piątek, 30 marca 2012

Kryteria Buffetta, a strategia Buffetta

Wielu rodzimych przeciwników Buffetta twierdzi, że zastosowanie jego kryteriów na polskiej giełdzie jest całkowicie niemożliwe. Kilka czynników uniemożliwia kupno niemal każdej spółki z GPW. Dlaczego więc piszę w ogóle na łamach tego bloga? Czy nie wprowadzam Was w gigantyczny błąd, pisząc niemało o inwestowaniu w wartość?

Pewnie niektórzy czytelnicy mają mnie właśnie za małego oszusta, ale śpieszę z wyjaśnieniem kwestii kryteriów Buffetta. Kryteria, które można znaleźć w internecie, rzeczywiście nie są do spełniania, gdyż główną przyczyną jest mała kapitalizacja - na polskim rynku nie ma wielu spółek kosztujących powyżej miliarda dolarów. Oprócz tego ze względu na krótką historię giełdy, Buffett nie znajdzie wielu spółek, które istnieją kilkanaście lat. Na dodatek Buffett rozczarowany byłby przepisami, na podstawie których polskie spółki piszą raporty.

Podstawowy błąd krytyków Buffetta polega na tym, że analizują oni KRYTERIA, czyli konkretne wymagania, zaś ogólna filozofia Buffetta sięga o wiele dalej - spółki wartościowe można znaleźć na polskiej giełdzie, nawet na NewConnect. Filozofia Warrena Buffetta daje dużo wolności - każdy inwestor może iść własną drogą: może kupować spółki kosztujące mniej, niż milion złotych, może podjąć decyzję na podstawie kilku lat działalności, może kupić spółkę z niskim ROE za niższą cenę. Możliwości jest sporo - inwestujących według FILOZOFII Warrena Buffetta jest wielu - chociażby Tobiasz Maliński, czy Albert Rokicki. Chociaż ich kryteria są różne, tak naprawdę opiera się to wszystko na jednej filozofii - na dogłębnej analizie przedsiębiorstw. Ja również stosuję tę strategię, chociaż kilka moich kryteriów ma się nijak do wymagań innych inwestorów.

Inwestowanie w wartość będzie zawsze i wszędzie dochodową strategią, chociaż każdy może odkryć ją na nowo. Nieważne, jakie są Twoje kryteria. Bądź konsekwentny, ale ulepszaj swoją strategię - na pewno w końcu da to mnóstwo zysków.

wtorek, 27 marca 2012

Wróżka bessa - część druga

Znów usiłujemy odebrać wróżkom rynek. Do przewidzenia bessy można również użyć zaledwie trzech liter: IPO. Jest to skrót od angielskiego terminu Initial Public Offering czyli Pierwotna Oferta Publiczna. Jak to niby pomóc ma nam w przewidzeniu bessy?

Spółki wchodząc na giełdę chcą pozyskać łatwo dużą ilość kapitału na rozwój - nie zawsze jest to łatwe. Jeśli spółka wejdzie na giełdę w czasie bessy, możliwe jest, że nie znajdzie się dostateczna liczba chętnych do kupna akcji - w bessie inwestorzy boją się pierwotnych ofert publicznych, bo zazwyczaj spółki takie są małe i w związku z tym ryzykowne. W bessie giełdą kieruje po prostu strach, dlatego spółki chcą pozyskać kapitał w czasach, kiedy takiego problemu nie ma - podczas hossy. Gdy hossa zmierza ku szczytowi, inwestorzy z niewyjaśnionych przyczyn zapominają o ryzyku i kupują wszystko! Jak leci. Pozwala to małym spółkom zebrać dużą ilość kapitału. Kiedy przychodzi bessa, dzieje się mniej więcej to, co widać na poniższym wykresie NewConnect - to na tym rynku ma miejsce najwięcej ofert publicznych u szczytów hossy.

Sytuacja ta nie jest odosobniona, inne indeksy również spadają, jednak na rynku NewConnect spadki są bardzo drastyczne.
Kiedy cena małych spółek w ofertach publicznych znacząco przekracza cenę spółek z głównego parkietu(wskaźnik C/Z), a ofert publicznych jest znacznie więcej, oznacza to, że oferty publiczne są opłacalne. Opłacalne dla sprzedającego. Inwestor więc w takiej sytuacji kupuje akcje zbyt drogo. O takiej sytuacji wspominał już...Benjamin Graham. Słusznie zauważył, że gdy ludzie zapominają o ryzyku, kupują papiery, których podczas bessy nie chcieliby nawet oglądać. Wskazówka ta jednak ma wadę podobną do poprzednio podawanej metody przewidywania spadków z postu Wróżka bessa - cześć pierwsza. Nie podaje ona dokładnej daty. Właściwie nie możemy wychwycić momentu, w którym spółki zaczną nagle tracić. Sposób ten nie może być więc stosowany jako jedyny. W połączeniu z poprzednio opisywaną metodą, może dać jednak nieco większe pojęcie o zbliżającej się bessie.

Przyszłość zaskakuje. ZAWSZE. Choćbyśmy zdobyli całą wiedzę świata, nigdy nie będziemy w stanie całkowicie przewidzieć przyszłości. Zawsze jest czynnik, który zmienia zasady. To motto będę umieszczał pod każdym wpisem z cyklu "Wróżka bessa", żebyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy tylko ludźmi, a nie prorokami.

niedziela, 25 marca 2012

Rozwój CD PROJEKT

GOG.COM, który jest częścią CD PROJEKT RED już we wtorek zaprezentuje swoją nową stronę i zrobi krok milowy w swoim rozwoju. Ciekawi mnie, co to będzie. Jak widać na filmiku promującym, GOG stara się podkreślić to, czego nie mają konkurenci, np. Steam, czyli kompletny brak zabezpieczeń DRM. Z punktu widzenia inwestycji w CD PROJEKT, należałoby liczyć na...wzrost uciążliwości systemów zabezpieczeń w grach (DRM). Dzięki temu gracze chętnie kupowaliby gry właśnie na GOG'u. Oprócz tego gog chce wprowadzić nowe segmenty cenowe, czyli pewnie będą to gry nowsze, więc być może gracze zaczną całą masą odchodzić od STEAM'a do GOG'a. Fajnie marzyć, ale mając zarząd taki, jak CDP, można liczyć na pozytywny obrót spraw.

sobota, 24 marca 2012

NewConnect - miejsce dla hazardzistów?

