niedziela, 30 grudnia 2012

Obietnice czas rozliczyć i złożyć

Wiele zmieniło się przez ostatni rok. Na początku roku zrobiłem sobie listę celów, które zamierzałem zrealizować. Nie znałem wtedy jeszcze metod Briana Tracy, więc odkrywałem coś, co zostało już lepiej odkryte. Bez codziennego planu starałem się przez ponad pół roku realizować cele, jednak dopiero książka Briana Tracy pokazała mi, jak wynaleźć na nowo to, co wynalazł wspomniany autor. A więc co udało mi się zrealizować w tym roku?

Oprócz nauki na bieżąco, rozwiązywać średnio 4 zadania z matematyki dziennie - mniej w tygodniu, więcej w weekendy
To się udało - w wakacje rozwiązywałem dużo zadań, przez co w roku szkolnym miałem odhaczone już tylko te, które mogę nie umieć, nie umiem, lub nie rozumiem. Ułatwiło mi to niesamowicie pracę. W tym roku szkolnym robię jeszcze więcej zadań, więc cichutko liczę na dobry wynik na maturze.
kontynuować naukę programowania i pisania stron - tutaj już w miarę możliwości, bez większych regulacji - w tym roku opanowałem HTML, CSS, trochę PHP i C++ - chciałbym nauczyć się zwłaszcza c++ i HTML w wersji 5.0;
Tutaj udało się wszystko, ale w małym stopniu. Tylko pod koniec roku szkolnego i w wakacje klepałem kod, przeglądałem popularne strony, zaglądałem na fora rozpracowując skrypty. Trochę szkoda, że nie znajdę czasu na to do matury, bo pewnie sporo z tego zapomnę.
w wakacje wziąć się ostro za przygotowania do matury - chcę zdawać: polski - podstawa i rozszerzenie, jednak na drugą opcją jeszcze się waham; matematyka - podstawa i rozszerzenie - będzie trudno, ale to absolutny priorytet zwłaszcza, że ostatnio nie idzie mi rewelacyjnie; angielski - podstawa i rozszerzenie - tutaj problemów będzie mniej, ale to nie oznacza, że nie trzeba się przygotować; fizyka - nie wiem jaki poziom - decyzję podejmę po wakacjach
Decyzje podjąłem: polski podstawa - jestem w klasie matematycznej, więc mam jedynie podstawowy polski. Do rekrutacji na wymarzone studia wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom przyda się fizyka rozszerzona, więc jako jedna z bodajże czterech osób (w klasie mat-inf:-) zdaję właśnie fizykę. Nie jest łatwo. Matematyka: podstawa i rozszerzenie - to mój priorytet, który ma największy wpływ na moją przyszłość. Poświęciłem więc najwięcej czasu i jestem zadowolony. Chociaż nadal uczę się najwięcej z tego właśnie przedmiotu. Angielski: podstawa i rozszerzenie. Zapisałem się na kurs maturalny, jednak już go ukończyłem. Nauczyłem się sporo, a resztę materiału jestem w stanie nauczyć się sam, lub już go opanowałem. Przyznam jednak, że sądziłem, że umiem więcej. Zwłaszcza ćwiczenia ze słowotwórstwa dały mi w kość. Fizyka: rozszerzenie - cholernie się boję i nauka z tego właśnie przedmiotu idzie mi najgorzej. Staram się, jak mogę, ale jest ciężko.

zdać na prawo jazdy - umiem już jeździć, jednak nie oznacza to, że sprawdzę się na drogach publicznych:-)
Zdałem za pierwszym razem, mam za sobą jakieś 5-6 tysięcy kilometrów, nie miałem wypadku, nie dostałem żadnego mandatu - jestem zadowolony.

Co się nie udało? Za co należy mi się moralny kopniak?
spróbować z pomocą komercyjnego programu z ulubionego czasopisma nauczyć się czytać trochę szybciej. Próby podejmowałem w tym roku, jednak oczywiście skończyło się na tym, że natłok sprawdzianów wybił mnie z rytmu - 10 minut dziennie.
Tutaj miałem rację - poddałem się dochodząc do wniosku, że TYLKO z pomocą programu się nie da - muszę iść na kurs. Nie wiem, czy znajdę czas i możliwości na ukończenie takiego kursu, bo mieszkam daleko od miejsca, gdzie takie kursy się prowadzi.
przygotować się do matury rozszerzonej z fizyki - średnio 15 minut dziennie oprócz nauki na bieżąco - więcej w weekendy podobnie, jak w przypadku matematyki.Plan teoretycznie wykonany, ale efekty nie są powalające. Mam po prostu mniejszą wydajność nauki z tego przedmiotu.

A co w tym roku? Nie wiem, co będzie we wrześniu, więc ułożyłem sobie tylko te cele, na które mam wpływ i które mogę zrealizować przez wrześniem właśnie. Pozwolicie jednak, że zaszyfruje je - chcę niwelować barierę między mną, a czytelnikami, ale nie do tego stopnia, żebyście znali wszystkie moje plany i marzenia. Oto cele:
- matura, matura, matura - zdać jak najlepiej, ucząc się jak najwięcej,
- cel związany ze zdrowiem - mam zapisane szczegóły,
- zrealizować pewien projekt - siedzi w mojej głowie od dawna, a po maturze znajdę na niego czas,
- przyśpieszyć metody nauki - ukończyć kurs szybkiego czytania i samodzielnie ulepszyć metody nauki,
- dalej prowadzić bloga - jeden post na 5-7 dni, bo doceniłem koncentrację i czas zarówno mój, jak i moich czytelników.
- cel związany z efektywnością mojego działania,
- cel związany z relacjami międzyludzkimi,
- być na bieżąco z posiadaną spółką i zbadać dwie kolejne,
- cel związany z oszczędzaniem - konkretne liczby zostawię dla siebie,
- cel związany z osobowością,
- mały cel, który wyrobi we mnie konkretny typ dyscypliny,
- cel związany ze zdobywaniem wiedzy,
- przeczytać książki z zakresu inwestowania. Niedługo ich listę umieszczę na blogu, żebyście mogli realizować ten cel razem ze mną.

To już wszystkie cele - jest ich dużo, ale dzięki planowaniu każdego dnia, będę lepiej go realizował. Na blogu tak, jak wspominałem: post raz na 5-7 dni, dwie analizy spółek, dużo książek do czytania, nowe wnioski na temat spółek, branż, inwestowania w ogóle.

środa, 26 grudnia 2012

"Dobrobyt bierze się w pracy, a nie z dotacji"

Oglądając jeden z wywiadów z konserwatywnym liberałem z Nowej Prawicy (tak, prawdopodobnie domyślacie się o kim mowa:-) Rzucił mi się w ucho ważny cytat, który podałem w tytule wpisu. Polityk ten zauważył, że różnego typu dotacje rozleniwiają, więc Ci, którzy dostają wsparcie, stają się kimś, kogo ja bym nazwał "dotacyjnym ćpunem". Na pewno psycholodzy, którzy czytają tego bloga mogą na podstawie konkretnych wyników badań potwierdzić, że możliwość uzyskania dotacji może uśpić czujność firm, które dzisiaj zbijają majątki, bo ich produkty są współfinansowane przez UE.

Szczególnie zależne od unijnych dotacji są firmy produkujące kolektory słoneczne. Ich sprzedaż wzrosła, więc takie firmy muszą się rozwijać, budować nowe linie produkcyjne, by zostać w tej bardzo dynamicznej gałęzi rynku. Co jednak się stanie, gdy dotacji zabraknie? Budżet UE jest wciąż tematem ogromnych sporów, więc trudno nie oczekiwać cięć niemal w każdej gałęzi gospodarki.

Przy okazji analizy branży energetycznej uświadomiłem sobie, że źródło przychodu jest bardzo ważne. Stare mądre przysłowie mówi, że lepiej mieć dużo małych odbiorców, niż jednego dużego. Podobnie jest z przychodami: lepiej jest, jeśli przychody w danej branży są spowodowane inwestycjami kapitałem własnym, niż dotacjami. Zakręcenie kurka z pieniędzmi może mieć w takim przypadku katastrofalne skutki.

Szukając więc firmy, która za 10 lat będzie 10 razy większa warto zastanowić się, czy spółka szuka również innych źródeł przychodu, by sfinansować swój rozwój w przypadku kryzysu, lub zachować marżę i zyski w przypadku braku dalszych perspektyw.

Genialny inwestor Philip Fisher zauważył pewien paradoks już w czasach, kiedy ludzie nie mieli pojęcia o kolektorach słonecznych. Tłumaczył on, że nie warto ekscytować się krociowymi zyskami firm, które mają niską marżę, ponieważ takie firmy są pierwsze w kolejce do bankructwa, gdy rynek się załamie. Jeśli więc szukacie firmy sprzedającej zieloną energię, szukajcie przychodów i ich struktury. Jeśli dotacje są znaczną częścią przychodu, warto pobawić się z twórce Science-Fiction i zrobić symulację tego, co może się stać, gdy dotacje się skończą. Podobnie można i należy zrobić w każdej branży, gdzie przychody mają zaledwie kilka dużych źródeł. Na razie sytuacja ta mnie nie dotyczy, ponieważ posiadam CDR, który obecny jest na wielu rynkach na kilku kontynentach. Gier nie kupuje się raczej za dotacje, ale sprzęt komputerowy już tak. Dobrą wiadomością jest jednak to, że sprzęt z dotacji nie jest używany do gier, więc nie należy spodziewać się załamania rynku z powodu braku dotacji:-)

czwartek, 20 grudnia 2012

Planowanie w inwestycjach

W poście niżej opisałem, jak wiele można osiągnąć mając spisany plan działania na następny dzień, tydzień, rok. Brian Tracy zna kilka języków, a dzięki swoim metodom wspiął się na sam szczyt kariery zawodowej. Stereotyp piszącego plan człowieka sukcesu nie wziął się znikąd - to ogromna szansa dla każdego, kto zrobi pierwszy krok, by się zdyscyplinować. Odniesienie sukcesu w inwestowaniu również można zaplanować. Wystarczy ułożyć plan kształcenia na najbliższy rok. Mój problem polega na tym, że... nie mam takiego planu. Matura wymusiła na mnie skoncentrowanie się na tym najważniejszym zadaniu, a inwestowanie poszło w las. Niezawodny komentator AN wspominał kiedyś, że oprócz przedmiotów maturalnych, powinienem sobie wyobrazić, że mam dodatkowy przedmiot "analiza finansowa". Dziękuje AN za Twoje komentarze kimkolwiek jesteś.

