czwartek, 28 czerwca 2012

Informacje z niestandardowych źródeł - część pierwsza

Philip Fisher twierdził, że to, co przeczytamy w raportach nie wystarczy do znalezienie dobrej inwestycji. W raporcie nie znajdziemy przecież odpowiedzi na pytania z zakresu relacji pracowniczych, determinacji zarządu i prawdopodobieństwa porażki. Idąc za Philipem Fisherem, postanowiłem dowiedzieć się o CD PROJEKT więcej, niż wie przeciętny inwestor. Nie było łatwo skontaktować się z zarządem, który przecież wcale nie musi odpowiadać na pytania wysyłane drogą mailową. Jednak spotkało mnie miłe zaskoczenie - zarząd odpowiedział na wszystkie moje pytania. Jest to pierwszy dobry sygnał - zarząd dba o interes akcjonariuszy. Na szczęście dla moich czytelników, zarząd zadbał, by wszyscy mieli równy dostęp do informacji. Odpowiedzi na moje pytania możecie przeanalizować sami Na stronie CD PROJEKT RED.

Generalnie w przypadku informacji z niestandardowych źródeł, zdobędziemy dane, które nie będą mogły ujrzeć światła dziennego. Zakamarki internetu zawierają treści, które mogą być krzywdzące. Osobiście nie zamierzam udostępniać na blogu informacji niedostępnych dla wszystkich. Dlaczego? Z czystego szacunku do ludzi, którzy często wykazują się przyjacielskim podejściem do pytającego. Moje pytania są jednak ogólnodostępne, więc mogę zrobić wyjątek. Będę jedynie udostępniał swoje wnioski na temat firm, które badam - nie chcę stać się człowiekiem uważanym w internecie za inwigilatora, albo przemysłowego szpiega, bo nim nie jestem - chcę po prostu wiedzieć wszystko o firmie, w którą inwestuje.

Podjąłem się bardzo trudnego zadania - wystawiłem na próbę cierpliwość zarządu - CD PROJEKT spisał się znakomicie. Była to moja pierwsza próba i widać, że nie od razu wiedziałem, na które pytania mogę uzyskać odpowiedź. W miarę badania firm powinienem jednak zadawać bardziej konstruktywne pytania, na które będę mógł uzyskać konkretne odpowiedzi. Rozmowa z zarządem jest jednak ostatnim etapem analizy spółki - wcześniejsze moje zdobycze istnieją, jednak nie podzielę się nimi - odpowiednie wnioski już wyciągnąłem. Czy rozmowa z zarządem jest potrzebna?

Philip Fisher kazał zgadnąć dwóm mężczyznom, ile firm kupuje po rozmowie z zarządem. Jeden stwierdził, że jedną na dwieście, drugi zaś sądził, że Fisher kupuje jedną na 20 spółek. Tymczasem prawda była zupełnie inna - Fisher kupował co drugą firmę. Jak? Twierdził on, że zdobyte wcześniej informacje z raportów, mediów, od pracowników itp. wystarczają, by wyciągnąć większość konstruktywnych wniosków - rozmowa z zarządem, była kropką nad "i". W dobie internetu uważam, że jest to jeszcze łatwiejsze - kwestię rozmów z zarządem załatwiają za nas dziennikarze. Uważam więc, że negatywna ocena spółki będzie się klarować przed rozmową z zarządem.

Jakie trudności napotkamy? Pomijam tutaj chęć zarządu do współpracy - w przypadku CDR była ona duża - ewentualny jej brak jest pierwszym sygnałem, że daną spółkę lepiej sobie odpuścić. Oprócz tego, członków zarządu i pracowników obowiązują klauzule poufności(NDA), więc wiele informacji będzie "zaszyfrowanych". Musimy więc zadawać pytania "nie wprost", bez konkretów. Konkretna odpowiedź na pytanie nie zawsze jest potrzebna, jeśli potrafimy dobrze sformułować pytania.

W następnym wpisie omówię pełną kolejność pozyskiwania informacji z niestandardowych źródeł. Kolejność jest bardzo ważna. Dzięki niej, kupimy jedną na dwie spółki, a nie jedną z każdych dwudziestu spółek, które analizujemy.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Wymagać dywidendy?

Dywidenda to wspaniała sprawa dla inwestora skoncentrowanego. Nie dość, że zarabia on na wzroście ceny akcji, to jeszcze za swoją cierpliwość dostaje udział w zyskach. Podnosi to rentowność inwestycji i zmniejsza ryzyko. Zwłaszcza podczas bessy zauważają to nawet spekulanci. Wtedy to właśnie na forach i w telewizji można zobaczyć wielu specjalistów sądzących, że firma, która nie wypłaca dywidend jest warta tyle, co nic. Oczywiście podczas spadającego rynku łatwo im uwierzyć nawet, jeśli akcje dywidendowe tracą na cenie tak samo jak te, które dywidend nie wypłacają. Tacy specjaliści nie wiedzą, że kupione za okazyjną cenę akcje, mogą dać równie duży zysk, jak firmy, które są relatywnie droższe, ale wypłacają dywidendy. Czy dywidenda jest miarą wartości? Czy opłaca się kupować akcje firmy, której jedynym mankamentem jest brak dywidend?