Obok głównego rynku GPW istnieje również rynek równoległy - NewConnect. Jest to rynek dla spółek bardzo małych - niektóre spółki znajdujące się w obrocie, mają kapitalizację rynkową mniejszą, niż 20 mln złotych. Wiąże się to również z płynnością - obroty często są zerowe, na ogół nie zdarza się, by w ciągu dnia, cena istotnie się wahała. Brzmi fantastycznie, prawda? Mała spółka, mało szczegółów do przyswojenia, mniejsza płynność skłania do nieczęstego sprawdzania notowań. Rynek ten jest jednak zdecydowanie bardziej ryzykowny. Dlaczego?

Po pierwsze płynność. Chociaż dla inwestora skoncentrowanego, codziennie fluktuacje cenowe nie mają znaczenia, to jednak płynność tego rynku odgrywa ważną rolę. Kupując spółkę na głównym parkiecie, nie mamy większego wpływu na cenę - nasze zlecenie kupna traci "siłę" w natłoku milionów innych zleceń. W przypadku, gdy chcemy kupić większą ilość akcji na rynku NewConnect, musimy uważać, żebyśmy sami nie byli powodami nieracjonalnych podwyżek cen. Skoro chcemy kupić dużo, to cena może rosnąć, nie zawsze znajdzie się też chętny do sprzedaży zwłaszcza, jeśli z kilkudziesięciu milionów złotych kapitału, spora część jest w portfelu zarządu. Oprócz tego kupno akcji na NewConnect na pewno nie jest operacją jednego dnia - niektóre spółki mają dziennie obroty nawet poniżej 3 tysięcy złotych. Niełatwo jest kupić "za jednym zamachem" tyle, ile chcemy.

Po drugie wiedza. Niestety rynek NewConnect ma mniejsze wymagania, co do sprawozdań finansowych. Spółki nie muszą publikować raportów kwartalnych. W samych raportach jest też mniej danych - nie zawsze dlatego, że spółka jest mniejsza. Żeby naprawdę poznać firmę z tego rynku, nie wystarczy przeczytać kilka raportów - to stanowczo za mało. Brak konieczności sporządzania prospektu emisyjnego, jest pomyłką, ale tak już na tym rynku jest.

Po trzecie historia. Spółki zazwyczaj pochodzą z tzw. sektora nowych technologii. Próżno szukać tu firm z długą historią miarodajnych zysków. Wyliczanie wartości wewnętrznej jest więc w wielu przypadkach praktycznie niemożliwe - ważny jest tutaj czynnik zarządczy. Dobry zarządca jest tutaj absolutnie najważniejszy.

Czytając powyższe akapity można odnieść wrażenie, że NewConnect jest rynkiem dla kompletnych ryzykantów i spekulantów. Tak jednak nie jest. Niektóre z firm odnoszą sukcesy, niektóre wchodzą na NC tylko po to, żeby zgarnąć trochę pieniędzy, wszystkie jednak możesz kupić. Jeśli nie będziesz uważać, możesz kupić spółkę z drugiej grupy.

Na rynku tym obowiązują nieco inne filozofie inwestowania. Być może dlatego Philip Fisher zalecał, by na spółki tego typu rezerwować tylko mały ułamek kapitału - taki, którego całkowita strata nie spowoduje wielkiego bólu - wszyscy pragniemy znaleźć nowego Jobsa i Apple'a w stanie zarodka, jednak nie oszukujmy się - uda się to jednemu na sto, może na tysiąc.

Postaram się wprowadzić zasady inwestowania Warrena Buffetta na rynek NewConnect - w całości jest to niewykonalne, jednak może to, co się sprawdzi wystarczy, by zarobić. Bez kupowania spółek z tego rynku postaram się znaleźć spółki dobre i opracować strategię, która sprawdzi się na NewConnect. Wszystko oczywiści oparte na inwestowaniu w wartość.

Nie gwarantuję, że za pół nie roku napiszę, że straciłem mnóstwo czasu na naukę tego rynku - to eksperyment, dlatego na razie nie inwestuję realnych pieniędzy w żaden biznes. NC to rynek ryzykowny, ale dający możliwość zbicia dużego majątku. Postaram się poznać ten rynek razem z Wami i odpowiedzieć na pytanie: czy to ma sens?

środa, 21 marca 2012

Emisja akcji, czy kredyt?

Analizując spółkę Cormay i czytając wywiad z prezesem Tourą zastanawiałem się ponownie, jak emisje akcji wpływają na sytuację spółki. Od czasów pierwszego postu, w którym potępiłem emisje akcji, minęło sporo czasu (nie mam tutaj na myśli tylko płaszczyzny czasowej). Przekonałem się, że w niektórzy zarządcy czują się lepiej, mając dodrukowane akcje, ale niskie zadłużenie. Takim człowiekiem jest niewątpliwie Tuora - podczas analizy już zwróciłem uwagę na fakt, że unika on zadłużenia długoterminowego, jak ognia. Dopiero po kilku dniach rozmyślań wieczornych doszedłem do wniosku, że dla niektórych managerów, emisja akcji jest najlepszą drogą do pozyskania środków.