Do planu na obecny tydzień dopisałem zadanie: spisać listę książek o inwestowaniu, które przeczytam w przerwie między maturą, a studiami (na które się wybieram). Dobrym pomysłem będzie spisanie tej listy na blogu, a następnie recenzja każdej przeczytanej książki. Będziecie w ten sposób mogli sprawdzić, czy robię was w "bambuko", czy rzeczywiście robię to, o czym Wam piszę.

Bessa nadejdzie za kilka lat, więc warto mieć plan, co chcemy do bessy osiągnąć. Ja chcę poznać nową branżę, wybrać najlepszą spółkę, dokształcić się w analizie fundamentalnej i "naładować broń" na spółki, które w najbliższej bessie prawdopodobnie staną się atrakcyjnymi walorami. Jeśli macie plan, planujecie swój dzień, tydzień, cykl kształcenia - podzielcie się tym. Każda wskazówka może okazać się skuteczna. Zobaczcie, jak wiele osiągnąłem w jednym tygodniu. A zaręczam Wam - jestem strasznie leniwy:-)

niedziela, 16 grudnia 2012

Planowanie i jego wpływ na nasze życie

Dzisiaj lekki off-topic, który jednak w mojej ocenie może mieć znaczny wpływ na inwestycyjną karierę moich czytelników, jeśli chcą oni spojrzeć na inwestowanie w nieco szerszym kontekście. Niedawno polecałem książkę Briana Tracy "Zjedz tę żabę" jako doskonały sposób na podniesienie wydajności. Polecanie polecaniem, ale jak wskazane rady wprowadziłem do swojego życia?

Brian zaleca, żeby wypisać 10 celów, które chcemy osiągnąć w ciągu najbliższego roku. Zaleca, by pisać w czasie teraźniejszym, co pozytywnie wpłynie na naszą podświadomość, która zacznie pracować nad realizacją planu. Tak więc ułożyłem sobie listę kilkunastu celów do zrealizowania do matury - czynniki zewnętrzne za bardzo zniekształciłyby plan, w zależności od tego, gdzie będę np. we wrześniu następnego roku. Tak więc wypisałem sobie cele dotyczące matury, relacji z bliskimi osobami, zarządzaniem pieniędzmi, zdobywaniem ogólnej wiedzy, zdrowym odżywianiem, czy np. doskonaleniu się w ekonomicznej jeździe samochodem. Pełna lista jest moją prywatną sprawą, ale plan tygodniowy, który jest już zrealizowany, mogę Wam przedstawić, abyście mogli prześledzić, jak planowanie tygodnia może podnieść naszą wydajność. Co sobie założyłem w jednym z październikowych tygodni?

A1 - nauczyć się na sprawdzian z matmy - 6 kawałków (czym są kawałki wyjaśnię później),
A2! - nauczyć się na sprawdzian z biologii - 3 bity,
A3! - Przygotować się na sprawdzian z polskiego - 2 bity,
B1 - Rozwiązać ćwiczenia ze słowotwórstwa - 3 bity,
B2 - Powtórzyć dział fizyki: dynamikę - 4 bity,
B3 - Powtórzyć z polskiego jedną lekturę i dzieła dwóch poetów - 1 bit,
B4 - Nauczyć się słówek z działu "dom" - 2 bity,
B5 - Rozwiązać i sprawdzić jeden arkusz maturalny z polskiego - 2 bity,
C1 - Doczytać zaległą książkę o inwestowaniu - 1 bit,
C2 - Napisać posty - 3 bity,
C3! - Obejrzeć dwa wywiady - 1 bit,
C4 - Porządki - 1 bit,
C5 - Przeczytać artykuły z czasopisma - 1 bit,
C6 - Pół godziny pracy nad małym projektem - 1 bit,
C7 - Porozmawiać ze starym znajomym -1 bit,

Teraz wyjaśnię pojęcia: bit to jednorazowe podejście do danego zajęcia, np. godzina robienia zadań z matmy, napisanie jednego posta, albo nauczenie się trzeciej części działu z biologii. Podzieliłem zadania na bity, bo przecież bezsensowne jest uczenie się "za jednym zamachem" na biologię, albo robienie zadań z matematyki przez cały dzień - to mija się z celem. Oznaczenia literowe (A1, B2 itd.) sugerują, jak niecierpiące zwłoki są dane zadania. Oblany sprawdzian z matmy jest gorszy, niż brudny pokój, a brudny pokój jest gorszy od nieprzeczytanego czasopisma. Wykrzyknikami oznaczyłem te zadania, które muszę wykonać przez zakończeniem tygodnia (sprawdzian z biologii mam w piątek, a wywiad obejrzę w czwartek, albo nigdy). Bardzo pomocne będzie teraz przyjrzenie się, jak radziłem sobie przez tydzień z moimi zadaniami.

PONIEDZIAŁEK

Wynikłe zadania, które muszą być wykonane na wtorek zrobiłem najpierw, a potem zdążyłem tylko przez godzinę rozwiązywać zadania z matmy. Wiedziałem, że nie zrobię więcej.

WTOREK

Sporo nauki na środę, jednak zdążyłem znowu robić przez godzinę zadania z matmy i nauczyć się trzeciej części zadanego materiału z biologii. Udało się też z polskiego opanować połowę materiału.

ŚRODA

Oprócz spraw bieżących nauczyłem się drugiej z trzech części z biologii i zakończyłem naukę z polskiego na sprawdzian.

CZWARTEK

Miałem 5 lekcji, więc udało mi się opanować znowu trochę funkcji liniowej, nauczyć ostatniej części materiału z biologii i do tego kawałków słowotwórstwa. Obejrzałem wywiad.

PIĄTEK

Nigdy nie chce mi się nic robić w piątek, jednak wcześniej napisany plan zmusił mnie do godzinnego rozwiązywanie zadań z matmy, zrobienia części słowotwórstwa i zaczęcia powtórzeń z fizyki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nauczyłem się tak dużo w piątek.

SOBOTA

Budzik ustawiony na 8:30 zmusił mnie do wstania, a fakt, że jestem dopiero przy zadaniach b2 zmusił mnie do zrobienia znacznie więcej. Poświęciłem dwie ostatnie godziny na rozwiązywanie zadań z matmy: miałem więc za sobą matmę, polski i biologię. Musiałem też zrobić dwie części zadań z fizyki, a potem zabrałem się za powtórkę lektur z polskiego. Tutaj miałem odejście od normy, bo nie chciało mi się wkuwać słowotwórstwa. Zrobiłem je dopiero wieczorem. Wieczorem też zabrałem się za słówka. Położyłem się spać w brudnym pokoju i z niedokończonymi zadaniami z fizyki, jedną partią słówek, nierozwiązanym arkuszem i świadomością, że z zadań C wykonałem tylko jedno.

NIEDZIELA.

Wstałem o 9:00 i od razu dokończyłem fizykę - zadania B były więc wykonane, kiedy nauczyłem się słówek. Potem zabrałem się za arkusz z polskiego, doczytałem książkę, napisałem posty, posprzątałem (tak, wiem - niedziela nie jest najlepszym dniem do sprzątania). Najnormalniej w świecie nie chciało mi się robić całej reszty. Trzy ostatnie zadania zostały niewykonane.

Czy coś się stało, bo nie przeczytałem artykułu, nie posunąłem mojego projektu do przodu i nie porozmawiałem ze znajomym? Nie, nic złego się nie stało. Gorzej byłoby, gdyby np. nie powtórzył działu z fizyki - tego bałem się najbardziej. Dlaczego opisałem akurat ten tydzień? Bo był najlepszy - zrobiłem najwięcej.

Co by było, gdybym nie opracował planu? Założę się, że fizyka i słowotwórstwo poszłyby na wagary, a książka byłaby przeczytana już we wtorek. Bez planu mam niesamowicie destrukcyjne skłonności do robienia sobie przyjemności z czytania artykułów, zamiast zabrać się do fizyki. Nikt mnie nie goni, więc może później to zrobię... a może jeszcze później...

Cały ten misterny plan opisywałem tylko po to, żeby pochwalić się, jak dużo zrobiłem w jeden tydzień. Bez planu działania nigdy bym nie zrobił tylu pożytecznych rzeczy. Nie są to puste słowa, ponieważ dwie z trzech osób, którym poleciłem książkę zauważyły, że książka podniosła ich wydajność. Ma to niesamowite znaczenie, gdy chcemy wiele osiągnąć. Po co to wszystko? Okazuje się, że planować można również inwestycyjne poczynania. Napiszę o tym w następnym poście.

czwartek, 13 grudnia 2012

Przyszłość energii w bardzo szerokim kontekście

Przyznam, że rzadko spotykam się z tak racjonalnymi prognozami, jak te, które przeczytałem w raporcie Exxon-Mobil (no dobra, przeczytałem tylko artykuł pod linkiem:-). Szczególnie zdziwił mnie prosty wniosek, na który sam nie wpadłem, chociaż zainteresowany jestem zarówno motoryzacją, jak i energetyką. Zaciekawiła mnie prognoza, jakoby samochody elektryczne, lub hybrydowe miały opanować niemal wszystkie rynki. Przewróciłoby to do góry nogami każde przewidywania. Warto też zauważyć, że konwencjonalne źródła energii mogą być nadal kluczowe za 30 lat. Jeśli okaże się to prawdą, oznacza to, że od firmy, która inwestuje w energie, powinniśmy oczekiwać otwartości na nowe trendy, ale przywiązania do opłacalności. Chociaż Unia i ogólnie opinia publiczna wspiera zielone źródła energii, warto zauważyć, że tego typu opinie mogą nie przetrwać wojny z olbrzymi kosztami wspomnianych "zielonych technologii".

