, więc firmy w ten właśnie sposób mogą tłumaczyć swoje trudne położenie. Inwestor jednak nie odczuje większej różnicy, jeśli jego spółka zbankrutuje akurat w bessie. Pomyślałem więc, że warto zbadać choćby powierzchownie firmy, które właśnie upadają. Okazało się niedawno, że problemy z wierzycielami ma spółka BOMI - właściciel delikatesów. Nie analizowałem tej spółki według zasad Fishera, ani nie czytałem raportów. Chcę sprawdzić, czy spółka przeszłaby wstępną selekcję, którą przeprowadzam, gdy mam dużo spółek do wyboru. Aby zadbać o wczesne ostrzegane, wejrzyjmy nie w ostatnie raporty kwartalne, a w raporty za 2010 i 2011 rok.

Podaję kolejno wskaźniki, które biorę pod uwagę przy selekcji wstępnej:
- Kw/A odpowiednio 55% i 67% - dość przekonująca wartość,
- ROE: -16,64% i 5,54% - najważniejszy wskaźnik daje pierwsze sygnały,
- Cykl Konwersji Gotówki: 49 i 45 dni - wartość całkiem zadowalająca,
- Marża operacyjna: -5.74% i 3,94% - nisko, więc brak przewagi konkurencyjnej,
- Zobowiązania długoterminowe do kapitału: 67% i 40% - poprawa była, ale nadal sporo,
- Przepływy pieniężne typowe dla start-upa.

Jak widać, nie do końca można było odrzucić BOMI podczas selekcji wstępnej. Ja pewnie odrzuciłbym za ROE, zobowiązania i marżę, ale jednak jest to dość zaskakująca sytuacja. Spółka na pierwszy rzut oka po prostu nie wygląda źle - wygląda przeciętnie. Sprawdźmy, czy metodologia Altmana pozwoli wyłuskać, że jest coś źle. Jak obliczać wskaźnik Altmana, opisywałem W poście z serii "przewidywanie bankructwa."

Okazuje się, że również Altman zawiódł! Dla 2010 wskaźnik wynosił 2.21, a w 2011 aż 4,21.
W 2010 roku więc inwestor mógł odnieść wrażenie, że jest źle, ale w 2011 już jego czujność została uśpiona, bo 4,21 to wartość akceptowalna. We wspomnianym wpisie napisałem, że Altman nie sprawdza się w przypadku spółek typu start-up. Niektórzy mogli uznać BOMI za start-up, więc Altman nie sprawdza się przy małych firmach. Ale to już temat na kolejny wpis z cyklu "przewidywanie bankructwa".

Wracając do BOMI - przez wiele wskaźników selekcji wstępnej, BOMI się prześlizgnęło. Sam pewnie nie zaakceptowałbym tak niskiego ROE i pewnie nie kupiłbym spółki właśnie ze względu na ten wskaźnik, gdyż tylko w 2007 roku przekraczał on 20%, potem były straty i niskie wskaźniki. Również rentowność operacyjna była niska, a wycena wysoce niepewna i po prostu zawyżona nawet w 2009 roku. Chociaż dzisiaj wiem, że przy tych wskaźnikach trzeba być restrykcyjnym, jeszcze pół roku temu, kupiłbym PBG, które miało podobne wskaźniki - średnio niskie. Mój przykład pokazuje, że cena nie powinna tłumaczyć żadnych wad posiadanych akcji.

Idźmy więc dalej. Mamy już kilka wad BOMI, ale i to mogłoby nas zmylić. Sprawdźmy kilka informacji ze spółki.
20 grudnia 2010 roku ukazała się informacja o nałożeniu na BOMI kary za rażące błędy w polityce informacyjnej - spółka nie poinformowała o "informacji poufnej o odstąpieniu od realizacji zapisów listu intencyjnego zawartego pomiędzy spółką zależną Rabat Pomorze SA a Bać - Pol SA". Postępowanie zostało wszczęte w czerwcu 2009 roku. Mamy więc pierwszy bardzo poważny sygnał, że właściciele nie są uczciwymi ludźmi. Szukajmy sygnałów wcześniej. Okazuje się, że spółka w 2009 roku robiła też buy-back, ale jednocześnie tłumaczyła straty zawiłościami księgowymi. Pierwsze sygnały było widać w 2009 roku. Selekcja wstępna dała więc dość późno sygnały, że BOMI nie jest dobrą firmą. Ja sprzedałbym firmę właśnie po wszczęciu postępowania przez KNF i poczekał do rozwiązania sprawy - chyba.