Nie mam tutaj na myśli faktu, że nie trzeba spłacać odsetek, biegać po bankach - emisja akcji daje kierownictwu pewną część swobody działania i wsparcie - skoro ktoś kupił akcje z nowej emisji, to znaczy, że wierzy w powodzenie projektu. Poza tym, ewentualny błąd nie sprowadzi na firmę kłopotów. Jeśli spółka jest młoda, to nieudana inwestycja z użyciem dźwigni, może cofnąć bardzo spółkę. Emisja nie stwarza długu, dlatego o błąd jest o wiele trudniej. Sam czynnik psychologiczny sprawia, że manager działa bardziej racjonalnie, bo nie myśli o banku, o ratach, o oprocentowaniu. Pamiętajmy, że zarząd składa się też z ludzi - takich samych, jak my. Oni również są chciwi i się boją.

Emitując akcje, prezes niejako zgadza się na niepisaną umowę z akcjonariuszami, że wzrost wartości całej firmy, przyniesie wszystkim korzyści. Może zabrzmi to dziwnie, ale to zbliża akcjonariuszy do zarządu. Prezes wie, że działa dla dobra akcjonariuszy, że mu zaufali, więc liczą na sukces. Są oni na pewno bardziej cierpliwi, niż bezduszny system bankowy.

Czy emisje akcji na cele inwestycyjne są więc racjonalne? Teraz uważam, że na podstawie struktury finansowania, można znaleźć wiele informacji na temat kondycji psychicznej prezesa. Jeśli spółka najpierw zadłuża się długoterminowo, a potem zaczyna emitować akcje, to znaczy, że prezes boi się banków - musi wstrzymać się z zaciąganiem nowych kredytów, bo pogarszająca się sytuacja na rynku kredytów, może jego firmę po prostu udusić. Tak więc firmy, które mają niski stosunek Kapitału własnego do aktywów i jednocześnie emitujące akcje, są po prostu zagrożone. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, kłopotów jeszcze nie ma, ale pewne symptomy można przewidzieć. Dlatego ten wniosek uważam, za najważniejszy, jaki wyciągnąłem w ostatnich miesiącach.

Jeśli spółka korzysta z jednego sposobu na finansowanie ekspansji, to znaczy, że jej finanse nie są jeszcze w złym stanie. Dopiero Cormay "wyjaśnił" mi, że wartość można w długim terminie budować, na podstawie emitowanych akcji, przeznaczonych na rozwój. W przypadku Cormay'a pieniądze zostały dobrze spożytkowane, dlatego teraz patrzę na te emisje dużo bardziej racjonalnym wzrokiem. Pamiętacie przecież jeszcze, jak narzekałem przed analizą, na ilość akcji w obiegu.

Emisje akcji nie są złe, jeśli są dobre - zabawne, ale prawdziwe. Jeśli pieniądze z emisji są przeznaczane na rentowne inwestycje, to trzeba spojrzeć na to nieco głębiej. Jeśli przychody z emisji idą natomiast na spłatę kredytów, czy na "niespodziewane wydatki" to taka firma jest spalona, bo nie potrafi gospodarować tym, co ma.

niedziela, 18 marca 2012

Jaki majster, takie narzędzia

Informatyka to mój największy krąg kompetencji, czuję się pewnie, kupując firmy z tej branży, bo rozumiem działanie tego skomplikowanego biznesu. W poszukiwaniu swojej firmy "na zawsze" zastanawiałem się, jak zidentyfikować firmę, która przetrwa kryzysy i będzie dostarczać produkty najwyższej jakości. W poście Perspektywy rozwoju, a bezduszne liczby pokazałem, jak badania mogą przyczynić się do tworzenia trwałej przewagi konkurencyjnej. Jednak badania to nie wszystko. Trzeba optymalizować też koszty najważniejszych procesów. Trudno jest jednak to sprawdzać, a już całkowicie niewdzięczną pracą, jest szukanie informacji o cyklu produkcyjnym. Trzeba więc badać produkt danej firmy. Jak to robić?

Firma Techland stworzyła kurs level designu, dzięki któremu osoby całkowicie zielone, mogą nauczyć się podstaw tworzenia poziomów dla gier FPS - to pierwsza tego typu inicjatywa w Polsce i jest to inicjatywa bardzo ciekawa. Zapisałem się więc i pobrałem edytor ChromeEd - program, z pomocą którego tworzymy mapy. Jego działanie możecie zobaczyć poniżej:

Zmotywowany swoją pierwszą mapę, pobrałem edytor mojego ulubionego studia: CryEngine 3 Sandbox studia Crytek. Działanie tego edytora, możecie zobaczyć poniżej:

Zorientowane osoby mogą zobaczyć, jak wielka przepaść dzieli te dwa edytory. Edytor Techlandu jest o wiele prostszy, ale ma o wiele mniej opcji - trudniej jest tworzyć rośliny różniące się od siebie, nie ma tak dynamicznego oświetlenia (to już wada nie samego edytora, ale całego silnika graficznego), a żeby włączyć mapę, trzeba czekać około dwie minuty. Tymczasem CryEngine daje setki, jeśli nie tysiące opcji konfiguracyjnych, pozwala grać w to, co właśnie stworzyliśmy z poziomu edytora - uruchomienie mapy trwa ułamki sekund. Sam edytor skupia w sobie wiele opcji, które zazwyczaj są umieszczone w oddzielnych programach. Nie muszę dodawać, że tak niesamowite narzędzie bardzo skraca proces tworzenia poziomu, co pozwala zadbać o szczegóły, tekstury itd. To właśnie pozwala w znaczny sposób ograniczyć koszty i jednocześnie tworzyć lepsze gry. Nie twierdzę tutaj, że Techland jest lata wstecz. Sam grałem w grę Call of Juarez i bawiłem się świetnie. Jednak gdyby grę zrobić na CryEngine, pewnie otrzymalibyśmy tę samą grę za mniejsze pieniądze.