Warto więc interesować się źródłami odnawialnymi, ale przekreślanie całej reszty może okazać się błędem. Dobrze, że przeczytałem kilka tego typu artykułów, bo powoli zaczynał się ze mnie robić fanatyk zielonej energii - nie o to tutaj chodzi. Tam, gdzie będą niższe koszty, tam pójdą pieniądze na inwestycje. Jest to związane również z mentalnością ludzką. Chociaż sam nie jestem zwolennikiem teorii o globalnym ociepleniu spowodowanym działalnością człowieka, to jednak twierdzę, że w przypadku wzrostu cen ze źródeł odnawialnych, ludzie niechętnie będą z niej korzystać. Jeśli nie doczekamy się jakiejś przełomowej technologii, może się okazać, że światło, czy wiatr będą nadal odgrywać marginalną rolę w światowej produkcji energii.

Prognozy prognozami, ale nasze olbrzymie zyski, których szukamy są w większej mierze oparte o konkretne działania firmy, a nie uwarunkowania branżowe. Chociaż szukam zdolnego zarządu, lubię zaglądać mu przez ramię, w związku z czym uważam, że warto mieć gruntowną wiedzę na temat branży, w którą inwestujemy. Może się przecież okazać, że dwie podobne firmy będą mieć zasadniczą różnice - jedna porzuci energie nieodnawialne na rzecz "pieśni wiatru i słońca", a druga będzie dywersyfikować swoje źródła dochodów, przez co będzie bardziej bezpieczna. Czekam na Wasze spostrzeżenia na temat przyszłości energii. A może macie jakieś konkretne przykłady firm, które wyróżniają się w produkcji energii jakiegokolwiek typu?

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Walka na prawdziwie wysokim poziomie

Sporo dzieje się na rynku urządzeń mobilnych. Nokia i Google biorą się poważnie za APPLE'a. Chyba już nikt nie wątpi w to, że jeśli ktoś chce sprzedać dużo urządzeń, czy samochodów, musi być obecny nie tylko na rynku amerykańskim, ale również chińskim. Autorzy mocno przesadzają, pisząc nagłówki w iście "Wp-owskim stylu", ale jednak fakt walki o rynek smartphone'ów jest bardzo rozkręcony. Sam muszę przyznać, że coraz bardziej skłaniam się ku "zainwestowaniu czasu" w naukę programowania na urządzenia mobilne, bo przecież wiecie pewnie, w jakim kierunku zamierzam iść po maturze. Chociaż APPLE ustępuje pola (być może tylko chwilowo), posiada silną markę poza Chinami, więc na pewno walka o prym na tym rynku będzie bardzo długa zwłaszcza dlatego, że amerykański gigant siedzi na pieniądzach, więc bajki o bogatych Chinach i biednej Ameryce można schować między bajki.

Nie bez znaczenia zostaje też premiera Windows 8. Chociaż nie kupuję nigdy systemu-eksperymentu, które Microsoft wypuszcza naprzemiennie z dopracowanymi systemami, to muszę przyznać, że WIN 8 to spora zmiana i poważny głos Microsoftu w batalii. Chociaż nowe okienka sprzedają się raczej słabo, nie należy się temu dziwić - zawsze eksperymentalne systemy (2000, Vista i teraz właśnie "ósemka") mają przygotować grunt pod nadejście nowego systemu, który sprzeda się dobrze. Może być ciekawie, bowiem Microsoft prawdopodobnie skończy z marką Windows - jego miejsce ma zastąpić Midori, który według moich spekulacji może być systemem jeszcze bardziej multiplatformowym, niż WIN8.

Na zakupy żadnej z wymienionych firm jeszcze się nie wybieram - szukam na razie okazji na polskim rynku - ale warto śledzić poczynania tych firm, bo być może za jakiś czas okaże się, że robię teraz błąd, nie kupując akcji tych gigantów.

Nadal mam bardzo mało czasu, więc zaglądam na bloga sporadycznie. O to, żebyście nie nudzili zadbałem wcześniej.

piątek, 7 grudnia 2012

Inwestowanie a sentymenty

Bardzo aktywny komentator mojego bloga podpisujący się nickiem AN stwierdził, że kupił kilka lat temu mały pakiet akcji APPLE'a. Zarobił na nim ponad 700% i dzisiaj żałuje, że "nie sprzedał wszystkiego łącznie z krzesłem, na którym siedzi", by zainwestować więcej w tę wspaniałą (w jego ocenie spółkę). Wpis ten nie ma na celu roztrząsania tematu wspaniałości APPLE'a - moją uwagę przykuło stwierdzenie AN'a, że w inwestowaniu nie ma miejsca na sentymenty. Od razu odrzuciła mnie ta myśl, jednak zapisując ciekawe koncepty inwestycyjne, wróciłem do tego cytatu i zauważyłem, że sprawa wymaga głębszego omówienia.

Nie lubię firmy APPLE. Nie lubię, jak się traktuje klientów tej firmy, wciska się im po raz kolejny "odgrzewany kotlet w nowej panierce" i patentuje zaokrąglone krawędzie telefonów. Jest to zjawisko, które nazwałbym "fanatyzmem inwestycyjnym". Nawet znając fakt, że APPLE przyniósł krociowe zyski i ma bardzo silną pozycję, nie kupiłbym dzisiaj tej firmy - piszę to bez czytania raportów rocznych, bo i tak mój fanatyzm nie pozwoliłby mi kupić akcji spółki, której nie lubię - obojętnie jaka by nie była pod względem fundamentalnym. Już wyjaśniam dlaczego

Czytając raporty SYNTHOS'u odrzucały mnie opisy technologii, nieznana mi terminologia - chociaż wielu znajomych inwestorów uważa ją za dobrą spółkę, ja podczas czytania raportów odczuwałem swoistą niechęć - miałem świadomość, że spółka jest dobra, ale nie chcę mieć na własność firmy, której nie rozumiem. Raporty czytałem tylko i wyłącznie z przymusu wynikającego z mojej samodyscypliny.

Chociaż działalność APPLE'a rozumiem lepiej, niż SYNTHOS, również uważam, że raportów nie czytałbym w sposób racjonalny. "Fanatyzm inwestycyjny" spowodowałby pewnie chęć znalezienie straty, nieracjonalnego gospodarowania - czegokolwiek, co udowodniło by mojej fanatycznej naturze, że "przecież mówiłem, że ta spółka jest do kitu". Nie trzeba dodawać, że na pewno wyolbrzymił bym jakiś nieistotny szczegół, albo uznał znaczący patent za "świadectwo strachu przed konkurencją".

Dążę do tego, że sentymenty nie pozwalają na racjonalny ogląd sytuacji. Inni czytelnicy zauważyli, że traktuję CD PROJEKT jako firmę bez skazy. Znam wady CDR, ale całkiem możliwe, że w mojej głowie rodzi się obraz "wzlatującego ponad wszelkie przeszkody" zarządu, który wyjdzie z każdej opresji cało. W przypadku pozytywnych odczuć związanych ze spółką należy więc po lekturze każdego raportu (ocenionego jako dobry) zadać sobie pytanie: "Co tu się może nie udać?"
Odpowiedź musi zawierać 5 punktów po to, by nie uciekać od potencjalnych zagrożeń. Zdecydowałem, że dobrze będzie po każdym raporcie zadać sobie wspomniane wyżej pytanie. Patrzący przez różowe okulary inwestor na pewno nie zarobi. To pytanie na pewno chociaż częściowo zdać sobie sprawę z realnych zagrożeń.

Co, jeśli mamy nastawienie podobne, jak ja w przypadku APPLE'a?
Tutaj nie ma się co czarować - nie opłaca się kupować spółki, której nie chcemy posiadać. Nasze ego może działać tak silnie na racjonalność, że zrobimy bardzo głupią rzecz w bardzo nieodpowiednim momencie. Tak więc pewnie nigdy nie kupię firmy APPLE nawet, jeśli uznam, że jej finanse są zdrowe, a przyszłość świetlana - bo jej nie lubię, a to zburzy mój ogląd sytuacji.

wtorek, 4 grudnia 2012

Lektura (nie) dla inwestora

Na temat inwestowania przeczytałem dopiero kilkanaście książek. Tymi bardziej wartościowymi podzieliłem się z moimi czytelnikami w postach z cyklu "Literatura dobrego inwestora". Po przeczytaniu książki Fishera otworzyły się przede mną nowe możliwości, gdyż zrozumiałem, że prawdziwy inwestor nie może być wyłącznie inwestorem. Odkryłem, że musi być dobrym socjotechnikiem, dziennikarzem, filozofem, recenzentem itd.

Oprócz książek ściśle związanych z inwestowaniem, warto również przeczytać wiele książek, które pomogą zmienić sposób myślenia i zarabiać więcej, ale nie pada w nich ani raz słowo "inwestycja". Przeczytałem jakiś czas temu książkę, o której można śmiało powiedzieć, że ostatnio "ratuje mi życie"


Brian Tracy - specjalista od wydajności napisał książkę "Zjedz tę żabę", w której pokazuje 21 metod podnoszenia wydajności pracy. Ja akurat dorwałem ją w wersji audio, dzięki czemu słuchałem jej podczas jazdy samochodem w wakacje, w autobusie (ciężko mi się czyta w autobusie dłużej, niż 15 minut) i w innych miejscach, gdzie książkę niekoniecznie czyta się komfortowo.

z 21 zasad nie wykorzystałem wszystkich i od razu dostałem za swoje. Nie mam jeszcze pracy, ale matura zbliża się wielkimi krokami, więc już w wakacje zacząłem wykorzystywać metody Briana Tracy w domu i podczas nauki. Szybko zauważyłem, że chociaż wszystkie zasady są mi teoretycznie znane, nie miałem świadomości, jak wiele mogą one wnieść, jeśli wykorzystam je w pełnej formie, a nie wykreślając te elementy, które wymagają wysiłku. Najbardziej spodobała mi się zasada ABCDE, która (w skrócie) polega na napisaniu listy zadań na następny dzień i oznaczeniu poszczególnych zadań literami według ustalonej hierarchii. Na piątek mam sporo nauki: temat z biologii, zadania z fizyki, fragment lektury z polskiego, test i słówka z angielskiego. Ponadto w poniedziałek mam sprawdzian z matmy, a przecież ten przedmiot jest dla mnie bardzo ważny, oprócz tego podstawy obsługi programu na informatykę. Co robię? Spisuję listę zadań i oznaczam te literami i cyframi według ważności. Maturalne przedmioty są dla mnie bardzo ważne, więc one idą na pierwszy ogień, więc:
A1 - zadania z fizyki: zdaje rozszerzenie, więc jest to priorytet,
A2 - słówka z angielskiego - warto się tego nauczyć, bo sporo tego jest, a matura rozszerzona sama się nie zda,
B1 - lektura z polskiego - mam jeszcze trochę czasu na jej przeczytanie, więc jeśli dzisiaj nie zdążę, nic wielkiego się nie stanie,
B2 - matma - sprawdzian w poniedziałek, ale chciałbym zrobić około 60-80 zadań, więc byłoby miło, gdybym dzisiaj zaczął,
C1 - temat z biologii - nauczycielka rzadko pyta, a ja nie zdaję matury z biologii, więc najwyżej dostanę jedynkę, jeśli się nie zdążę nauczyć,
C2 - informatyka - program znam, więc tylko przejrzę teoretyczny bełkot - jeśli nawet nie otworzę książki, pewnie i tak dostanę czwórkę, a informatyki nie zdaję na maturze.