Już Philip Fisher zauważył, że w związku z dywidendami narodziło się wiele mitów, chociażby ten, wspomniany akapit wyżej. To, czy powinniśmy wymagać dywidendy, można sprawdzić po najprostszym fundamentalnym wskaźniku - ROE. ROE pokazuje, ile spółka zarobi, jeśli zainwestuje 100 złotych, które mogłaby przeznaczyć na dywidendę. Jeśli ROE wynosi 20%, oznacza to, że spółka zarobi 20% na inwestowaniu naszych pieniędzy. Czy to dużo? Zależy dla kogo. ROE na poziomie 20% daje nam sygnał, że wzrost ceny akcji w wyniku czynników fundamentalnych, powinien wynosić właśnie 20%. Jeśli więc spółka zatrzyma pieniądze dla siebie, to tak naprawdę mamy szansę właśnie tyle zarobić. Jeśli jesteśmy w stanie zarobić w rok więcej, nie powinniśmy kupować firmy, która reinwestuje zysk. Obawiam się jednak, że grubo ponad 90% inwestorów nie jest w stanie z dużą dozą rozsądku przyznać, że potrafi tyle zarobić w rok - sam uważam, że nie jestem w stanie utrzymać takiej stopy zwrotu. Sam Warren Buffett nie mógłby tego obiecać - jego fundusz zarabiał średnio około 26%. Jaką pewność mamy, że dywidenda, którą byśmy dostali, za rok byłaby o 1/5 większa? Żadną.

Właśnie dlatego uważam, że młode spółki utrzymujące rentowność powyżej 20% nie powinny wypłacać dywidend, jeśli mogą reinwestować zysk z szansą, że zarobią na nim kolejne 20%. Jeśli zamierzamy zostać z firmą na długo, po prostu lepiej będzie, jeśli firma przeznaczy cały zysk na ulepszanie produktów i sprzedaży. Pytanie tylko, na ile jesteśmy pewni, że firma utrzyma dotychczasową rentowność.

Polityka dywidendowa to ważna sprawa. Nierozsądne gospodarowanie zasobami jest pierwszym sygnałem, że szefowie firmy nie potrafią dzielić się owocami swojej pracy. Każdej firmie kiedyś kończą się pomysły na utrzymanie rentowności. Ogromne firmy po prostu nie mogą utrzymywać takiej rentowności, więc zaczyna ona systematycznie spadać. Jest to pierwszy sygnał, że czas wypłacić dywidendę. Jeśli spółka taka zdecyduje się wypłacić dywidendę, będzie mogła utrzymać wysoką rentowność, a akcjonariusze będą mogli zagospodarować lepiej zysk, który w firmie leżałby bezczynnie, albo dawałby zwrot rzędu 5%.

Dywidenda nie jest jedyną miarą dobrej inwestycji. Dobrą miarą inwestycji jest wysoka rentowność, kiedy nie wypłacamy dywidend i ich wypłata, kiedy kończą się pomysły na szybki wzrost. Doskonałym przykładem firmy, która utrzymuje wysoką rentowność i wypłaca dywidendy jest ŚNIEŻKA. Nie oznacza to , że nie warto zainteresować się podmiotami o wyższej rentowności, ale niewypłacających dywidendy - przykładem takiej spółki jest na pewno CD PROJEKT RED.

piątek, 22 czerwca 2012

Inwestowanie skoncentrowane i Philip Fisher

Przed lekturą książki Fishera uważałem, że wspaniałą firmę można znaleźć w miesiąc: tydzień badania branży, tydzień na raporty, tydzień na perspektywy i tydzień na ogólne wnioski i decyzję. To było głupie. Po przeczytaniu książki Fishera uświadomiłem sobie, jak wiele uwagi przykładał on do badania firm. Wiedział o swoich firmach wszystko, a każdą informację mógł swobodnie interpretować - wiele z dobrych informacji, mogło zostać odebranych przez rynek jako złe. Po tygodniowej analizie branży nie można zdobyć tak dużej wiedzy, by z odpowiednią dozą pewności wypracować własne zdanie zwłaszcza, jeśli kłóci się ono z powszechnie uznawanymi opiniami.

Jak więc badać firmy? To, co teraz napiszę może wywołać wiele kontrowersji - zaangażowanie, jakiego wymagam, może odstraszyć wielu inwestorów. Tym, którzy jednak zdecydują się poświęcić badaniom firm, jak Fisher, gwarantuje, że zyski będą ogromne. Niestety nie możecie złożyć reklamacji:-) Uważam, że na poznanie branży potrzeba bardzo dużo czasu - nie przesadzę, jeśli napiszę, że zajmie to kilka lat. Jak rozłożyć tak czasochłonną pracę w czasie?