Zadziwiające jest, jak sprytnie spółka mogła przeciskać się przez wstępne algorytmy inwestycyjne. Podejrzewam, że znalazłoby się kilku inwestujących w wartość przekonanych, że akcje BOMI to świetna inwestycja. Podejrzewam, że dopiero dogłębna analiza raportów i odpowiedzi na 15 pytań Fishera dałyby mi jasno do zrozumienia, że marża jest niska i się nie poprawi, a zarząd wyraźnie zaczyna kręcić. Nie ma więc wątpliwości, że potrzebujemy w selekcji wstępnej czegoś więcej, by takie firmy jak BOMI, nigdy nie przedostały się przez nasze "ostre sito krytyki".


wtorek, 10 lipca 2012

Korzystaj ze wzrostu, ale najlepiej go kreuj


Skąd trailer Avatara na blogu o inwestowaniu skoncentrowanym? Osobom zainteresowanym technologiami nie trzeba tłumaczyć, jak wielkim technologicznym arcydziełem jest Avatar. Chociaż wielu próbowało wcześniej, to właśnie ten film Jamesa Camerona rozpoczął ogólnoświatowe zainteresowanie technologią 3D i innymi bardzo zaawansowanymi technikami. Dla mnie jest to Crysis wśród filmów - fani gier wiedzą, co mam na myśli.

Firmy, które mają rozeznanie w branży, w której pracują, potrafią wykorzystać wzrost. Dobra firma produkująca samochody zarobi najwięcej na nowych typach silników, a pierwsza firma, która zrozumie w pełni potencjał chmury obliczeniowej, może zająć w przyszłości miejsce Apple'a. Takie firmy mogą się okazać niebywale zyskownymi inwestycjami. Inwestor, który znajdzie takie firmy i takich zarządzających, stanie się milionerem w ciągu kilkunastu lat. Najlepsi jednak pewnie będą potrafili odnaleźć "Avatara wśród firm". Czym różni się Avatar, od innych równie doskonałych firm?

Czy Avatar miał gotowy rynek 3d? Nie - kino w moim małym mieście nie miało wcześniej możliwości wyświetlania 3d - takich kin było sporo, a sama technologia pozostawiała wiele do życzenia. Avatar wszedł na "niegotowy" rynek 3d - on go po prosty wykreował. James Cameron wykreował wzrost, a nie z niego korzystał. To dzięki temu 3d już zawsze będzie nam się kojarzyć z Avatarem, a następny film Jamesa Camerona ściągnie do kin setki milionów ludzi nawet, jeśli produkcja będzie totalnym niewypałem. Gdyby akcje Avatara można by kupić, inwestor stałby się jeszcze bogatszym inwestorem niż Ci, którzy znajdą firmy korzystające ze wzrostu?

Jak znaleźć takie firmy? Gdybym wiedział to "na pewno", pewnie już wygrzewałbym się na tropikalnej plaży:-) Po lekturze książki Fishera, w której podział na takie właśnie firmy znalazłem, zastanawiałem się, jakie firmy mają szanse na skuteczne kreowanie wzrostu na skalę globalną. Jakie cechy musi posiadać firma, by odnieść ogromny sukces?

Obawiam się, że nie może to być firma mała. James Cameron zrobił przecież wiele wspaniałych filmów przed Avatarem: Obcy 2, Terminator, True lies i oczywiście Titanic - Cameron miał doświadczenie w robieniu rzeczy wielkich i wspaniałych. Trudno mi jest wyobrazić sobie start-upa, który przebije się z nowym pomysłem od razu do ścisłej czołówki. Przykładem jest polski film 5d - "Asylum 5D". Chociaż pomysł jest nowy i innowacyjny, jednak nie przebił się i póki co, nie ma szans, by coś podobnego trafiło "do małomiejskiego kina".