Dobre narzędzia, inwestowanie w optymalizacje, rozwinięta technologia i wiele innych "drobnych" szczegółów pozwala tworzyć gry szybko i tanio. Ponadto Crytek przy tworzeniu gier stara się zatrudniać odpowiednią ilość pracowników, którzy nie mieli wcześniej styczności z tworzeniem gier. Dzięki temu nie są oni "ograniczeni" sposobem myślenia twórców doświadczonych, przez co mają pomysły, na które nie wpadają doświadczeni programiści - takie pomysły dają niesamowite efekty, co widać było w mojej ulubionej grze - Crysis z 2007 roku.

Narzędzie do bardzo obrazowego tworzenia zadań w grze, posiada CD PROJEKT. Gry RPG tworzy się inaczej, niż "strzelanki", jednak optymalizację procesów w CD PROJEKT widać bardzo wyraźnie. Niestety filmik prezentujący to narzędzie był dołączony do gry, więc nie mogę go umieścić. Jeśli firma "oddycha" optymalizując koszty, to może wydać więcej pieniędzy na poprawianie jakości. Dzięki temu powstają najlepsze produkty. Obrazowo widać to w branży gier, jednak jest tak w każdej branży.

Badanie procesów technologicznych jest bardzo trudne i czasochłonne, ale jeśli przyłożycie się do analizy, to zainwestowane pieniądze będą dla Was pracować bardzo długo.

czwartek, 15 marca 2012

Fisher a metody detektywistyczne

Philip Fisher to jeden z czterech mentorów, którzy w znaczny sposób przyczynili się do opracowania przez Warrena Buffetta tak doskonałej strategii. Szczegółowe informacje o Fisherze znajdziecie na tej stronie internetowej.

Metody Fishera pozwalają kupić akcje tak doskonałe, że nigdy nie będzie opłacało się Wam sprzedać tych akcji. Metoda jest bardzo złożona i pracochłonna. Oprócz szczegółowych badań raportów, rachunków zysków i strat, Fisher badał o wiele więcej. Dzwonił do dostawców, sprawdzał informacje płynące ze spółki, kiedy dzieje się źle, rozmawiał z klientami. Ciekawy może wydać się fakt, że na temat wspaniałych firm, Fisher szukał informacji... u konkurencji. Zauważył, że konkurenci mają na temat poszczególnych firm wiele do powiedzenia:-)

Philip Fisher twierdził, że na sukces sprzedaży składa się nie tylko jakość samych produktów, ale ścisła kontrola sprzedaży oraz kosztów - od pierwszego, do ostatniego etapu. Tylko takie firmy go interesowały.

Akcje Motoroli zostały kupione przez Fishera ponad 50 lat temu, jednak dzisiaj również możemy sporo nauczyć się od tego cichego introwertyka - Fisher udzielał niewielu wywiadów. Stosowanie metod Fishera jest dzisiaj o wiele prostsze, niż w roku 1958. Nie wiesz jaka jest średnia rentowność w branży? bankier.pl Ci pomoże. Nie wiesz, czy zarząd wypowiada się treściwie i jest uczciwy? CNBC pomoże Ci sprawdzić, jak prezes, ale i konkurencja sprzedają swoje produkty. Chcesz wiedzieć, czy produkty firmy są wartościowe i uznane? Nie musisz chodzić od sklepów - branżowe fora to kopalnia wiedzy.

Szczerze przyznam, że bardzo trafia do mnie filozofia Fishera. Mam nadzieję, że kiedyś znajdę firmę spełniającą wszystkie kryteria Fishera. pozwoliłoby to mi zarabiać bez obaw o bankructwo danej firmy. W tym czasie mógłbym zająć się innymi sposobami na osiągnięcie wolności finansowej. Już niedługo napiszę o książce Philipa Fishera, z której dowiemy się dokładnie, na co zwracać uwagę przy szukaniu wspaniałej firmy. Zastanowimy się również, jak technologia pozwala nam przyśpieszyć proces selekcji spółek.

poniedziałek, 12 marca 2012

Za mała dla nas Polska

Przeczesując ostatnio spółki z głównego parkietu zauważyłem, że zdecydowaną większość spółek już kiedyś pokrótce analizowałem. Tak więc na naszej rodzimej giełdzie jest po prostu... mało spółek. O ile na NewConnect dużo jest mniejszych spółek, jednak nie każdy potrafi inwestować w tak małe podmioty, jak te notowane na NewConnect.

Więc może dobrym posunięciem byłoby przenieść swoją karierę w Wielki Świat? Dzisiejsze systemy bankowe przecież pozwalają dokonywać transakcji z dalekich krajów - połowa zleceń na GPW jest wysyłana... z Wielkiej Brytanii. Giełd jest naprawdę sporo, więc możemy wybierać spośród tysięcy spółek - nie wszytko jest jednak maksymalnie uproszczone.

Po pierwsze istnieje bariera językowa. Spółki publikują swoje raporty w różnych językach, aby dotrzeć do jak największej liczby inwestorów. W związku z tym nie trzeba uczyć się języków lokalnych, jednak znajomość angielskiego, czy niemieckiego wydaje się konieczna. Raport trzeba czytać zawsze, chociażbyśmy kupowali spółkę z Nowego Yorku, musimy poznać ją tak dobrze, jak staramy się poznać spółki rodzime. Osobiście znam w miarę dobrze angielski, chociaż listy Warrena Buffetta musiałem czytać z otwartym słownikiem - co kilka wersów pojawiało się słowo, którego nie rozumiałem - wspaniała szkoła nauki języka. Moje umiejętności z zakresu posługiwania się językiem niemieckim wolę przemilczeć. Zginąłbym marną śmiercią na giełdzie w Berlinie.