Bolesna prawda jest taka, że bardzo często nie jesteśmy w stanie wykonać wszystkich zadań z listy - musimy z czegoś zrezygnować. Zasada ABCDE pozwala wybrać te, które są najistotniejsze. Słabo opanowane zadania z fizyki przyniosą większe straty, niż potencjalna szansa na wywołanie mnie do odpowiedzi z biologii. Podejście to może się wydawać nieco niemoralne, gdyż uczeń powinien zawsze być przygotowany - to prawda, ale znając mój zapał do nauki biologii, pewnie za dwa tygodnie nie będę wiedział, dlaczego Guanina łączy się z Cytozyną, a nie z Adeniną:-)
Ogólnie zasada jest taka: nie rób B, jeśli nie skończyłeś A, jeśli zrobiłeś A, zrób B, nigdy C.

Powyższy, trochę ubarwiony przykład dnia pozwala udowodnić, że wykorzystanie chociaż jednej zasady pozwala podnieść wydajność. Planowanie i praca z listą ma ogromną moc. Nie jestem w stanie obliczyć, ile zyskuję czasu, ale Tracy wspomina, że minuta planowania oszczędza od 5 do 10 minut czasu potrzebnego do realizacji planu. Niby wszystko wiemy, ale spora część moich czytelników pewnie musi uczciwie przyznać, że nie spisuje listy zadań, czy zakupów - też kiedyś myślałem, że jest to zbędne.

Rozwój osobisty jest ważny i warto zacząć poszerzać horyzonty od tej właśnie pozycji. Jeśli wykonamy nasze podstawowe zadania, zostanie nam więcej czasu dla rodziny, pasji, snu, czy czegokolwiek innego, co odkładaliśmy na później. Efekty, które osiągnąłem nie są wcale kolorowym przykładem. Siostra, która również ma dużo zajęć chwaliła się, że długoterminowy projekt, nad którym pracowała zwykle 3 tygodnie, wykonała w nieco ponad tydzień. Gorąco polecam. Książkę możecie zamawiać tutaj.

sobota, 1 grudnia 2012

Sztuka tworzenia własnych zasad - część druga

W poście dotyczącym tworzenia własnych zasad inwestycyjnych niejako "podważyłem" słuszność siódmego pytania Fishera. Przyglądając się działaniom CDR, a zwłaszcza platformy GOG.com zauważyłem, że do oceny sumienności i prawdomówności nie wystarczy standardowe znalezienie odpowiedzi na pytanie nr 14, dotyczące "zamykania się w sobie", gdy sprawy idą źle. Fisher twierdził, że spółka, która ciągle podkreśla swoje atuty, a nie wspomina wcale o swoich porażkach, może okazać się studnią bez dna. Taka praktyka jest spotykana w naprawdę dobrych firmach. Dopiero po dłuższym zastanowieniu mogę przytoczyć dwa przykłady: ŚNIEŻKA - bardzo dobry producent farb i lakierów, który w raportach wyręcza inwestorów w obliczaniu wskaźników, gdy względem poprzedniego roku dany wskaźnik sugeruje lepszą sytuację, oraz CCC - znana sieć sklepów z butami, która chwali się wzrostem przychodów w jednym miesiącu, ale nie tak chętnie podaje informacje na temat spadku przychodów w innych miesiącach. Obie firmy badałem (muszę przyznać, że wiedza na temat tych branż jest mniejsza w porównaniu chociażby z branżą gier) i z raportów wyłaniał się obraz całkiem dobrych firm.

W jednym z wywiadów przedstawiciel CD PROJEKT RED wspomina o rażącym błędzie w stosowaniu polityki DRM - mamy jasno przedstawioną sytuację popełnienia błędu, który mógł zdarzyć się w każdej firmie. Przyznanie się do niego zwiększa szansę na jego naprawę. Tutaj właśnie zaświeciła mi się "czerwona lampka". Co z tego, że prezesi firm przyznają się do błędów, biją się w pierś, skoro nic z tego nie wynika?

Uważam, że każdy błąd, do którego dana firma się przyzna, powinien zostać naprawiony - tylko tego typu uczciwość ma jakąkolwiek wartość. Przyznanie się do błędu zwiększa szansę na jego naprawę, ale jej nie gwarantuje. Na pewno wielu prezesów to zauważyło i stosuje opartą na zasadzie "posypywania głowy popiołem" propagandę.

W przypadku CDR jestem jednak spokojny, ponieważ firma wiele razy udowodniła, że potrafi naprawić błędy. Serwer się wieszał, na gog.com przypadkowo znalazła się gra z zabezpieczeniem, figurka była porysowana itd. WSZYSTKIE wymienione błędy zostały naprawione i zrekompensowane. Dzięki temu w całym internecie dominują pochlebne komentarze na temat CDR - zwłaszcza w porównaniu z wielkimi gigantami, z którymi CDR podejmuje coraz skuteczniejszą walkę.

Warto zastanowić się nad moralną stroną błędów w spółkach w kontekście czternastego punktu Fishera. Zbadanie skuteczności naprawy błędów może dać inwestorowi dodatkowe informacje na temat przyszłych poczynań zarządu w sytuacjach kryzysowych.

środa, 28 listopada 2012

Inwestorzy lepsi od Fishera istnieją

Philipa Fishera uważam za najlepszego inwestora w historii. Inwestowanie w wartość w jego wykonaniu jest niesamowicie zyskowne. Fisher przez kilkadziesiąt udoskonalał swoje metody inwestycyjne, nie mając wielu pożytecznych wynalazków. Wszystko, co osiągnął, zostało jednak spisane. Na naszych oczach, gdzieś obok nas mieszka młody Fisher, który pokona swego mistrza - jest wiele przesłanek, by tak sądzić.

Socjotechnika

Nadal wiele polskich encyklopedii, czy poradników inwestycyjnych nie uwzględnia tego bardzo potężnego narzędzia, chociaż pod różnymi innymi postaciami (chociażby propaganda) ludzie mieli do czynienia setki lat temu. Fisher w książkach wspomina o "miłych przedstawicielach" firm, który z chęcią dzielą się informacjami. Nie wszystkie informacje ją jednak jawne. Dobry inwestor-socjotechnik może jednak zdobyć informacje, których Fisher nie zwykł zdobywać. Temat kłopotliwy pod względem strategicznym i etycznym jest warty niejednego poruszenia na łamach bloga.

Internet

Fisher przez większość swojej kariery nie mógł mieć dostępu do internetu. Nawet jeśliby udało mu się dorwać komputer z modemem, pewnie niewiele dowiedziałby się o jakości produktów, opiniach klientów i pracowników. Dzisiaj mamy dziesiątki stron poświęconych stosunkom pracy w firmach - tysiące stron opisują mocne i słabe strony niemal dowolnego produktu. Chociaż musimy uważać, co czytamy, nie ulega wątpliwości, że mamy znacznie większe możliwości, niż Fisher miał podczas swojej kariery.

Automatyczne wyszukiwarki fundamentalne

Chociaż tego typu narzędzia należy traktować z dużą ostrożnością, pomagają one ograniczyć czasowo selekcję wstępną, przez co inwestor będący 20 lat temu "pasywnym" dzisiaj ma wystarczająco dużo czasu, by zdobyć tyle informacji o spółkach, by zostać inwestorem "aktywnym". Wystarczy wpisać preferowane wskaźniki, by nie zgłębiać się w raporty spółek mających ROE < 10%, czy wysoki wskaźnik zadłużenia. Oszczędza to setki godzin analiz na przestrzeni całej kariery inwestora


Dostępność raportów i prognoz

Chociaż większość prognoz można wsadzić między bajki, zatrzęsienie raportów dostępnych w internecie pozwala wyciągnąć bardzo racjonalne wnioski. Zdziwicie się, jak dużo można przeczytać w internecie na temat chociażby przyszłości energii odnawialnej. Przeczytanie kilkunastu raportów jest możliwe bez przeglądania starych gazet i dzwonienia po instytucjach. Wszystko jest dostępne tu i teraz.

Nowy Fisher istnieje i zarobi w przyszłości mnóstwo pieniędzy. Jeśli moi czytelnicy mają jeszcze przykłady pokazujące, że współczesny Fisher ma wygodniejsze życie, to chętnie je przeczytam.

niedziela, 25 listopada 2012

IPO na naszych oczach - kopalnia informacji

Nie lubię IPO - zazwyczaj przewartościowane akcje są sprzedawane przy ogromnym szumie medialnym. Ludzie oczywiście kupują akcje, cena często rośnie, bo "tak ma być". Pewnie wielu drobnych ciułaczy (ja również zaczynałem od zainteresowania nowymi spółkami na giełdzie) zarobiło, jednak pewnie przy którejś "okazji" straci cały zarobek, który ma na swoim koncie. Pomińmy jednak kwestię opłacalności IPO. Jeśli spółka istnieje kilka lat, można oczywiście chociaż w małym stopniu określić jej wartość wewnętrzną, chociaż jest to bardzo utrudnione - spółka będąca poza parkietem nie musi informować o swoich poczynaniach tak skrupulatnie i często.