Oprócz tego firma nie może kreować czegoś, co kreują inni. Przykład? Streaming gier - serwer oblicza wszystko, co potrzebne do grania i na bieżąco wysyła efekty swojej pracy do urządzenia gracza. Dzięki temu można zagrać w Crysisa na Iphon'ie itp.Sama technologia ma jeszcze długą drogę, bo szybkość łączy wymusza kompresję obrazu, więc najbardziej wymagający gracze nie mają czego szukać w tej technologii. Chodzi mi jednak o inny aspekt. Na rynku niemal jednocześnie pojawiły się dwie firmy - Gaikai i OnLive. Ten samym pomysł, nieco inne szczegóły. Sądzę, że skończy się to tak, jak w przypadku walki HD DVD i Blu-ray. Wygra jeden projekt i nikt nie będzie z odpowiednią dozą pewności postawić na "tego lepszego". Pewnie zauważacie analogię do polskiego CD PROJEKTU - gog.com jest jedynym tego typu serwisem - nie ma na świecie drugiego tak dużego serwisu oferujące gry kompletnie bez zabezpieczeń. Jest to jeden z głównych determinantów kupna CD PROJEKT.

Za projekt, w który inwestujemy, musi odpowiadać osoba kompletnie pokręcona. Nie zrozumcie mnie źle - jeśli inwestujecie w nowy trend, to musi go tworzyć osoba, która jest gotowa poświęcić całe swoje życie i sporo serca. Cameron kilka razy brał rozwód, bo angażował się w filmy, Marcin Iwiński jechał w trudnych czasach do Londynu tylko po to, żeby zobaczyć targi gier, a bracia Kicińscy biegali z paczkami po schodach w młodości, żeby robić coś, co lubili. Nie wiem, czy bez tego da się osiągnąć sukces - liczę na wiedzę moich czytelników:-) Sądzę jednak, że takie "pozytywne zakręcenie" może dać nam pewność, że angażujemy się w projekt, który ma realne szanse.

Ogólnie rzecz ujmując - firma chcąca kreować wzrost, musi iść pod prąd - to konieczne. Najlepsze pomysły są chore i głupie. Gdyby tak było, to takie pomysły stałyby się popularne zanim ich projektant by się urodził. Oba rodzaje firm mogą odnieść sukces (kreujące wzrost i korzystające z niego), ale wystarczy JEDNA inwestycja w ten pierwszy rodzaj firm, by już do końca życia nie martwić się, czy wystarczy do pierwszego. Powtarzam po raz kolejny - wiem, że jestem szalony:-)

sobota, 7 lipca 2012

Zainteresowania technologią ciąg dalszy.

Jeszcze nie kupiłem tyle akcji CD RED, ile bym chciał, a już znalazłem potencjalnie dobrą firmę, którą zamierzam przeanalizować. Nie przyglądałem się jej jeszcze dokładnie. Chodzi o firmę I3d z rynku NewConnect.

Zobaczyłem tę firmę na blogu Akcje Przy Kawie. Już po szybkim wglądzie w raport zauważyłem, że spółka przeznacza spore pieniądze na szkolenia dla pracowników, ma wysoki wskaźnik Kw/A i blisko 50% (!) marżę. Oprócz tego firma potrafi się skoncentrować na bardzo rentownych przedsięwzięciach. Klientów ma w bardzo wielu branżach, a konkurencji w Europie praktycznie brak. Spółka współpracowała już między innymi z firmami: Total, Sharp, Boeing, JSW, a także z polskimi uczelniami. Spółka wykorzystuje nowoczesne rozwiązania, chociaż wciąż widać na animacjach jej rozmiar.

Nie zdecydowałem jeszcze się na jej zakup, bo nie przeczytałem nawet raportów, nie wspominając już o rozmowach z pracownikami i zarządem oraz o rozmiarze przedsiębiorstwa - zatrudnienie wynosi mniej, niż 100 osób. Znam branżę, więc wystarczy mi tylko uzupełnić wiedzę o szczegóły związane ze zmianami,jakie zaszły w programie 3ds Max, zbadaniem, czy taki start-up ma szanse w starciu z wielkimi korporacjami i właściwie będę mógł przejść do analizy.