Przede wszystkim musimy zastanowić się, jaką branżę chcemy analizować. Dana branża musi charakteryzować się dobrymi perspektywami - gdy mamy mało informacji na temat danej branży, należy na początku znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości. W miarę poznawania branży, powinniśmy utwierdzać się w przekonaniu, że branża ma perspektywy. Jeśli perspektywy są kiepskie, należy przestać analizować branżę, by nie tracić czasu. Co jeszcze musi mieć branża? Wysoką marżę, ingerencję państwa mniejszą, niż przeciętnie i musi mieć charakter globalny - właściwie większość branż wychodzi poza granice swojego państwa.

Ile czasu na to potrzeba? Uważam, że cały cykl koniunkturalny trzeba poświęcić na poznanie dogłębnie nowej branży od zera. Po przeczytaniu "Zwykłych akcji" zdałem sobie sprawę, że tylko gry komputerowe i szeroko pojęta informatyka jest moim kręgiem kompetencji. Reszta firm i branż, które "analizowałem" okazała się zwykłą kpiną - myślałem, że znam się na budownictwie, chociaż nie miałem zielonego pojęcia o tym, jak marża jest niska, jaką płynność musi mieć spółka itd. W związku z tym uważam, że poświęcenie 15 minut dziennie na analizę branży i firm z nią związanych wystarczy, by przez jeden cykl koniunkturalny ( około 4 lata ) poznać branżę, a w bessie kupić wspaniałą firmę, z której będziemy czerpać korzyści podczas hossy, kiedy będziemy poznawać nową branżę. 300 godzin czytania artykułów w internecie, poznawania produktów i usług, oglądanie wywiadów i zapoznawanie się z biuletynami da nam wystarczające ( ja naprawdę nie żartuje ) pojęcie na temat branży. Wtedy właśnie będziemy mogli myśleć całkowicie samodzielnie i kupić firmę w podobnych okolicznościach, jak Buffett kupił Coca-Colę, czy Wells Fargo.

Skoro znamy już branżę, ile potrzeba na znalezienie doskonałej inwestycji? Uważam, że około 3 miesiące po godzinie dziennie (zakładając, że mamy do analizy kilkanaście raportów rocznych) wystarczy, na:
- przeczytanie o ocenę raportów,
- znalezienie informacji na temat produktów, usług, perspektyw, obejrzenie wszystkich dostępnych materiałów, przeczytanie newsów,
- skontaktowanie się ze znawcami branży, byłymi i obecnymi pracownikami, klientami, pośrednikami,
- rozmowa, lub wymiana korespondencji z ludźmi związanymi z firmą,
- ocenę przedsiębiorstwa, wyciągnięcie wniosków, odpowiedź na 15 pytań Fishera, wycenę i decyzję o kupnie akcji

Wiem, że to dużo i wymaga ogromnego zaangażowania, ale by uniknąć błędów, trzeba zrobić naprawdę dużo. Fisher jednak sądzi, że takie podejście da powyżej 500% zysku w 10 lat. Tak więc inwestując 10 tysięcy złotych i osiągając zysk rzędy 500%, nasza praca będzie warta około 40 złotych za godzinę. Wiem, że jest to trochę niedorzeczne porównanie, bo zyski nie są pewne, ale jestem pewny, że dobre wykonana praca może dać nam ogromne zyski.

Zachęcam do poznawania branż bardzo dokładnie. Być może teraz przesadzam, ale nie zamierzam się poddawać - chcę zbić majątek na inwestowaniu i jestem pewny, że mi się to uda. Jestem szaleńcem - wiem. Jednak szaleńcem, który nie chce iść na skróty. No chyba, że znowu złamie mnie mój słomiany zapał:-)

wtorek, 19 czerwca 2012

Fisher i jego strategia bez wyceny

Po przeczytaniu wielu książek i artykułów o Warrenie Buffecie i Benjaminie Grahamie doszedłem do wniosku, że wycena to najważniejszy punkt analizy fundamentalnej. Na początku byłem gotowy używać byle jakich metod, byle tylko mieć jakąkolwiek wycenę i pojęcie, ile może być warty biznes. Potem znalazłem DCF i wszystko szło już gładko. W książce Fishera "Zwykłe akcje, niezwykłe zyski" nie znalazłem jednak żadnej metody wyceny! Najlepszy inwestor na świecie (niektórzy tak uważają) w swojej książce opisał, jak wybierać akcje wzrostowe, ale nie pokazał żadnej metody wyceny. Czy to wina jego zacofania? Czy może Fisher celowo unikał wyceniania firm?

Fisher badał przedsiębiorstwa dokładnie, jak nikt inny. W związku z tym miał dokładne pojęcie o tym, czy firma jest w stanie zwiększać sprzedaż i zyski - wycena nie była mu potrzebna, bo wiedział, że za 10 lat ze swojej inwestycji wyciągnie setki procent zysku. Po prostu nie potrzebował metody matematycznej - znał przyczyny niskich cen, wiedział, jak wyniki i pozornie złe wydarzenia w firmie wpływają na cenę - określał tylko ramy czasowe, w których był gotowy kupić daną firmę. Kłóci się to z metodą Grahama, który wybierał akcje metodami matematycznymi - Graham poświęcał mniej czasu na analizę jednej firmy. Połączenie tych koncepcji dało nam jednego z najbogatszych ludzi na świecie.