Oprócz bariery językowej istnieje też bariera walutowa. Oczywiste jest, że nie kupimy akcji Apple'a, czy Coca-Coli za złotówki. Dodatkowe ryzyko stwarzają wahania kursów, które w tym przypadku nie są niczym dobrym. Już wyjaśniam dlaczego. Wykres pary walutowej EURO/ZŁOTY Chyba większość czytelników zauważyła, że szczyt ceny przypada mniej więcej na dołek giełdowej bessy. Ze strachu o globalną gospodarkę, spada zaufanie do rynków wschodzących, a takim krajem niewątpliwie jest Polska. Tak więc kiedy akcje za granicą są tanie, mamy drogie Euro i na odwrót. Tak więc zyski z kupna tanich akcji w kryzysie, topnieją u szczytów hossy, kiedy złoty bardzo się umacnia. Tak więc akcje trzeba sprzedać jeszcze przed bessą, czasami sporo wcześniej. Pieniędzy zarobionych na akcjach nie można też od razu wymienić na złotówki, gdyż zostaniemy pokrzywdzeni przez niski kurs Euro. Trzeba więc pomyśleć o zagranicznych lokatach, trzeba też zbadać rynek walutowy, a to wszystko zajmuje mnóstwo czasu i komplikuje inwestycje.

Jeśli czytający ten post inwestor posiada wystarczającą wiedzę, może spróbować swoich sił na rynkach zagranicznych - inwestowanie w wartość działa i będzie działać na każdym rynku, bez względu na język, kapitalizację, czy walutę.

Sam jednak poczekam jeszcze. Czeka nas prawdopodobnie bessa przed wprowadzeniem Euro, bo nie wierzę, żeby hossa utrzymała się bez większych korekt do planowanego przyjęcia Euro(wątpię w perspektywy roku 2015-2016). Wtedy będziemy mogli grać na wielu innych giełdach, bo waluta będzie ta sama. Na wszystko przyjdzie czas i nie ma sensu się śpieszyć z podbojem świata.

niedziela, 11 marca 2012

Jakość bloga, a ilość wpisów

Postanowiłem, że będę od jutra publikował posty rzadziej. Od początku starałem się pisać jeden post na dwa dni i udawało mi się to. Niestety w natłoku zajęć jestem zmuszony publikować mniej postów. Teraz jeden na trzy dni. Czujni czytelnicy zauważyli, że poziom bloga spadł - jest to na pewno spowodowanie mniejszą ilością czasu, jaki poświęcam na pisanie. Stawiam na jakość, dlatego nie mogę stawiać jednocześnie na ilość. Obniży to nieco czytelność bloga, ale przecież nie o to tutaj przede wszystkim chodzi. Dobre wnioski z dyskusji z moimi czytelnikami i Wasz szacunek, są dla mnie ważniejsze. Cały czas czekam na Wasze opinie, które już nie raz pozwoliły mi obrać właściwy kurs w kreowaniu wartości tego bloga. Następny wpis jutro.

sobota, 10 marca 2012

Perspektywy rozwoju, a bezduszne liczby

Wyceniając firmy metodą DCF musimy założyć przyszłe zyski. Na początku mojej kariery, nie było łatwo mi określić ram oprocentowania. Po prostu po omacku podstawiałem do wzoru różne liczby z zakresu od 5 do 17%. Miałem widełki, jednak były one dość szerokie.

Na portalu finansowym ktoś umieścił link do klipu, w którym obliczam wartość Cormay. Inny czytelnik zarzucił mi, że nie mam pewności, co do liczb, ale na nich opieram swoje wyliczenia. No dobrze, jest to błąd, ale w takim razie jakie są te prawidłowe liczby? Co mówi złota kula? Czy mamy jakąkolwiek pewność, że pewne dane są dobre, lub nie? Buffett mówi, że lepiej z grubsza mieć rację, niż całkowicie się mylić - rozumie on, że przyszłe przepływy są niepewne, dlatego trzeba przyjąć założenia "mniej więcej". Odpowiednia marża bezpieczeństwa gwarantuje, że w przypadku mniejszego błędu, nie poniesiemy dużych konsekwencji.

Dobrze byłoby jednak wiedzieć jak najdokładniej, jaka jest wartość firmy. Tak więc musimy znaleźć czynniki, które pozwolą na określenie, jaki przyrost zysków będziemy mieć w przyszłości. O ile w podmiotach stabilnych, takich jak np. Śnieżka możemy odrzucić wiele możliwości - od 2004 roku śnieżka miała średnioroczny wzrost zysków na poziomie 8,61%. Do tego nie zmieniała znacząco swojej struktury sprzedaży. Można więc wywnioskować, że spółka może się dalej rozwijać z dynamiką poniżej 8%, bo przecież Śnieżka jest teraz większym podmiotem, więc podwyższanie sprzedaży w takim tempie jest mniej prawdopodobne. Tak więc nie popełnimy w przypadku Śnieżki błędu, bo będziemy wiedzieć, że Śnieżka nie jest w stanie rozwijać się 10% rocznie. Tak więc Pozostaje nam tylko określić widełki przy dynamice około 3-7% - różnica nie będzie znacząca. Będziemy wtedy mieć z grubsza rację - analiza Śnieżki po publikacji raportu za 2011 rok.

Co w przypadku, kiedy nie mamy historii miarodajnych wyników finansowych? Branża technologiczna często wykazuje takie skokowe zyski. Cormay, czy CD PROJEKT nie mają długiej historii wspaniałych zysków, więc nie możemy założyć, jak dokładnie będzie się spółka rozwijać. Musimy więc zwrócić uwagę na pewne aspekty, które chociaż odrobinę pomogą zmniejszyć widełki.