Całą analizę traktuję jednak jako swego rodzaju eksperyment. Dlaczego? Spółka jest bardzo mała i widać, że nie ma jeszcze sensownej pozycji finansowej, chociaż i tak imponuje mi rozsądek w działaniu ludzi kierujących firmą. I3d jest więc za małe, żebym mógł zdecydować się na zakup. Po prostu chcę sam przed sobą odpowiedzieć na pytanie: Czy rzeczywiście potrafię znaleźć interesującą firmę w fazie zarodka. Jeśli I3d będzie w mojej ocenie świetną inwestycją - i tak jej na razie nie kupię - boję się rynku NewConnect. Wolę kupić tę firmę za 5 lat, kiedy będzie w zupełnie innym miejscu, niż nie spać po nocach z powodu obaw o firmę. Jeśli teraz stwierdzę, że firma jest dobra, a okaże się, że jest inaczej, będzie to dla mnie jasny sygnał, że daleko mi do Petera Lyncha i powinienem zająć się większymi firmami. ŻADEN INWESTOR NIE POWINIEN TRAKTOWAĆ MOICH WPISÓW JAKO WSKAZÓWKI INWESTYCYJNEJ.

Jeśli ktoś z Was analizował tę spółkę, albo ma już jakieś wnioski, chętnie je przeczytam. Firmę i tak traktuje na razie jako "potencjalną inwestycję", więc nikomu nie mogę obiecać, że kiedyś ją kupię. Pozdrawiam przy okazji Bartka Zielińskiego, który jako pierwszy bloger zauważył tę spółkę. Za ryzyko, które podjął już teraz, należą mu się zyski większe niż mi:-)

środa, 4 lipca 2012

Rzeczy mniej istotne

Myślenie samodzielne to ogromna potęga. Dowiedziałem się o tym, kiedy zacząłem doceniać internet. Wtedy właśnie wyzwoliłem się z niewolnictwa telewizji, co do rzetelności której mam poważne wątpliwości. Nauczyłem się, że telewizja robi mi wodę z mózgu wciskając mi materiały typu: "Słonica Elefancia typuje zwycięzcę EURO 2012".

Mając jedno źródło informacji, przywiązujemy wagę do rzeczy, które nie są dla nas ważne teraz i nie będą ważne w przyszłości. Również wspomniane wcześniej na blogu trzy miesiące analizy spółki możemy przeznaczyć na badanie mało istotnych faktów. Jakie informacje są mało przydatne? Nieodzowne przy poszukiwaniu stały się fora dyskusyjne:-)

Przeglądając wiele tematów giełdowych, można zwrócić uwagę na fakt, że wielu ludzi martwi się Grecją, Hiszpanią, indeksem PMI, otwarciem sesji w Azji itd. Pytanie tylko, czy informacje takie przydadzą się nam za tydzień, miesiąc, rok. Co z tego, że indeks PMI wyniesie dzisiaj X, skoro chcemy kupić akcje na kilkanaście lat? Czy za miesiąc będziemy odczuwać skutki dzisiejszego otwarta giełdy w Hong-Kongu? Czy za 5 lat akcjonariusze Śnieżki działającej na wschodzie, będą odczuwali bankructwo w Grecji?

Na wszystkie powyższe pytania odpowiedź brzmi: NIE. Po co nam więc informacja, która będzie za jakiś czas bezużyteczna? Dobre pytanie.

Sam kiedyś zwracałem uwagę na fakty, które tylko pozornie miały duże znaczenie dla moich akcji. Interesowałem się szczególnie wolumenem sprzedaży i ilością dużych transakcji. Liczyłem, że wstrzelę się w transakcje jakiegoś funduszu, który zainteresował się moją firmą później, niż ja. Tylko co z tego? Wolumenu dzisiejszej sesji nie będę pamiętał za tydzień, a jego skutki nie będą widocznie za dwa tygodnie. Fundusz pewnie wyskoczy podczas bessy, albo zbankrutuje. Za rok nie będzie po ich transakcji śladu na wykresie.