Czy w świetle książki Fishera można odpuścić sobie wycenianie przedsiębiorstwa? Sam rok temu dałbym w twarz człowiekowi, który nie wie, ile warte są jego akcje - dzisiaj sądzę, że wycena jest tym bardziej potrzebna, im mniej wspaniałą firmę kupujemy. Jeśli spółka spełnia 15 punktów Fishera w stopniu średnim, należy konserwatywnie wycenić firmę, by nie rozczarować się potem. Nadal jednak uważam, że akcje trzeba kupować podczas bessy - tylko wtedy mamy szansę kupić akcje naprawdę tanio - w czasie bessy również spada znaczenie metod wyceny.

Fisher wybierał akcje bez wyceny, a odniósł sukces - bez DCF-a można żyć, jednak jeśli dobrze znamy biznes, możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa obstawić, jakie zyski osiągnie firma w przyszłości. Tak więc stosowanie metod Fishera ułatwia bardziej precyzyjne określenie wartości. W pełni precyzyjni nie będziemy nigdy, ale wycena może dać nam pojęcie o wartości danego przedsiębiorstwa - warto jednak obliczyć wartość wewnętrzną, chociaż nie jest to konieczne. Konieczne jest unikanie kompromisów, między ceną, a jakością - jeśli firma jest przeciętna, to nie należy motywować swoich decyzji ceną - tylko wspaniałe akcje zaskoczą pozytywnie. Dlatego uważam, że książka Fishera wniosła wiele nowego do mojej strategii.

sobota, 16 czerwca 2012

C/Z i C/Wk jako kryteria wartości?

Często czytając wypowiedzi ludzi nie do końca zajmujących się akcjami z odpowiednim zaangażowaniem, można odnieść wrażenie, że wartość wewnętrzna akcji jest prosta - tacy specjaliści sugerują się wskaźnikami C/Z i C/Wk. W przypadku CD PROJEKTU bardzo często spotykałem się z opiniami, że spółka jest inwestycyjnym balonem, bo jej cena wielokrotnie przewyższa wartość księgową, a zysk jest ponad 20 razy niższy od ceny. Czy to słuszne rozumowanie?

Zastanówmy się, co może być przyczyną tak wysokich wskaźników. Hossa? Ja na razie nie widzę na szerokim rynku hossy, więc klasycznego przewartościowania przez chciwość po prostu tutaj nie ma. Czy firma oprócz wartości miarodajnej, posiada wartość, której nie da się opisać matematycznie? Czy da się wycenić setki pochlebnych komentarzy, reputację, przyszłe możliwości generowania zysków? NIE! Dlatego właśnie te wskaźniki mogą przyjmować z pozoru wysokie wartości, chociaż tak naprawdę spółka jest mocno niedowartościowana.

Warren Buffett kupił Coca-Colę za 15 zysków i za pięciokrotność wartości księgowej. Czy przepłacił? Wystarczy spojrzeć na raporty Berkshire Hathaway, by jednoznacznie wyśmiać tych, którzy twierdzili w 1988 roku, że Coca-Cola nie jest warta swojej ceny. Czy jednak należy całkowicie ignorować te dwa wskaźniki? Skoro czasami zawodzą, po co w ogóle je sprawdzać?

Nie każda firma ma tak obiecujące perspektywy, jak Coca-Cola, czy chociażby rodzimy CD PROJEKT. W wyniku nadmuchania balona, rynek może dyskontować zyski, których nie będzie. Od naszej dogłębnej analizy zależeć będzie, czy damy się naciągnąć na obietnice, czy postawimy na wysokie prawdopodobieństwo osiągnięcia zysku.

Philip Fisher radził, by nie sugerować się opiniami, które wyjaśniają, że długofalowe zyski zostały wycenione przez rynek w obecnej wycenie. Patrzący kilkadziesiąt lat naprzód Fisher wiedział, że myślenie ogółu inwestorów ogranicza się maksymalnie do kilku następnych lat. Bardziej liczyło się dla niego to, jak firma potrafi generować zyski, niż to, czy zyski zostały zdyskontowane w cenie. Jeśli chcemy inwestować naprawdę długo, właściwie nie musimy się zastanawiać, czy zyski są już ujęte w cenie, czy też nie.

C/Wk i C/Z są dobre przy stabilnych podmiotach, które najlepsze lata mają już za sobą. Jeśli Wasza analiza sugeruje, że firma jest w stanie zwielokrotnić zyski, to wspomniane wskaźniki tracą na znaczeniu, bo są używane przez wielu inwestorów. Jeśli posiądziecie odpowiednią wiedzę, staniecie się Panami sytuacji. Zdyskontowane przepływy pieniężne pozwolą wycenić firmę lepiej, niż proste wskaźniki.