Z oczywistych jednak względów spółki, które wchodzą na giełdę, pozyskują pieniądze. Na co przeznaczane są te pieniądze? Zauważyłem, że często prezesi nie wiedzą tak dokładnie, co zrobią z całą kwotą. Nawet podczas sporadycznego przeglądania wywiadów zauważyłem, że częstą odpowiedzą na pytanie o pieniądze z IPO jest "Pieniądze przeznaczymy na inwestycje i dalszy rozwój oraz cięcie kosztów". Genialne, prawda? Słysząc taką odpowiedź często dochodzę do wniosku, że firma nie ma planu na zagospodarowanie pieniędzy uzyskanych z emisji. Nie musi to nawet wynikać z nieuczciwości zarządu, ale ze zwykłego braku długoterminowych planów. Oczywiście ostateczne kwoty nie są do końca znane, ale przecież firma może opracować plan podobny do tego, który zaleca "zwykłym" ludziom tworzyć Brian Tracy. Jeśli X złotych to zakup takiej maszyny, jeśli 2X, to dodatkowo kupno samochodu itd. Czytając książkę Tobiasza Malińskiego zauważyłem, że chwali on poczynania spółki Teresa Medica. Abstrahując od tego, czy spółka jest wspaniała w ogólnej formie, muszę przyznać, że prospekt emisyjny tej spółki zawierał bardzo szczegółowe informacje. Potencjalny inwestor mógł dowiedzieć się, co spółka planuje kupić, za jakie pieniądze, a nawet kiedy zamierza dokonać zakupu. Przy braku takich informacji w prospekcie inwestor może zadzwonić, czy też spotkać się z osobami mającymi kontakt z firmą. Podejrzewam (nie przeprowadziłem badań w tym zakresie), że zarządy spółek nie będących jeszcze na giełdzie mają względnie więcej czasu dla zwykłego akcjonariusza, ponieważ nie mają tych akcjonariuszy tak wielu. Rozmowa na temat emisji powinna dostarczyć jasnych informacji. Albo firma ma konkretne plany, albo "planuje dalsze inwestycje i rozwój".

Zanim jeszcze przeczytałem książkę Fishera myślałem sobie "ale byłoby fajnie, gdyby Alior Bank wszedł na giełdę". Okazuje się, że bank już niedługo wchodzi na giełdę. Pod wieloma względami instytucja ta może zdystansować konkurencję dzięki nowoczesnej technologii używanej w banku, rosnącej liczbie depozytów, rozsądnej polityce kredytowej i kilkakrotnym zwycięstwie w Rankingu "Przyjazny Bank Newsweeka". Chociaż w tym roku bank spadł na niższą pozycję, nadal jest dobry.

Nie czytałem prospektu, nie znam się też dobrze na bankowości, ale w miarę możliwości zamierzam śledzić informacje o Aliorze, ponieważ wywiad z prezesem banku sprawił, że zacząłem postrzegać ten bank nie tylko jako instytucję przyjazną, ale i dochodową. Przy okazji poznawania Alior Banku zamierzam poznawać również branżę bankową chociażby ze względu na fakt posiadania przez Warrena Buffetta kilku banków. Ale jak moi czytelnicy pamiętają, poznaję właśnie (chociaż ze względu na inne ważne sprawy idzie mi to topornie) branżę energetyczną. Kto wie, być może kiedyś nawet kupię Aliora, ale na pewno nie w najbliższym czasie, a już na pewno nie w IPO.

czwartek, 22 listopada 2012

Gdy cena przebija wycenę

Obliczamy wartość wewnętrzną akcji wynoszącą około 10-11 złotych. Przepływy świetne, spółka spełnia 15 punktów Fishera, ma zdrowe finanse, przewagę konkurencyjną itd. Wszystko jest idealne. Nie powinno więc was dziwić, że kupione akcje osiągną cenę 10-11 złotych. Oznacza to, że każdy wzrost ceny będzie oznaczać przewartościowanie. Czy logiczna jest w takim przypadku sprzedaż?

Pominę tutaj strategię "kup i trzymaj", ponieważ osoby stosujące tę strategię po prostu zignorują cenę i będą dalej trzymać akcje. Fisher w swojej książce udowadnia, że taka strategia jest lepsza, niż mogłoby się wydawać. Przeciętny inwestor ma na pewno jakieś marzenia: dom, samochód, może studia dla dziecka, albo remont. Logicznym jest, że taka osoba zrobi źle, jeśli będzie trzymać przewartościowane akcje. Należy je więc zbyć. Pytanie: kiedy?

Zacznijmy od logicznego wyjaśnienia, jak wycenia się akcje metodą DCF. Jak liczyć wartość wewnętrzną akcji pisałem w jednym z pierwszych postów.O ile założenia i badanie branży, której nie znałem, może wydawać się dziś żałosne, o tyle sama metodologia się nie zmienia. Tak więc w zdyskontowanych przepływach pieniężnych obliczamy "dzisiejszą" wartość tego, co spółka zarobi w przyszłości. Tak więc Dzisiejsze 10 złotych, będzie mieć większą realną wartość, niż ta sama kwota za 5-10 lat. Nasuwa się więc pierwszy logiczny wniosek.
Wartość wewnętrzna ma ogromne znaczenie podczas kupna. Gdy mamy już akcje, wycena, której dokonaliśmy, zaczyna systematycznie tracić na znaczeniu. Tak więc w sytuacji, gdy cena przebija wycenę, warto się jeszcze wstrzymać ze sprzedażą. Możliwe jest to jednak tylko w sytuacji, gdy inne czynniki są neutralne. A takie nie są nigdy.

Na początku roku pisałem, że sprzedaż akcji nie opłaca się, gdy wskaźnik C/Z dla całej giełdy znajduje się poniżej 17. Jeśli więc nasze akcje przebijają wycenę, warto spojrzeć na C/Z całej giełdy, by sprawdzić temperaturę rynku. Rzadko się zdarza, by gwałtowny spadek zdarzał się już przy C/Z 17. Jeśli więc nawet "przegapimy" bessę, to nie będzie ona tak dotkliwa, jak w sytuacji, gdy C/Z wynosi powyżej 20. Przy wysokiej cenie i wskaźniku C/Z dla całej giełdy powyżej 20, raczej sprzedałbym akcje, gdybym potrzebował pieniędzy.

Ten post zahacza trochę o spekulację, ponieważ próbujemy przewidzieć ruchy giełdy. Największe źródło zysków płynie jednak w innym miejscu. Jeśli inwestor kupi wspaniałe akcje za przystępną cenę, prawdopodobnie zysk, który "uszczknie" na igraniu z hossą, będzie niewspółmierny to poniesionych kosztów emocjonalnych. Jeśli zarobiliśmy na akcjach wielokrotność zainwestowanej kwoty, to tak naprawdę nie będzie nas obchodzić dodatkowe 5% przy dużo większym ryzyku. Jeśli więc nie czujecie się na siłach oceniać, czy akcje warto sprzedać, to możecie sobie takie kalkulacje całkowicie odpuścić.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Czy obeznany inwestor potrzebuje szczęścia?

Teoria efektywnego rynku mówi, że ludzie, którzy wyprzedzają średnią giełdową, mają po prostu szczęście. Znając filozofię Warrena Buffetta wiemy, że jest to nieprawda. Czy do końca? Czy w tym kłamstwie nie ma ziarna prawdy? A może inwestor skoncentrowany również powinien wiedzieć, że część jego sukcesu jest zależna od zwykłego szczęścia, od tego "czy się uda, lub nie"?

Świat, który widzimy dzisiaj, zmieni się jutro i każdego następnego dnia - powstaną nowe branże, inne upadną. Jedni inwestorzy zostaną milionerami, inni bankrutami nawet, jeśli wybiorą pozornie dobre akcje wzrostowe. Nie wiemy, czy jutro naukowcy nie wykonają komputera z grafenu za 1000$ mocniejszego niż high-endowy krzemowy kolos za 4000$. A może za 3 lata granie w chmurze zabije ogromny rynek graczy komputerowych dla firm pokroju NVIDIA, czy INTEL? A może za rok okaże się, że nowo odkryty pierwiastek wypaczy możliwość budowania opłacalnych elektrowni atomowych? A może ludzie za 20 lat zaczną budować domy na marsie, a globalny rynek nieruchomości zacznie upadać?

Wszystkie powyższe przykłady pokazują, że szczęście odgrywa ważną rolę i przyszłość może (więc na pewno będzie) płatać figle inwestorom. Jednak są ludzie, którzy od kilkudziesięciu lat odnoszą sukcesy, mimo szybkich zmian zachodzących we współczesnym świecie. Analizując kwestię szczęśliwego trafu w inwestycjach, dochodzę do wniosku, że sytuacja ma się podobnie, jak w przypadku wartości wewnętrznej. Buffett mówi, że:

Lepiej z grubsza mieć rację, niż precyzyjnie się mylić.
W przypadku szczęścia uważam, że im mniej wiemy, tym bardziej nasz sukces uzależniony jest od szczęśliwego trafu. Ile osób jest w stanie tak zaryzykować? Chyba oczywistą rzeczą jest, że lepiej wiedzieć więcej i ryzykować mniej. Naukowcy, pomysłowi zarządzający, kosmici - oni wszyscy mogą pokrzyżować nam plany. Sądzę, że nawet osoba będąca "poza rynkiem" odczuje w równie nieprzewidywalnym stopniu skutki rewolucji, więc konkluzja jest jasna:
Jeśli naprawdę nie da się czegoś przewidzieć, inwestor nie powinien blokować swoich decyzji przez niejasność danej kwestii.

Dużo lepszym sposobem na uniknięcie opierania sukcesu na szczęściu, jest badanie, jak czynniki prawdopodobne, mogą wpłynąć na nasze inwestycje. Kryzys na rynku nieruchomości jest na pewno bardziej prawdopodobny, niż inwazja kosmitów, więc chyba lepiej pomyśleć, co zrobić, gdy rynek rzeczywiście się załamie. Wybieranie broni przeciw obcym jest zupełnie niepotrzebne.