Przyglądając się spółce IBM, zastanawiałem się, jakim cudem ta spółka może w przyszłości zwiększać swoje zyski. Byłem zszokowany, że tak wielki słoń, może coraz bardziej zdobywać rynek. Odstawiłem ten problem "na potem". Dopiero pewien teleturniej oświecił mnie w tej kwestii. Poniżej filmik, który zmienił moje postrzeganie IBM-u:

Dla niezorientowanych: Watson to superkomputer firmy IBM, który rozumie ludzką mowę i potrafi znaleźć odpowiedź na pytanie w ciągu ułamków sekund. Na początku inni uczestnicy nie mieli z nim szans.

Do czego zmierzam? Watson to dowód na to, że IBM przeznacza ogromne środki na badania rozwojowe. Dzięki badaniom, IBM ma trwałą przewagę konkurencyjną nad innymi firmami, które usiłują wygryźć rynek. IBM nie upadnie, bo żadna firma nie jest w stanie budować takich urządzeń. Watson to tylko wizytówka - superkomputery mogą w znaczny sposób przyczynić się do rozwoju całej gospodarki. Również dlatego Chiny wybiły się bardzo w rozwoju gospodarczym. Chińczycy przeznaczają ogromne pieniądze na budowy superkomputerów.

Tak więc tylko firmy, które przeznaczają ogromne pieniądze na rozwój, mogą uzyskać wysokie, kilkunastoprocentowe dynamiki zysków. Trwała przewaga konkurencyjna pozwoli takiej firmie również rozwijać się w drugiej fazie rozwoju. Dlatego przy obliczaniu wartości Cormay i CD PROJEKT, uwzględniłem, że firmy te będą w drugiej fazie rozwoju zwiększać zyski. Dzięki badaniom, mam większą pewność, że moje obliczenia są "z grubsza racjonalne". Oczywiście taki słoń, jak IBM nie będzie się rozwijał kilkanaście procent rocznie, ale w przypadku polskich firm, nie można wykluczyć takiej ewentualności.

Jeśli firma nie przeznacza żadnych pieniędzy na rozwój, to pewnie pojawi się w końcu konkurencja, która zaoferuje ten sam produkt w lepszej cenie. Wtedy utrzymanie kilkunastoprocentowej dynamiki będzie bardzo trudne - wartość akcji spadnie, a my zostaniemy z akcjami wartymi o wiele mniej. Również na taką ewentualność musimy być przygotowani, dlatego kwestia marży bezpieczeństwa (różnica wartości i ceny) jest tak bardzo ważna dla mnie.

czwartek, 8 marca 2012

ROE - czy na pewno takie wspaniałe?

ROE, czyli zwrot z kapitału własnego jest wykorzystywany do szybkiej selekcji spółek. Sam używam go na samym początku. Wybieram spółki z wysokim ROE i potem badam inne aspekty działalności. Powtarzam często, że raporty trzeba czytać, jeśli chcemy kupić spółkę, jednak nie zawsze jest taka potrzeba - niektóre spółki możemy odrzucić jeszcze przed pobraniem raportu. Możemy i powinniśmy odrzucić niektóre spółki z wysokim ROE. Dlaczego? Bo nie wszystkie zyski powstają w ten sam sposób.

ROE spółki ŻYWIEC:

2005 27,75%
2006 36,63%
2007 53,24%
2008 57,38%
2009 52,52%
2010 67,73%
Wspaniale, prawda? Otóż nie do końca. ROE powyżej 40% nie jest rzeczą normalną zwłaszcza, jeśli występuje w długim okresie. Gdzie więc leży problem i przede wszystkim gdzie szukać lepszej miary wartości tej spółki?

Odpowiedź znajdziecie w poście niżej - tak, wszystkiemu winne jest zadłużenie spółki Żywiec. Tutaj właśnie odkrywamy największą słabość wskaźnika ROE. Oblicza się ten wskaźnik dzieląc zysk netto przez KAPITAŁ WŁASNY. A gdzie kapitały obce? W dwóch innych wskaźnikach: podawanym niżej Kw/A oraz ROA. ROA obliczamy podobnie, jak ROE, jednak w miejsce kapitału własnego wstawiamy ilość aktywów spółki. Dopiero ROA pokazuje, jak naprawdę spółka Żywiec operuje swoim kapitałem.

ROA pokazuje, że spółka dość dobrze wykorzystuje swoje moce produkcyjne, jednak w mojej ocenie szarżuje z zadłużeniem. Zamiast uzdrawiać finanse spółki, pula zobowiązań się wciąż zwiększa. O ile teraz jeszcze nie jest źle, w przypadku bessy, czy kryzysu na rynku kredytów, spółka może mieć poważne kłopoty - będzie musiała sprzedać majątek trwały. Być może sprzeda część kapitału własnego, przez to ROE wzrośnie, ale inwestor, który zbada Kw/A oraz ROA od razu dowie się, co w Żywcu...się pieni.

A co ze spółkami, które polecałem, w szczególności spółkami budowlanymi PBG i Budimex? Rentowność kapitałów własnych jest niska, Kw/A też jest niskie, jednak uważam, że te wartości jeszcze pozwalają zdrowo prowadzić biznes - nie każdy tak uważa, dlatego trzeba szukać dużej marży bezpieczeństwa. W przypadku tych dwóch przedsiębiorstw, marża akurat jest spora, dlatego zdecydowałem się je umieścić na liście spółek polecanych. Dla każdej branży wartości są inne, dlatego porównanie spółki Żywiec z np. Budimexem byłoby nielogiczne.

Jeśli wymienione spółki działają w najgorszych dla branży czasie i osiągają dobre wyniki, to prawdopodobieństwo bankructwa jest w mojej ocenie znikome. Najgorszy czas dla budownictwa, to właśnie rok 2012, więc najbardziej prawdopodobne jest bankructwo w tym roku, a na to się w tych dwóch spółkach nie zanosi.