Rzeczy mało istotnych jest dużo, a życia nam niestety ubywa. Póki lekarze nie wynajdą leku na starość, musimy pogodzić się z tym, że rzeczy mało istotne zabierają nam czas i pieniądze. Na szczęście nauczyłem się omijać wykresy i wolumen - zyskałem około pół godziny czasu tygodniowo, który mogę przeznaczyć na przeczytanie ciekawego artykułu branżowego, rozmowę z zarządem, lub pracownikami. Wyniki firmy będę zależeć od sytuacji pracowników i nastawienia zarządu. To jest właśnie istotna rzecz, którą powinien się zająć szanujący swój czas inwestor.

niedziela, 1 lipca 2012

Jak poszerzać krąg kompetencji?

Podczas lektury książek Philipa Fishera uświadomiłem sobie, jak dużo trzeba wiedzieć na temat branży, w którą się inwestuje. Chociaż zdawałem sobie z tego sprawę wcześniej, dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak wiele pracy trzeba włożyć w poznanie nowej branży. Właściwie mogę teraz przyznać, że jedynie szeroko pojmowana branża informatyczna (gry, oprogramowanie, grafika 3d, trochę hardware, programowanie itd.) jest moim kręgiem kompetencji. Tylko w tej branży czuję się na tyle dobry, że potrafię wycenić i ocenić firmę tak, by być gotowym "wyjechać po transakcji na 10 lat". Nie jest to dzieło przypadku - od kupna pierwszego czasopisma o grach, minęło już ponad 9 lat.

Czy zawsze będę więc inwestował w spółki z tej branży? Być może tak - już teraz rozglądam się za producentami dysków twardych, akcesoriów, wizualizacji 3d. Ale czy trzymanie się jednej branży jest dobre?

Uważam, że branże informatyczną czeka silny rozwój. Ale czy będzie tak zawsze? Czy w wieku 67 lat będę nadal widział wspaniałe perspektywy branży? Są poważne wątpliwości, by tak sądzić. Już teraz wielu prognostyków zaczyna wątpić, czy prawo Moore'a będzie w przyszłości się sprawdzać. Prawo to mówi, że moc komputerów podwaja się co 18 miesięcy. Kiedy rośnie moc, rosną szanse na zyski. Trzeba jednak zadać pytanie, czy po wprowadzeniu komputerów kwantowych/DNA/grafenowych, czeka nas nadal tak szybki rozwój. W tej chwili o tym nie myślę, ale przecież za 20 lat może się okazać, że moje firmy mają najlepsze lata za sobą. Wtedy też będę głodny zysków, jednak moja jedyna branża nie da mi tyle zysków, ile chciałbym mieć. Warto byłoby rozejrzeć się za nową branżą. Trzeba jednak takie zmiany przewidywać i wyprzedzać. Jak? Wystarczy kontaktować się ze światem - telewizja, prasa biznesowa, czy internet, mogą dać nam pomysł na branżę, która za kilkanaście lat będzie w zupełnie innym miejscu. Wystarczy znaleźć rentowną branżę, która ma dobre perspektywy - od tego trzeba zacząć. Taką branżą może być chociażby branża budowlana, chociaż nie jestem tego pewny. Na razie odwróciłem się od branży, bo się na niej sparzyłem - za jakiś czas być może wrócę, by już trzeźwo ocenić perspektywy i nie bać się inwestycji. Teraz nie jestem na to gotowy. Zainteresowałem się branżą energetyczną na poważnie, gdy...uczyłem się geografii. Zobaczyłem historyczny wykres produkcji energii elektrycznej na przestrzeni ostatnich 70 lat. Szybko wziąłem kalkulator i obliczyłem, że produkcja energii rosła w bardzo szybkim tempie. Oprócz tego, jak okazało się już potem, branża ma wysokie średnie ROE i marżę operacyjną - kolejno 12% i aż 20%. Są to dane średnie z naszej giełdy. Nie sprawdzałem jeszcze, jak jest na świecie. Znając inne branże, możemy też zobaczyć więcej. Z branży informatycznej wiem, że komputery za kilkanaście lat będą zużywać znacznie mniej prądu, niż teraz. Sądzę tak, bo grafen, z którego będą zbudowane komputery, jest bardzo energochłonny, a poza tym nie grzeje się, więc nie będzie trzeba go chłodzić. Komputery i urządzenia mobilne mają duży udział w zużyciu energii, więc w związku z tym nie sądzę, aby branża energetyczna rozwijała się tak szybko, jak do tej pory. Chociaż mój pierwszy komputer z 2002 roku miał zasilacz 230W, a obecny ma 500W, to sądzę, że zapotrzebowanie nie będzie rosło tak szybko. Zdarza mi się używać laptopa siostry, który czerpie 20W energii. Kolega z ławki zaś używa smartfona do serfowania w internecie - takie urządzenie ma jeszcze mniejsze zapotrzebowanie na energię, a ma mocniejsze "bebechy", niż mój pierwszy komputer. Ale przecież może zdarzyć się tak, że większą część produkcji przejmą źródła odnawialne i będą one rosły szybciej, niż średnio branża? A może na świecie zacznie budować się elektrownie atomowe na masową skalę? Tego jeszcze nie wiem, dlatego nie powinienem jeszcze inwestować w tę branżę.