środa, 13 czerwca 2012

Selekcja wstępna z szacunku do własnego czasu

Ile czasu zajmuje analiza jednego raportu rocznego spółki? Około dnia. Ile raportów czytamy, zanim kupimy spółkę? Zdarza się kilkanaście. Prospekt? Tyle, co 3 raporty roczne. Informacje branżowe i wywiady? Kolejne dwa tygodnie analizy. Rozmowy, obliczenia i długie godziny rozmyślania. Razem? Przy "dobrych wiatrach" około dwa miesiące zajmuje nam poznawanie firmy, która jest wspaniała. Sam jednak oprócz samej analizy, lubię się z problemem wyboru spółki po prostu przespać - wybrać dobry moment, założyć scenariusze posiadania akcji itd. Dwa miesiące to mnóstwo czasu, a przecież nie chcemy poświęcać całego swojego życia analizom, skoro mamy pracę, rodzinę, naukę.

Wybierając spółki, dobrze jest poznać też największych konkurentów spółki, zapoznać się z produktami, więc trzy miesiące to czas, po jakim powinniśmy kupić spółkę - piszę to mniej więcej, żeby zobrazować jasno sytuację. Gdy wybieramy spółkę z głównego parkietu, mamy do wyboru kilkaset spółek - ich dokładna analiza zajęłaby pewnie całe życie, a przecież życie jest od czerpania zysków, a nie od czytania raportów spółek, z których ponad 90% okaże się zwykłymi śmieciami. Musimy więc ograniczyć wybór do spółek, które od samego początku wyglądają obiecująco. Jak ograniczyć ilość spółek do dokładnej analizy?

Interesuje nas przede wszystkim zysk, dlatego musimy odrzucić na początku spółki, które nie przynoszą zysków. Tak więc na początek ROE. Interesuje nas zwrot z kapitału powyżej 15% - takich spółek jest na parkiecie Około 80 - to za dużo. Co dalej? Według mnie dobrze byłoby następnie ograniczyć się do spółek, które nie mają zbyt dużo kapitału obcego. Wybrałem więc Kw/A. Co zabawne - identycznie zrobił w swojej pierwszej książce Tobiasz Maliński - mamy więc większą szansę na to, że naprawdę odrzucamy słabe spółki już na początku. Odrzucę spółki, które mają kw/a poniżej 50% - zostało 11 spółek. Postęp jest. Mamy już konkretne firmy, którym możemy się bliżej przyjrzeć. Dopiero na tym etapie sens ma według mnie selekcja branży. Mamy stabilne i rentowne przedsiębiorstwa, więc można zostawić tylko te branże, które znamy. Ja po odrzuceniu spółek z branż, na których się nie znam, zostawiłem 6 spółek. To już poważna liczba, którą jesteśmy w stanie zbadać bardzo dogłębnie. Jeszcze tylko produkty i mamy 3-4 spółki do analizy. To już pozwala nam wyłonić najlepszego kandydata. Niestety taki sposób może być krzywdzący. Dlaczego?

Gdybym zrobił taką selekcję w 2010 roku, to pewnie nie wybrałbym CD PROJEKTU, który przecież dał i pewnie da zarobić. O ile teraz, jedną z tych 4 spółek jest właśnie RED, o tyle rok temu CD RED odpadłby już w pierwszej selekcji. Selekcja wstępna nie określa szans spółek młodych - po prostu je odrzuca. Co więc zrobić, jeśli obiektem zainteresowania są spółki w fazie zarodka?

Szczerze przyznam, że sam podchodzę do tego trochę po macoszemu. Najpierw wybieram branżę, potem spółki dzielę na podgrupy, w których mogą ze sobą konkurować. Np. producenci gier w jednej grupie, potem producenci filmów 3d w drugiej itd. Szukam na stronach obu firm z grupy informacji, które pozwolą określić w locie, która spółka ma lepsze produkty. Przykład? Inwestycja MCI w Warszawski e-grosser: w Warszawie jest około 7 takich sklepów. MCI wybrało ten, który jako jedyny ma maszyny do sortowania i automatycznego pakowania - to przewaga, dzięki której odrzucamy pozostałe firmy. Niestety nikt nie da nam gwarancji, że odrzucamy zły biznes. Po takiej selekcji, trwającej około 3 godzin, zostało mi 8 spółek z NewConnect. Nie zgłębiałem się jednak na razie w żadną.

Czy selekcja na podstawie dywidendy jest słuszna? Niekoniecznie - chociaż stopa dywidendy może być wyższa, niż lokaty, to jednak nikt nie może zagwarantować nam kolejnej wypłaty ani nawet tego, że spółka jest w dobrej kondycji. Odradzam więc selekcję na podstawie dywidend. Chyba, że zamierzamy zbudować zdywersyfikowany portfel złożony z dywidendowych akcji. Szkoda, że tak mało jest takich spółek u nas.