A jeśli chcemy kupić drugą Coca-Colę, powinniśmy szukać doskonałych wartości wszystkich trzech wskaźników: ROE, ROA oraz Kw/A. Każdy inwestor musi ustalić własne progi tolerancji. Niedoskonałe pod tymi względami spółki mogą okazać się dobrymi inwestycjami, jednak musimy mieć pewność, że kupujemy tanio. Kupowanie za połowę wartości wewnętrznej jest niesamowicie ważne.

wtorek, 6 marca 2012

Kapitał własny w ogólnych aktywach

Rozwój spółki zwłaszcza w początkowej fazie istnienia wymaga zewnętrznego finansowania. W związku z tym spółka musi zaciągać kredyty bankowe, emitować obligacje, akcje itd. Racjonalność zarządzania takimi środkami jest podstawą.

Istnieje jednak granica, po której przekroczeniu, spółka zaczyna mieć kłopoty, bo obsługa zadłużenia ścina z nóg cały biznes. Inwestor wtedy musi decydować o tym, czy trzymanie w portfelu takiej spółki jest racjonalne. Może również odpowiedzieć na to pytanie ZANIM kupi akcje. Jak?

Chciałem zaprezentować bardzo prosty wskaźnik Kw/A. Obliczamy go w równie prosty sposób:

Kw/A=Kapitał własny/aktywa ogółem*100%

Tobiasz Maliński w książce "I Ty możesz zostać Warrenem Buffettem, czyli inwestowanie skoncentrowane na GPW" sugeruje, że inwestuje w spółki, w których Kw/A wynosi minimum 60%. Zaleca jednak samodzielne dostosowanie tego wskaźnika do własnych preferencji. Jako buntownik spróbuję więc sam opracować filozofię interpretacji wskaźnika.

Jestem przeciwnikiem nadmiernego zadłużania i ogólnie odrzucam spółki przesadzające z obcymi pieniędzmi. Co to znaczy "nadmierne zadłużenie"? Jest to taka ilość kredytów, która w znaczący sposób wpływa na działalność spółki uniemożliwiając jej rozwój.

Powyższy wykres przedstawia Kw/A dla polecanej spółki PBG. Wierni czytelnicy bloga mogą sobie pluć w brodę, dlaczego polecam spółkę, która ma tak niskie Kw/A. Otóż PBG to podmiot z wieloletnią historią, ma za sobą wiele ciężkich lat - szczególnie teraz branża budowlana przeżywa kryzys. W takiej właśnie sytuacji, spółka nadmiernie zadłużone mają kłopoty. PBG więc jeśli może mieć kłopoty, to powinno je mieć właśnie teraz.

Tymczasem PBG ostatnio kupiło ostatnie akcje RAFAKO, by poszerzyć swój rynek. Zadłużenie więc nie wpłynęło na ogólną kondycję finansową spółki, chociaż w wywiadach w CNBC widać, że dziennikarze nie do końca wierzą, że działanie PBG idą w dobrym kierunku. Często bowiem pojawiają się pytania o regulowanie należności.

PBG więc działa zdrowo przy niskim Kw/A - nie jest to idealna wartość, jednak obniżka ceny związana jest również z zadłużeniem PBG. Wykorzystałem ten fakt do "złapania" akcji PBG po bardzo atrakcyjnej, w mojej opinii cenie. Skoro PBG przy niskim Kw/A radziło sobie dobrze w latach 2007-2009 i dobrze radzi sobie teraz, to mogę sądzić, że spółka utrzyma się nad powierzchnią w kolejnych latach nawet, jeśli koniunktura nie będzie dobra. Pragnę również zwrócić uwagę,że Kw/A powoli pnie się do góry bez względu na sytuację na szerokim rynku.

Jak więc interpretować Kw/A dla innych spółek? Mamy za sobą poważne lata, więc wiele spółek zadłużonych miało cięższe czasy, Patrzcie na wartości Kw/A i kondycję spółek w latach chudych. Jeśli dana spółka utrzymuje dobrą kondycję w latach ciężkich dla branży, to znaczy, że Kw/A z tamtego okresu jest jeszcze bezpiecznym poziomem. Dobrze jest, jeśli Kw/A systematycznie się zwiększa. Jeśli dzieje się inaczej, to trzeba się zastanowić, czy pieniądze na inwestycje są dobrze przeznaczone. Jeśli spółka nadmiernie się zadłuża u szczytów hossy, by inwestować, to wyraźnie prosi się o kłopoty. O prawdziwej sile przedsiębiorstw świadczą środki pieniężne przeznaczane na inwestycje w latach ciężkich, na przykład teraz.

Dla każdej branży Kw/A jest inne, często trzeba więc się zadłużać, żeby nadążyć za konkurencją. Jeśli jednak spółka ma Kw/A na poziomie powyżej 50%, to znaczy, że jest we względnie dobrej sytuacji kredytowej i ewentualny kryzys nie sprawi tak wielkich problemów, jak w przypadku, gdyby Kw/A wynosiło 10%. Kw/A dobrze jest porównać z innymi przedsiębiorstwami z branży - znalezienie odpowiednich danych to dosłownie kilka sekund. U producentów gier komputerowych w naszym kraju Kw/a powyżej 50% nie jest niczym spektakularnym. W branży chociażby budowlanej jest już inaczej. Sam wskaźnik Kw/A nie ma więc w sobie dużej wartości. Należy badać go w czasach kryzysu i porównywać z innymi spółkami. Z pomocą tego wskaźnika możemy przewidzieć kłopoty, które będą mieć spółki nawet za kilka lat!

niedziela, 4 marca 2012

Literatura dobrego inwestora część piąta

Wielu z Was na pewno zna Alberta Rokickiego. Opublikował On ostatnio E-booka "Inwestuj Longeterm", którego stałem się szczęśliwym posiadaczem. Od pierwszego rozdziału zacząłem sobie uświadamiać, że Albert nie troszczy się o własne zyski ze sprzedaży e-booka, tylko chce dać solidne fundamenty pod budowanie psychicznego nastawienia inwestorów do giełdy. Pierwsze rozdziały książki "Inwestuj Longterm" poświęcone są właśnie naszej mentalności, psychice, słabościom, mocnym stronom, naszym pragnieniom, obawom i szeregowi innych czynników, które wpływają na nasze postrzeganie giełdy. W żadnej książce nie znalazłem tak pełnego wyjaśnienia faktu, że ryzyko w znacznym stopniu skrywa się w naszej głowie, a nie na rynku. Sam nigdy nie przeżyłem giełdowego bankructwa, nie obiecałem sobie jeszcze nigdy ani razu, że więcej na giełdę nie zajrzę. Wydawało mi się, że jest to domena ludzi słabych i chciwych. Historia Alberta pokazuje, że nie tylko przegrana może nas oddalić od giełdy.