Buffett trzyma się branż prostych i przewidywalnych. Ja natomiast sądzę, że "prosta i przewidywalna branża" to taka, którą dobrze znamy. Rynek kauczuku jest na pewno trudniejszy, niż rynek czekolady, ale jeśli ktoś codziennie zagląda na odpowiednie serwisy tematyczne i nie zajada się czekoladą, to chyba lepiej będzie, jeśli kupi "kauczukowego monopolistę". To, co wiemy, jest naszą tarczą, która ochroni przed rakietami, ale nie obroni przed kosmitami:-) Czy ktoś wie, jak zrobić taką, która ochroni nas przed kosmitami?

piątek, 16 listopada 2012

"Jak Wasza spółka zarządza kosztami?"

Praca "detektywa finansowego", czyli bardzo pracowitego inwestora, wymaga wielu nieszablonowych umiejętności. Aby dobrze odpowiedzieć na 15 pytań Fishera, nie możemy tak po prostu ich przepisać do maila, który potem zostanie wysłany do zarządu. Musimy sami znaleźć informacje, ocenić je, znaleźć słabe punkty i "złapać na błędzie" osobę z zarządu - to najskuteczniejsza metoda. Jeżeli wasz rozmówca uświadomi sobie, że wiecie więcej, niż przeciętny gracz, możecie liczyć na bardziej szczere odpowiedzi, albo na bardziej zagmatwane odpowiedzi, które będę pierwszym sygnałem alarmowym.

Jedno z pytań Fishera dotyczące kosztów dało mi szczególnie w kość. Dopiero podczas trzeciej lektury jego książki, zdałem sobie sprawę, jak łatwo można zlokalizować największe koszty i sprawdzić, czy szefowe firmy robią wszystko, by te koszty ciąć na każdym etapie. Słabością polskiej giełdy jest mała liczba spółek - trudno znaleźć spółki idealnie ze sobą konkurujące. Bezpośrednie porównanie, jest więc po prostu niemożliwe. Złożoność każdej firmy pozwala tylko "mniej więcej" ocenić, czy spółka ma przewagę kosztową. Miałem świadomość tego problemu i było to dla mnie sporym utrapieniem. Wracając jednak do książki Tobiasza Malińskiego na nowo odkryłem wskaźniki obrotu majątku, oraz cykl konwersji gotówki. Szczególne wrażenie zrobił na mnie cykl zapasów. Po wyjaśnienia wskaźników odsyłam do książki Tobiasza, albo na strony internetowe traktujące o analizie fundamentalnej. Lubimy prostotę, więc zastanówmy się na "chłopski rozum" dlaczego cykl zapasów mówi nam sporo o kosztach.

Spółka wyprodukowała sporo produktów, które nie zostaną szybko sprzedane. Wytworzony produkt zalega w magazynie, a pieniądze, które zostały przeznaczone na wytworzenie produktu, leżą i tracą na wartości, zamiast pracować jako ekwiwalent, chociażby na lokacie. Wspomina o tym Robert Kiyosaki w swoich książkach. Mądry zarządzający nie dopuści więc, by pieniądze leżały w magazynie i czekały na lepsze czasy. Podobnie jest z cyklem zobowiązań i cyklem należności. Każdy zator płatniczy, czy problem ze ściąganiem należności, to dodatkowy koszt. Niwelowanie wartości złych wskaźników, jest więc pierwszym jasnym sygnałem, że spółka dba o swoje koszty. Proste? Proste!

Oczywiście wskaźniki należy porównywać z innymi w branży, jednak nie zawsze możliwe jest bezpośrednie porównanie. Inteligentny Inwestor jednak zda sobie sprawę z tego, że historia wyników spółki i jej charakterystyka, może dać wystarczającą ilość informacji, by ocena kontroli kosztów była łatwa. Logiczne chyba jest, że jeżeli cykl zapasów wynosi 200 dni, to spółka nie radzi sobie dobrze z kosztami. Na początek wskaźniki obrotu majątku naprawdę wystarczą.

wtorek, 13 listopada 2012

Niższe zyski dzisiaj dla wyższych zysków jutro

Jest sobie firma godna zakupu przez inwestora skoncentrowanego. Jest jednak jeszcze dość młoda, ale jej dwa wynalazki są naprawdę dobre. Spółka opracowała dwa samochody. Jeden ma tak doskonały silnik, że pali zaledwie półtora litra ropy na 100 kilometrów, przy zachowaniu mocy dostępnej dla przeciętnego samochodu palącego 5 litrów. Drugi wynalazek, ale jeszcze nie gotowy do wydania, to coś znacznie lepszego - ulepszona wersja silnika. Silnik pali nadal półtora litra - wody. Spółka jednak prócz patentu nie ma nic, co pozwoliłoby jej przebić się do masowego klienta. Jest więc zmuszona wydzierżawić na dziwnych warunkach seryjną produkcję swojego pierwszego wynalazku, by potem sfinansować produkcję drugiego. Zgłosiły się dwie firmy, oferujące odpowiednie warunki: rodzima firma spod Poznania zatrudniająca 50 osób i niemiecki gigant motoryzacyjny. Firma spod Poznania wie, że to dla niej szansa, więc oferuje wynalazcom 30 tysięcy od sprzedanego egzemplarza i wsparcie PR-owskie dla następnego wynalazku. Niemiecki gigant oferuje 15 tysięcy i kampanię reklamową, sygnowaną znakiem towarowym znanym na całym świecie. Genialni twórcy stają na rozdrożu...

Ta fikcyjna historia jest dobrym prologiem do nieliniowej opowieści o firmie, która mogła:
- od razu wybrać wyższe zyski od małej firmy,
- poświęcić krótkoterminowe zyski na rzecz krociowych zysków przyszłości.
Gigant motoryzacyjny zapewniłby ogólnoświatową reklamę, dzięki czemu samochód na wodę miałby na starcie olbrzymie przebicie jako "wynalazek twórców samochodu palącego półtora litra ropy" dzięki wyrobionej marce znanej firmy. Mała firma nie byłaby w stanie stworzyć tak wielkiej reklamy nawet, jeśliby pierwszy samochód odniósł spory sukces.

Tego typu przykład wcale nie jest ufajniony, ponieważ w Pruszkowie produkowane są elektryczne samochody, które kosztem 3 złotych przejadą sto kilometrów i są w zupełności wystarczające do jazdy miejskiej. Czy przeczytacie o takim wynalazku na pierwszej stronie zagranicznych czasopism motoryzacyjnych? Czy nie lepiej byłoby, gdyby "Mercedes zaprezentował samochód elektryczny"?


Firma poświęcająca zyski teraz, dla lepszych zysków jutro, jest bardzo dobrą inwestycją. Tak robił CD PROJEKT, tak robi wiele firm, które chcą odnieść światowy sukces, a które mają długoterminowe prognozy zysków, albo wyznaczone konkretne cele. Trudno jest zmierzyć, w jaki sposób inwestor może sprawdzić, czy firma podporządkowuje obecne zyski, profitom w przyszłości - wszystko uzależnione jest od konkretnej branży. Ja w branży gier potrafię wskazać firmy dążące do najlepszych zysków dzisiaj, jak i firmy myślące perspektywicznie. Nie wykluczam więc, że inwestor znający konkretną branżę, również znajdzie odpowiednie sygnały mówiące, czy firma myśli długoterminowo. Nie zawsze musimy szukać heroicznej walki o lepsze jutro. Wystarczy, że firma usprawnia proces produkcyjny (co wiąże się z kosztami dzisiaj), by jutro mieć niższe koszty. Firma myśląca na krótką metę będzie czekać, aż koszty używania starych procesów zaczną istotne przeszkadzać i dopiero wtedy zdecyduje się na "obiecującą restrukturyzację", przez co jutro będzie mieć niższe zyski.

sobota, 10 listopada 2012

Spadek marży - matematyczny bubel?

Marża netto to jeden z najprostszych wskaźników do obliczenia dla inwestora. Zysk netto/przychody i gotowe. Marża powyżej 10% jest naprawdę atrakcyjna. Jeśli rośnie, to dodatkowo mamy pewność, że spółka zyska jeszcze więcej, gdy na rynku nie utrzymają się konkurenci z niską marżą. Czasami jednak marża spada. Badanie marży na sprzedaży może wykazać, że nic złego się nie stało, ale marża netto spada. Wszystkiemu są "winne" badania i rozwój.

Fisher podziwiał firmy, które krótkoterminowe zyski podporządkowywały długoterminowym wynikom. Takie firmy przeznaczały dużo pieniędzy wczoraj, by jutro zyskać większą marżę. Okresowy spadek marży może więc być motywowany wdrażaniem nowego systemu pakowania, kupna ekonomicznego samochodu, czy setek innych rzeczy, które podniosą marżę. Dlatego uważam, że badanie samej marży netto, lub operacyjnej, może nie wystarczyć. Marża brutto na sprzedaży dostarcza niezniekształconych danych na temat rzeczywistej marży. Dlatego warto porównać najpierw marżę na sprzedaży, a dopiero potem marżę netto.

Niestety nie ma matematycznego sposobu na określenie, czy marża poprawia się dzięki konkretnym rozwiązaniom logistycznym, lub dzięki zastosowaniu nowych maszyn, czy metod produkcji. Niestandardowe źródła informacji mogą nam jednak dać pewien obraz tego, czy działania nastawione na długotrwały wzrost, są rzeczywiście działaniami dla jutrzejszego zysku, a nie doraźnego usprawnienia tego, co dzisiaj.

Pewną wskazówką może się okazać wskaźnik obrazujący, ile przychodu generuje jeden pracownik danego działu. Zazwyczaj w notach objaśniających spółki prezentują zatrudnienie z rozbiciem na poszczególne segmenty. Jeśli wdrożenie nowego systemu pozwoliło zatrzymać chociaż na chwilę firmowe zapotrzebowanie na nową siłę roboczą, oznaczać to może tylko jedno - wzrost wydajności całego działu. Niestety można to łatwo sprawdzić tylko w spółkach, których cykl zysków wynosi równo rok. Tak więc producent dział produkcji gier w CD PROJEKT jest trudniejszy do zbadania, ale cyfrowa dystrybucja już jest łatwa do sprawdzenia, ponieważ przychody można porównywać rok do roku.