Selekcja oszczędzi nam mnóstwo czasu, jednak nie ma prostego skryptu selekcji - zawsze jest szansa, że odrzucimy jakiś solidny biznes. Jednak Buffett mówi:

Lepiej spóźnić się na imprezę, niż przyjść na nią nieprzygotowanym.
Więc odrzucenie dobrego biznesu może, ale nie musi być krzywdzące. Dobry biznes w końcu przedrze się przez nasze wymagania, a cena niekoniecznie będzie zawyżona - CD PROJEKT nadal jest dostępny w atrakcyjnej cenie.

niedziela, 10 czerwca 2012

Wskaźnik cyklu należności - przed czym ostrzega

Wskaźnik cyklu należności poznałem w książce Tobiasza Malińskiego "I Ty możesz zostać Warrenem Buffettem, czyli inwestowanie skoncentrowane na GPW". Oblicza się go najczęściej dla roku: należności krótkoterminowe dzielimy przez sprzedaż i mnożymy przez 365 dni(albo 180, 90 dla innych okresów). Otrzymany wynik np. 90 dni mówi nam, że spółka odzyskuje swoje należności za sprzedane produkty po 90 dniach. Nie będę się rozpisywał, jak to interpretować - odsyłam do książki Tobiasza.

Jak w praktyce przydaje się ten wskaźnik? Okazuje się, że przydaje się bardzo. Zanim przeczytałem komunikat o możliwej emisji PBG, traktowałem ten wskaźnik jako "jeden z wielu" - uznałem, że może być on wysoki, kiedy inne wskaźniki są sprzyjające. W PBG wskaźnik ten wynosił 250 dni. Co się działo w czasie tych 250 dni? PBG musiało szukać innych źródeł płacenia za swoje zobowiązania, co w końcu doprowadziło do sytuacji, w której PBG nie miało pieniędzy w kasie na pokrycie swoich zobowiązań. Wartość wskaźnika dla całej branży była wysoka, ale w PBG doszło do grubej przesady. Wspomnę tylko, że wskaźnik należy porównywać z resztą branży.

Czy spółka, która ma wysoki poziom tego wskaźnika może funkcjonować? Jak wspominałem przy okazji badania CD RED i City Interactive, wskaźnik jest dla nich niemal taki sam. CD PROJEKT RED jako spółka większa, o lepszej renomie powinna ściągać należności szybciej. Duża firma może pozwolić sobie na "wymuszanie" szybszej zapłaty za usługi, czy towary. Ze względu na globalny charakter działalności CD PROJEKT RED, muszę po prostu wybaczyć 84 dni ściągania należności. Jest to wynik po prostu dobry - nic poza tym. Kiedy gog.com będzie generował większą część przychodów, wskaźnik ten prawdopodobnie spadnie.

Miarodajne porównanie tych dwóch spółek niesie jednak analiza wskaźnika dla lat, w których premiery miały najważniejsze gry CD RED i CIA. Tak więc porównajmy rok 2010 w CITY i 2011 w CD RED: 83 dla CITY i 84 dla CD RED. Tak więc w kluczowych latach, obie spółki ściągają należności niemal w tym samym dniu. Tak więc w przypadku pogorszenia się sytuacji na szerokim rynku, spółki te będą tak samo narażone na dziurawe budżety. Obie jednak sobie poradzą.

Wskaźnik cyklu należności udowodnił mi empirycznie, że nie jest to wskaźnik taki, jak C/Z, czy C/Wk - nie można go ignorować, ani usprawiedliwiać. Jako wskaźnik płynności, pozwala na długo przed kłopotami, wydać inwestorowi stosowne ostrzeżenie. Musimy je tylko zauważyć. Zauważyłem, że w połączeniu z systemami wczesnego ostrzegania przed bankructwem, wskaźnik ten może okazać się niemal nieomylny. Za jakiś czas wrócę do tego wskaźnika, żeby udowodnić, że ostrzegał on przed kłopotami nie tylko PBG.

czwartek, 7 czerwca 2012

Rotacja portfela gorsza od ucinania strat

Niezrównoważone psychicznie osoby są niebezpieczne dla otoczenia. Takich ludzi zamyka się w szpitalach, izoluje, żeby nie zrobili krzywdy sobie i innym. Gdyby sprawdzić transakcje nas - inwestorów, pewnie większość z nas zostałaby wysłana na badanie kontrolne, czy na pewno panujemy nad własnymi emocjami:-)

O ile akapit wyżej był żartem, o tyle krzywda, którą może sobie wyrządzić niezrównoważony inwestor, jest jak najbardziej realna. Nasza inwestycyjna choroba psychiczna może przyczynić się do poważnych strat. Ile kosztuje inwestycyjna choroba psychiczna? Dobre pytanie. Prowizja od każdej transakcji wynosi około 0,39%. Co z człowiekiem, który w roku robi 20 takich transakcji? Taki człowiek traci na transakcjach niemal 8 procent swoich pieniędzy. Czy to dużo? Wystarczy zadać kolejne pytanie: Ile musi zarobić taka osoba na transakcjach, żeby wyjść "na czysto" z zyskiem 15%. Taki delikwent musi bardzo często pobić wynik funduszu Warrena Buffetta. To niewykonalne dla niezrównoważonego psychicznie inwestora/spekulanta.