Po solidnej dawce psychologii, Albert przystępuje do prezentacji swoich zasad inwestycyjnych: omawia wskaźniki fundamentalne, pokazuje na co zwrócić uwagę przy wyborze spółek, przybliża przykłady z własnej kariery, która trwa już 12 lat. Ma więc On dużo większe kompetencje do dzielenia się swoją wiedzą, niż chociażby Ja:-)

W książce znalazłem też odpowiedź na pytanie: Czy stosować analizę techniczną w inwestycjach w wartość. Nie zdradę odpowiedzi, gdyż zepsułbym Wam radość z czytania tego E-booka. Napiszę tylko, że Albert stał kiedyś przed takim samym dylematem. Jeśli ktoś z Was szuka odpowiedzi na tego typu pytania, znajdzie je na pewno w tym, napisanym prostym językiem E-booku.

Longterm podaje też kilka innych wskaźników, które mogą dać nam pewność, że kupujemy dobrą spółkę w odpowiednim momencie. Sam zainteresowałem się jednym wskaźnikiem i pukałem się w czoło, jakim cudem mogłem wcześniej nie zwrócić uwagę na ten wskaźnik, chociaż nawet w książkach o Warrenie Buffecie, ten wskaźnik się przewijał. Nie był jednak podawany wprost. Udowadnia to tezę, że zarówno książki o Buffecie, jak i książkę Alberta, trzeba czytać wielokrotnie, co jakiś czas.

Na początku zgodzicie się ze wszystkimi tezami Alberta. Kiedy znajdziecie swoją własną drogę, będziecie odrzucać kilka wskaźników, by po kilku latach zrozumieć, że dzięki książce Alberta opracowaliście własną, idealną strategię. Albert daje wybór - szeroki wybór. Dlatego warto zakupić E-booka "Inwestuj Longterm" Alberta Rokickiego.

E-booka możecie zakupić bezpośrednio u autora, wysyłając maila z zapytaniem na adres longterm44@gmail.com - dostaniecie zniżkę na zakup pozycji. Naprawdę warto. Byłem szczerze zaskoczony, że dobrą wiedzę na temat inwestowania można tak bardzo uprościć i tak tanio wycenić:-)

piątek, 2 marca 2012

Gdzie tanio kupić książki

Dla inwestora liczyć się powinna cena. Kupujemy tanie akcje, by zyskać. Nie inaczej jest z książkami, które kupujemy. Niektóre książki są wartościowe, inne nie. Nie chcę jednak pisać o konkretnych tytułach, gdyż takie pozycje umieszczam w specjalnym cyklu wpisów. Wracając do ceny - za książki o inwestowaniu możemy sporo przepłacić, jeśli kupujemy je w nieodpowiednim miejscu. Często wybór najpopularniejszej sieci sklepów z książkami (nie podam nazwy) jest błędem. W internecie można dostać te same pozycje znacznie taniej. Trzeba mieć jednak głowę na karku.

Ostatnio zamawiając książkę Tobiasza tuż przed feriami, chciałem kupić ją możliwie najtaniej. Warto w takiej sytuacji skorzystać z porównywarki cen pod adresem www.ceneo.pl. Jest to olbrzymia baza sklepów i produktów wraz z cenami, dzięki czemu w ciągu mniej, niż minuty możemy znaleźć najtańsze pozycje. Po wpisaniu tytułu, wyświetla się lista sklepów wraz z cenami. Różnica jest znacząca - ta sama książka kosztowała od 37 do 54 złotych. Przy wyborze najtańszego sklepu, zwrócić należy uwagę, czy nie jest to sklep widmo. 4-5 gwiazdek i przynajmniej kilkaset opinii o sklepie daje większą szansę, że trafimy na solidny sklep. Mile widziana jest ikonka parasolki, która sugeruje, że sklep ma wysoką renomę. Poprzez odnośnik skierowałem się do sklepu, zamówiłem książkę. Przyszła szybko - po dwóch dniach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, ze książka przyszła do mnie priorytetem. Zamiast zapłacić 9 złotych za przesyłkę standardową, musiałem zapłacić 15 za priorytet, o który nie prosiłem. 6 złotych nie jest zawrotną sumą, ale zostało mi sprzedane coś, czego nie chciałem. Nie doczytałem w regulaminie, że sklep wysyła książki tylko priorytetem. Teoretycznie to moja wina, ale czy nie lepiej byłoby umieścić pole wyboru sposobu wysyłki?

Nauczony doświadczeniem nie kupię drugi raz książki w tej samej firmie. Wystrzegajcie się takich sklepów, sprawdzajcie. Tacy mali niekompetentni ludzie żerują na tym, że nie będziecie chcieli się bić o małe kwoty.

Polecam jednak z czystym sumieniem porównywarkę www.ceneo.pl. O ile na książkach, oszczędność jest niewielka, o tyle na większych zakupach typu telewizor, czy komputer, możemy zaoszczędzić nawet kilkaset złotych. Nie muszę Wam mówić, że zaoszczędzone pieniądze mogą być lepiej spożytkowane.