Załóżmy jednak, że zainteresowałem się branżą i chcę posiadać wspaniałą firmę z konkretnego sektora. Nie wiem jednak dokładnie która to firma. Nie muszę przecież ograniczać się do Polski - mogę kupić dowolną firmę na świecie. Muszę tylko dowiedzieć się o branży tak dużo, jak tylko się da. Ile czasu potrzeba?

Właśnie tutaj wywołam największe kontrowersje - spekulantom może się to nie spodobać. Nawet sam nie wiem jeszcze, czy takie podejście jest słuszne. Podczas spaceru wpadłem na pomysł, że dla dobrego poznania branży mogę obrać sobie bardzo prosty benchmark. Chodzi mi tutaj o cykl koniunkturalny. Trwa on mniej więcej 3,5 roku. Teraz poświęcam inwestowaniu około 25 minut dziennie. Nie wiem jednak, czy będę mieć tyle czasu w przyszłości. Myślę jednak, że znajdę 15 minut czasu codziennie, na chociaż jeden artykuł prasowy, czy film dokumentalny. Tak więc uważam, że poznając branże codziennie przez 15 minut, po około 3,5 roku będę gotowy do analizy najlepszej firmy. Doszedłem do wniosku, że tuż po zakupie firmy w bessie, można zacząć szukać branży, by przez hossę ją poznawać, a podczas kolejnej bessy kupić wspaniałą firmę za niską cenę. Przez ten czas przeznaczymy ponad 300 godzin na poznanie branży - to dużo, więc będziemy gotowi w bessie na zakupy. Niekoniecznie musimy jednak kupować akcje firmy z tego sektora. Być może lepszą inwestycją okaże się firma, którą już mamy? Wiedza niewykorzystana jednak się nie zmarnuje - być może podczas kolejnej bessy nadarzy się okazja, której nie będziemy mogli przegapić.

Tym prostym i tak naprawdę niewymagającym dużego wysiłku sposobem, możemy w 10 lat poznać aż trzy nowe branże. W dobie internetu nie będzie to nas absolutnie nic kosztować, bo przecież internet pełen jest serwisów niemal w każdej branży. Za zdobytą wiedzę nie będziemy musieli więc płacić, chociaż nie widzę powodu, by nie skusić się na czytanie branżowych czasopism.

Nie wiem, czy taka metoda zda egzamin, ale jednego jestem pewny - branżę trzeba poznać naprawdę dobrze i nie zrobi się tego w dwa tygodnie. Musimy więc włożyć dużo pracy. Na zachętę dodam tylko, że inwestując 15 minut czasu i uzyskując 15% zysku rocznie z 10 tysięcy złotych, otrzymujemy godzinną stawkę około 16 złotych. Sami odpowiedzcie sobie, czy to się opłaca.