Co by było, gdyby te 20 transakcji zamienić na jedną, wspaniałą? Pewnie w wielu spekulantach odzywa się teraz żyłka hazardzisty, który nie może zrozumieć, jak można ograniczać liczbę transakcji. Można - Fisher i Buffett ograniczali je do minimum i wyszli na tym nadzwyczaj dobrze. Nie będę nawet wspominał, ile czasu zaoszczędzi na analizy człowiek, który odpuści sobie ciągłą rotację portfela.

Jak ograniczyć liczbę transakcji? Nie chodzi mi tutaj, o kupowanie małych pakietów - to, czy kupimy 1000 akcji w jednej, czy 10 paczkach, nie ma akurat większego znaczenia. Szybko następujące po sobie kupna i sprzedaże zabijają nasz portfel. Tak więc musimy znaleźć sposób, by wiedzieć, co kupujemy.

Wybranie tylko jednej spółki na pewno polepsza nasz komfort psychiczny. Samo odejście od kupowania kilkunastu firm pozwala ograniczyć jednocześnie liczbę transakcji i niepewność związaną z ich posiadaniem. Starannie wybrana firma daje nam pewność, że wiemy wszystko, co niezbędne, aby nie panikować, kiedy przyjdą gorsze czasy. Sam po poznaniu CD PROJEKT RED nie panikowałem, kiedy cena akcji spadała poniżej 4 złotych, a zdarzyło mi się kupić mały pakiet akcji nawet za 9 złotych - gdybym ja wtedy wiedział, co to jest bessa...

Powyższe sytuacje wymagają anielskiej cierpliwości i absolutnego odrzucenia wynalazku stop-loss. Nasze starannie wybrane akcje mogą spadać bardzo, nawet jeśli w spółce dzieje się dobrze. Wiem to, bo posiadam CD PROJEKT, którego cena waha się dość znacznie. Gdybym przy zakupie za 9 złotych ustawił stoploss nawet w połowie ceny, zrealizowałby się on w najgorszym momencie. Zostałbym ze stratą i bez moich wspaniałych akcji.

Rotacja portfela zabija. Po co dawać zarobić maklerom, skoro to samo możemy zarobić sami, przy odrobinie dyscypliny. Wystarczy wyłączyć notowania i czytać! Dużo czytać. Po przeczytaniu raportu numer: 1000 i setnej książki w życiu, zapomnicie, że można przeprowadzić transakcje częściej, niż raz na rok. Sam przeczytałem dopiero około 80 raportów i 10 książek o inwestycjach. Tak więc dobrze, że już teraz doszedłem do poziomu inwestowania, który nie wymaga ciągłego kupowania/sprzedawania.

wtorek, 5 czerwca 2012

Upadek PBG

A więc stało się - PBG prawdopodobnie już niedługo upadnie. Teraz już wiem, że branża budowlana nie jest łatwa, a jej dogłębne poznanie zajmie mi sporo czasu. Na razie odwracam się od branży na rzecz bardziej rentownych biznesów. Być może wrócę kiedyś do tej branży, ale nie sądzę, aby stało się to przed rokiem 2014, kiedy znacznie spadnie ilość zamówień publicznych, które jednocześnie wyłożyły PBG i DSS, ale dawały źródło zysków wielu innym firmom.

Komentarz w sprawie PBG

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Nowa marka CD PROJEKT RED

Na letniej konferencji CD PROJEKT RED, został zapowiedziany zupełnie nowy produkt - gra RPG w oparciu o Cyberpunk tworzona przy podobnym budżecie, jak Wiedźmin 2. Czy to ma szanse odnieść sukces? A może czeka nas totalna klapa i straty około 30mln złotych? Muszę przyznać, że jest to dla mnie bardzo niewygodny temat.


Gra Deus Ex Human Revolution reaktywowała gatunek gier punkowych - odniosła spory sukces. Dzięki marce i wielu innowacyjnym pomysłom, gra sprzedała się w liczbie około 5mln egzemplarzy. Była to jednak gra FPS - strzelanka pierwszoosobowa. Gra CD PROJEKTU ma być grą RPG. W związku z tym jest to nieco inny kierunek - bardzo pozytywny sygnał - CD PROJEKT chce wprowadzić innowacyjność do gatunku, który był popularny w latach 80 zeszłego wieku. Graczami Cyberpunkowymi są często ludzie po trzydziestym roku życia - dobrze jest więc czytać obietnice na temat dojrzałej fabuły. Przy grze pracują weterani Wiedźmina, więc o fabułę i grafikę nie martwię się ani trochę.