Doskonałym przykładem spółki stale nastawionej na długotrwały wzrost marży jest Wawel. Działa on w branży, którą można bez problemu porównać rok do roku. Tymczasem konkurencja (Mieszko) ma tylko kilkuprocentową marżę, a do tego poprawia ją w podobnym stopniu, co Wawel, a przecież znacznie większym wyczynem jest podniesienie marży z 10 do 12 procent, niż z 6 do 8. Wawel jest dla mnie za drogi i nie przyglądałem mu się z należytą uwagą, jednak walka tych dwóch podmiotów wydaje się warta obserwacji.

środa, 7 listopada 2012

Czy można było to przewidzieć - studio DICE

Jakiś czas temu zapoczątkowałem nowy cykl wpisów, obrazujący, czy podczas selekcji wstępnej, można uniknąć aktualnie bankrutujących przedsiębiorstw. BOMI upadło, ale nie tym chciałem się dzisiaj zająć. Dzisiaj przekonajmy się, czy można było przewidzieć gwałtowny rozwój szwedzkiego studia produkującego gry komputerowe DICE. Studio ostatnio odniosło olbrzymi sukces wydając niezrównanie realistyczną i zaawansowaną technologicznie grę Battlefield 3. Z pewnością jest to wynik sukcesywnych badań i rozwoju. Pytanie, czy można było to przewidzieć?

Okazuje się, że aż około 10% zespołu zatrudnionego do produkcji gry Mirrors Edge wydanej w 2009 roku, była odpowiedzialna za szeroko rozumiane badania i rozwój. To i tak dużo, więc nie należy się dziwić, czy przy tak wielkim sztabie "naukowców" studio zrobiło tak dobrą grę, jak Battlefield 3. Tak więc okazuje się, że spółka nie przez przypadek odwaliła kawał dobrej roboty. To spółka, która miała szczęście dzięki posiadaniu umiejętności. Ci którzy czytali Fishera, wiedzą, o co chodzi;-)

Zarówno sprzedaż, jak i dobra produkcja są niezbędne, by chociaż na chwilę zdystansować konkurencję. Jeśli jednak spółka chce mieć przewagę długotrwałą, musi prowadzić badania. Bez tego się po prostu nie da. DICE o to dba i dlatego odnosi sukcesy.

niedziela, 4 listopada 2012

Stare maszyny obciążeniem budżetu

Wszystkie niemal aktywa finansowe (pomijając grunty), starzeje się, więc trzeba co jakiś czas odnawiać ten majątek. Samochód mający przejechane 600 tysięcy kilometrów w końcu padnie, a renderowanie mapy do gry na dwurdzeniowym procesorze nie jest cięciem kosztów. W spółkach technologicznych zużycie środków trwałych jest niesamowicie ważne. Jeśli spółka twierdzi, że chce swoimi innowacjami podbić rynek, inwestor musi potwierdzić słowa zarządu. Na szczęście nie trzeba odwiedzać firmy, by zbadać, czy majątek spółki jest stary. Tobiasz Maliński w darmowym kursie analizy fundamentalnej pokazuje ciekawy sposób sprawdzenia, czy majątek spółki jest stary.

Wszelkie potrzebne dane najprościej znaleźć w notach objaśniających "zmiany środków trwałych" lub podobnych. Są tam rozpisane różne wartości liczbowe dla budynków, gruntów, oprogramowania, środków transportu itd. Mi spodobał się wskaźnik umorzenia środków trwałych.
Oblicza się go w następujący sposób: amortyzacja danej grupy aktywów/wartość bilansowa brutto(czyli wartość na początek okresu)*100%. Na stronie 44 skonsolidowanego raportu CD PROJEKT za 2011 rok, jest potrzebna nota objaśniająca. Obliczmy więc wskaźnik dla każdej grupy:
- grunty - brak, ponieważ nie mamy amortyzacji, bo przecież gruntu się nie wymienia:-)
- budowle i budynki: 420/11112*100% = 3,77%
- Maszyny i urządzenia: 279/4606*100% = 6,05%
- środki transportu: 124/1019*100% = 12,16%
- razem wszystkie aktywa trwałe: 847/17668*100% = 4,79%
Najbardziej zużyte są środki transportu, jednak i tak są to samochody dosyć nowe. Kluczowym jest badanie tego, co w spółce najważniejsze. W DHL środki transportu są najważniejsze, a w CD PROJEKT maszyny i urządzenia. Obliczenie tylko tego wskaźnika może być krzywdzące dla spółki, gdyż nie zawsze to, co zobaczymy obliczając umorzenie, jest prawdą. Warto więc obliczyć drugi wskaźnik, żeby mieć pełny obraz sytuacji. Jest to wskaźnik wartości netto środków trwałych. W tym momencie popełniam klasyczny plagiat z kursu Tobiasza, tak więc dobrze będzie, jeśli skonfrontujecie moje spostrzeżenia z tym, co mówi w swoim kursie Tobiasz:-) Wracając do analizy: Obliczamy drugi wskaźnik dla każdej grupy: wartość netto danego aktywa na koniec okresu/wartość początkowa brutto środka trwałego na początek okresu*100%. W raportach może być to nazwane inaczej, jednak kolejność liczb jest w raportach raczej podobna, więc na pewno bystry inwestor znajdzie odpowiednie liczby. Obliczamy więc drugi wskaźnik dla każdej grupy:
- grunty - 100%, bo grunty się nie starzeją
- budynki i budowle: 7286/11112*100% = 65,56%
- maszyny i urządzenia: 1144/4606*100% = 24,83(!)
- środki transportu: 630/1019*100% = 61,82%
- razem: 56,16%

Tobiasz Maliński twierdzi, że jeśli wskaźnik umorzenia środków trwałych (pierwszy, który obliczałem) przekracza 50%, majątek będzie trzeba odnowić. Drugi wskaźnik stawia kropkę nad "i", ponieważ potwierdza, czy dana grupa aktywów mocno straciła na wartości, czy też nie. Muszę przyznać, że wartość netto środków trwałych dla maszyn i urządzeń w CDP jest niska. Warto więc porównać obliczone wskaźniki z konkurencją. Tak więc zaglądamy do raportu City Interactive. Umorzenie środków trwałych wynosi 15,32%(W CDP 6,05%), a wskaźnik wartości netto środków trwałych wynosi 39,90% (w CDP było to 24,83%).

Okazuje się więc, że maszyny CD PROJEKTU tracą dużo na wartości zaraz po zakupie, bo ich amortyzacja nie jest wysoka, ale wartość netto stanowi ledwie 24 procent wartości początkowej. Nadal nie mamy pewności, czy spółka nie będzie musiała tych środków wymienić. Zobaczmy więc, jak wskaźniki kształtowały się w roku 2010. Umorzenie środków trwałych wynosiło 15,58%, czyli było wyższe (więc mamy poprawę względem roku 2010), a drugi wskaźnik wynosił w 2010 roku 25,04% i był mniej więcej taki sam, jak rok później. Oznacza to, że spółka w miarę dobrze traktuje swoje maszyny, nie katując ich do późnej starości. Drugi wskaźnik dla maszyn i urządzeń trochę mnie zaniepokoił, ale potem przeszło mi przez myśl wytłumaczenie tego ewenementu. Do "maszyn i urządzeń" CD PROJEKT-u pewnie zaliczają się komputery, serwery i inne urządzenia. Są całkiem nowe, więc amortyzacja nie jest wysoka, jednak kupiony niedawno komputer już w momencie zakupu traci dużo na wartości, dlatego wartość netto maszyn i urządzeń wydaje się niska. Generalnie jednak CD PROJEKT nie ma starego majątku, więc w najbliższym czasie nie będzie wymagał dużych nakładów kapitałowych.

Po co tyle kombinowania? Po przeczytaniu raportów będziemy mieć ogromną wiedzę na temat firmy. Zamiast potem pytać prezesa: "Czy wasz majątek jest odświeżany", możemy sprawdzić to sami. Jeśli Okaże się, że majątek rzeczywiście jest stary, możemy zapytać szefa, dlaczego tak jest, co robi, lub zamierza zrobić, by sprzęt unowocześnić. Chociaż nie miałem jeszcze takiej sytuacji w życiu, jestem przekonany, że wyczujecie, czy prezes wciska Wam kit, czy rzeczywiście nie ma potrzeby odświeżania majątku.

Jeśli majątek jest stary, a nie jest odświeżany, możemy też bardzo wcześnie odkryć, czy spółka będzie musiała przeznaczyć zyski na odnowienie środków trwałych, czy być może wypłaci zysk w dywidendzie.

czwartek, 1 listopada 2012

Nie ilość, ale wartośćć udziałów

Pisałem już o tym, aby zwracać uwagę na fakt, że zarząd powinien mieć spore udziały w akcjach. Zarząd który posiada sporo akcji, czuje się odpowiedzialny za biznes, którym steruje, bo zarządza tym samym również swoimi pieniędzmi. Takie powierzchowne zdanie dzisiaj jest według mnie dalekie od prawdy. Jak zwykle, podam obrazowy przykład:-)

Firma Comarch osiągnęła 36 mln zysku netto w roku 2011. Prezes spółki zarobił 11,86 mln złotych. Oznacza to, że jego wypłata stanowi około 30% zysku netto! Czy to dużo? Prezes posiada akcje spółki warte 150-200 mln złotych. Oznacza to, że w około 15 lat zarobi tyle, ile warte są jego udziały w spółce. Należy więc sobie zadać pytanie, czy prezes nie jest wynagradzany zbyt dobrze. Skoro wierzy w spółkę, powinien kupować akcje spółki, a nie pobierać wysokie wynagrodzenie. Nie sugeruję, że prezes jest oszustem - ma ponad 40% udziałów, co jest dość dużą częścią. Każdy inwestor powinien sam określić, ile może zarabiać prezes jego wspaniałej spółki. Ja uważam, że nie powinno to być więcej, niż 10% wartości posiadanych udziałów.