Czy reszta będzie wpisywać się dobrze w gatunek i czy zostanie ciepło przyjęta? CD PROJEKT podjął współpracę z samym twórcą tego gatunku, jest to taki odpowiednik współpracy z Sapkowskim podczas tworzenia Wiedźmina. Tutaj właśnie upatruję największego potencjału nowej marki - Wiedźmin opierał się na niezbyt znanej w USA (to główny rynek gier) marce, czyli o Sadze Wiedźmin. Cyberpunkowa gra będzie natomiast ściśle związana z amerykańską kulturą - już screen powyżej wyjaśnia, gdzie będzie toczyć się część, lub cała akcja gry. Niektórzy rodzimi gracze narzekają, że jest to odejście od polskiej kultury, ale według mnie jest to konieczne, bo nie da się umieścić Cyberpunka w Polsce - to tak, jakby umieścić Wiedźmina w czasach wojny secesyjnej.

Jeśli produkt odniesie sukces, będzie doskonałym uzupełnieniem marki Wiedźmin. Już teraz widać, że gra wystartuje z zupełnie innego poziomu marży i popularności. Serwisy na całym świecie wspominają o "Nowej grze twórców Wiedźmina". Takiej sytuacji nie było w przypadku Wiedźmina, a i tak gra odniosła olbrzymi sukces. Plan wydawniczy CD PROJEKT ujawnia, że gry z marki Wiedźmin i nowa gra Cyberpunk (posługuje się nazwą gatunku, gdyż nazwy jeszcze nie wymyślono) będą wydawane naprzemiennie. W związku z tym gracze nie będą zapominać o twórcach Wiedźmina, a CD PROJEKT będzie mieć stabilne dochody.

Czy to się może udać? Szczerze powiedziawszy: strasznie duże ryzyko bierze na siebie CD PROJEKT - projekt ma ambicje stać się innowacyjną marką, jednak wymagania stawianie przez dojrzałych graczy mogą być wysokie. Teraz jednak CD PROJEKT ma już wystarczająco dużo pieniędzy, by wydać w pełni dopracowany i kompletny produkt - mam nadzieję, że ta gra odniesie sukces, bo CD PROJEKT na pewno wie, co robi.


piątek, 1 czerwca 2012

Fundusz to nie wyrocznia

Około miesiąc temu pojawiła się informacja, że pewien fundusz rezygnuje z udziałów w CD PROJEKT RED - mojej ulubionej spółce. Reakcja rynku zazwyczaj jest zła, ale to, co widziałem na początku maja, rozbawiło mnie niesamowicie. W niecały tydzień cena akcji spadła o kilkanaście procent - nie było innych informacji ze spółki, zresztą nie ma to teraz znaczenia. Ważniejsze jest to, że wykorzystałem znowu okazję do kupna małego pakietu akcji. Dlaczego kłócę się ze specjalistami? Dlaczego wykazuje się takim "cwaniactwem"?

Na początek zastanówmy się, dlaczego mielibyśmy odczytywać posunięcia funduszy jako dogmaty? Bo pracuje w nich wielu specjalistów? Bo mają one więcej informacji? Bo są duzi? Skoro tak, to dlaczego tak mało funduszy wygrywa z rynkiem? Wszystkim ludziom panikującym zalecam lekturę "Inteligentnego Inwestora", który jednoznacznie wyjaśnia, dlaczego fundusze są złe. Fundusze mają kilka wad, które nie pozwalają im zwyciężać - TY inwestorze indywidualny, nie masz nad sobą szefa, który chce zyski w ciągu roku. Nie pilnuje Cię przełożony, który sprawdza, czy interesujesz się akcjami wyłącznie tej branży, z którymi jesteś związany. Nie musisz dywersyfikować. Nie stracisz kapitału tylko dlatego, że postępujesz inaczej.

Jako inwestor indywidualny, masz ogromną przewagę nad tymi, którzy muszę kupować drogo, a sprzedawać tanio. Nie słuchaj funduszy, posłuchaj rozsądku. Cena akcji nie jest wyznacznikiem wartości firmy w okresie mniejszym, niż kilka lat. Twoim celem nie jest zaskarbienie sobie szacunku szefa, tylko zarabianie pieniędzy. Jeśli widzisz, że ktoś bezmyślnie oddaje tanie akcje, nie pytaj dlaczego to robi. Odważ się powiedzieć: "Nie wiem, nie interesuje mnie to", jak radził Graham. Działaj wbrew rynkowi, jak zalecali Fisher i Buffett.

Nie jest łatwo pozostać obojętnym na panikę innych ludzi. Z ciekawości przejrzałem branżowe fora. Jak już kiedyś wspominałem, sensownych wypowiedzi było tam tyle, co "kot napłakał". Po kilkunastu minutach czytania zdałem sobie sprawę z tego, że zaczynam sam myśleć, dlaczego fundusz pozbył się akcji. Czym prędzej zamknąłem więc okno przeglądarki. Lepiej byłoby dla mnie, gdybym przeczytał jeszcze raz rozdział "Zwykłych akcji, niezwykłych zysków". To, co wiemy o spółce stanowi naszą "barierę idiotoodporną". Nasza wiedza uchroni nas przed nieracjonalnymi decyzjami. Jeśli następnym razem fundusz sprzeda akcje, będziemy mieć kilkanaście powodów, by im udowodnić, że się mylą, pozbywając się akcji.