Warto też się przyjrzeć poczynaniom zarządu w kwestii dywidend, lub skupu akcji własnych. Jeśli firma posiada jasną politykę dywidendową, nie ma problemu z uczciwością zarządu, jeśli firma jej przestrzega. Wymarzoną sytuacją jest skup akcji własnych w celu umorzenia. Jeśli prezes ma pokaźny pakiet akcji i decyduje się na skup, to znaczy, że akcje opłaca się trzymać w dłuższym terminie. Jeśli zaś zdecyduje się na dywidendę, oznaczać to może, że akcje chce trzymać tylko trochę czasu. Dywidenda nie jest zła, ale jeśli nie jest odpowiednio umotywowana i nie wynika z polityki dywidendowej, może być to dla nas sygnał ostrzegawczy.

Jestem ciekawy waszych opinii na temat polityki płacowej spółek. Jeśli wypracujemy odpowiednie kryteria, będziemy mogli w kilka minut odpowiedzieć na pytanie, czy zarząd dba o interes spółki - wystarczy się dowiedzieć, czy opłaca się to robić.

poniedziałek, 29 października 2012

Wspaniała firma i wątpliwości

Niemal zawsze przy kupnie akcji mamy pytania, na które nie możemy znaleźć odpowiedzi, choćbyśmy włożyli ogromny wysiłek w ich uzyskanie. Sam przy kupnie CD PROJEKT zastanawiałem się kolejno:
- w 2011 roku, czy Wiedźmin konsolowy przyniesie wyższe marże, niż Wiedźmin na PC,
- na początku 2012 roku, czy spółce uda się zmniejszyć zadłużenie,
- obecnie, czy uda się wypracować zakładane 178mln zysku w latach 2012-2014.

Chociaż cały czas miałem jakieś wątpliwości, nie sprzedałem akcji, co może uchodzić za niezbyt rozsądne zagranie. Czy takim było w rzeczywistości? Czy inwestor posiadający akcje powinien je sprzedać, gdy przychodzi mu do głowy pytanie, na które nie zna odpowiedzi?


Jakakolwiek stanowcza odpowiedź na to pytanie wydaje się głupotą, więc jak to w inwestowaniu bywa, musimy szukać złotego środka. W mojej ocenie, istnieją dwa typy pytań, które przychodzą do głowy inwestorom już po zakupie akcji. Jak w każdej metodologii, również w 15 punktach Fishera możemy znaleźć pytania ważne i ważniejsze. Osobiście uważam, że jeśli istnieje poważna wątpliwość, czy firma spełnia pewne punkty, powinniśmy natychmiast pozbyć się akcji i poczekać na rozwój sytuacji. Chodzi o pytania:
- pierwsze, dotyczące wzrostu sprzedaży,
- trzecie, dotyczące badań,
- czwarte, dotyczące struktury sprzedaży,
- szóste, dotyczące możliwości wzrostu marży,
- ósme, dotyczące stosunków z kadrą zarządczą,
- dziewiąte, dotyczące bezpośrednio kadr zarządzających,
- jedenaste, dotyczące przewagi konkurencyjnej,
- trzynaste, dotyczące możliwych emisji akcji,
- czternaste, dotyczące szczerości zarządu,
- piętnaste, dotyczące uczciwości firmy.
Jeśli na którekolwiek z pytań, które wymieniłem, inwestor nie potrafi odpowiedzieć, powinien zbyć akcje i poczekać na rozwój sytuacji niezależnie od ceny. Oczywiście łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, jednak wątpliwości związanych z tymi pytaniami można uniknąć, udzielając informacji przed kupnem. Rzadko zdarza się, że cena akcji nie wzrośnie w czasie, kiedy odpowiedzi na pytania ulegną pogorszeniu. Jeśli dobrze przeanalizowaliśmy firmę, nie stanie się ona zła z dnia na dzień. Dlatego staram się nie "pieklić", żeby zdążyć przed uciekającym pociągiem.

A co z resztą pytań? Dlaczego odpowiedź na pytania: drugie, piąte, siódme, dziesiąte, dwunaste i trzynaste, nie jest potrzebna od razu? Drugie pytanie może spokojnie poczekać kilka lat, ponieważ minie trochę czasu, zanim obecna seria produktów zacznie sprzedawać się gorzej. Jeśli odpowiedź na pierwsze pytanie jest pozytywna, na drugie nie musimy odpowiadać od razu. Piąte pytanie dotyczące marży, jest zbyt proste, aby nie móc znaleźć na nie odpowiedzi. Uważam, że jeśli inwestor nie wie, czy marża jest teraz wysoka, nie powinien posiadać akcji danej firmy. Takie dane można łatwo sprawdzić i porównać z branżą, a analiza pozostałych punktów z pewnością da odpowiedź na to pytanie. Siódme pytanie jest pochodną ósmego - kadry zarządzające po prostu wpadną na pomysł dobrego traktowania pracowników, jeśli oceniliśmy je dobrze. Sądzę, że w bardzo wyjątkowych sytuacjach okaże się, że odpowiedź na pytanie siódme jest przecząca, a na ósme - twierdząca. Jeszcze mniej prawdopodobne jest to, że w związku z tym pytaniem, wartość firmy spadnie. Dziesiąte pytanie dotyczące kosztów, również jest pytaniem, na które powinniśmy znać odpowiedź, ponieważ jest ściśle związane z marżą. Jeśli marża rośnie, to kontrola jest dobra, jeśli nie, marża spada i nie ma innej możliwości. Musimy tylko pamiętać o tym, że koszty badań, czy reklamy obniżają marżę, co jest bardzo pozytywnym zjawiskiem. Pytanie dwunaste dotyczy prognozowanych zysków. Inwestor, który kupił akcje z odpowiednią marżą bezpieczeństwa i w miarę pewnie oszacował zyski, nie ucierpi, jeśli firma nie będzie publikować prognoz. Nawet, jeśli zyski się pogorszą, inwestor ma jeszcze marżę bezpieczeństwa.

Przyznanie się do błędu może nas sporo kosztować, ale tylko w sytuacji, jeśli postawimy konkretne pieniądze na konkretną odpowiedź. Osobiście nie wierzę, że w ciągu roku, odpowiedzi na pytania zmienią się tak drastycznie, że firma ze wspaniałego podmiotu, stanie się zwykłym bublem. Radzę więc szukać do końca odpowiedzi na pytania Fishera, ponieważ to one właśnie ostrzegają najwcześniej przed kłopotami.

piątek, 26 października 2012

Wzorowe prace badawcze i skokowy wzrost zysków

Branża gier komputerowych wymusza stosowanie ciągłych innowacji, więc studia, które nie prowadzą intensywnych prac badawczo-rozwojowych, zostają w tyle. Pionierzy technologiczny pozostają w umysłach graczy na długo.

Gra Crysis studia Crytek została wydana w 2007 roku, jednak technologicznie była tak wielkim arcydziełem, że przez najbliższe dwa lata była wyznacznikiem jakości i technologicznych rozwiązań. Nie mogę pochwalić się filmikiem, ale przeglądając napisy końcowe gry obliczyłem, że ponad 20% osób zatrudnionych przy grze pracowało w działach badań i rozwoju. Chociaż branża gier jest bardzo nowoczesna, taka liczba pracowników przyprawia o zawrót głowy. Oprócz tego firma bardzo starannie dobiera pracowników - od 4 miesięcy HR poszukuje odpowiednich programistów i nadal nie zatrudniono nikogo wystarczająco kompetentnego. Efekt? Kiedy spółka zaczynała w 1999 roku, musiała zrezygnować z produkcji dwóch gier, by wydać jedną o dobrej jakości. Dzisiaj Crytek ma 7 studiów produkcyjnych w Europie i Azji. Chociaż wiele można tej firmie zarzucić, jest ona niekwestionowanym pionierem prac badawczo-rozwojowych w branży gier.

Bardziej współczesnym przykładem studia innowacyjnego, jest DICE - twórcy równie spektakularnego Battlefield 3

Nie mam dokładnych informacji na temat prac badawczo-rozwojowych w tym studiu, jednak wrażenia są bardzo podobne do tych, które miałem oglądając po raz pierwszy Crysisa na pełnych detalach. Na pewno więc studio przyłożyło się do rozwoju swojej działalności - takich efektów po prostu nie da się osiągnąć na zwykłym silniku graficznym.

Polscy twórcy - CD PROJEKT RED również stworzyli świetną grafikę w Wiedźminie. Chociaż zamysł tworzenia silnika jest inny (gra ma wyglądać ładnie, a nie realistycznie), to i tak robi to ogromne wrażenie. Studio, które jest innowacyjne, dąży do tworzenie własnego silnika, szuka lepszych rozwiązań i zatrudnia tylko najlepszych. Dlatego ma ono szanse przecisnąć się do światowej czołówki. Inaczej się po prostu nie da.

Gry są powszechnie uważane za głupią i niszczącą rozrywkę, jednak dla mnie kontakt z grami, to kontakt z technologią - to gry adaptują nowinki technologiczne na samym początku. Potem te innowacje przenikają dalej. Uważam więc, że branża gier jako mój krąg kompetencji, pozwoli mi lepiej poznać inne branże i ocenić ich innowacyjność, oraz długoterminowe prognozy wzrostu.

wtorek, 23 października 2012

Względna stabilność stabilnych branż

Gdy zaczyna się kryzys, wielu ludzi zaczyna odczuwać ryzyko związane z inwestowaniem w akcje branż rozwijających się i mających przed sobą dobre perspektywy. Tacy inwestorzy utożsamiają ryzyko z wahaniami cen, a nie z poziomami cenowymi, jak robimy to my - inwestorzy skoncentrowani.

Również telewizja kreuje w takich sytuacjach obraz branż stabilnych, które są odporne na kryzys. Do łask wraca branża spożywcza, transport morski i lotniczy, przyrządy do golenia i inne, niezbędne w codziennym życiu rzeczy. Inwestorzy, którzy dają się namówić na stabilne podmioty robią jedną rzecz rozsądnie, ale popełniają przy okazji zasadniczy błąd, o którym nie wiedzą. Błąd taki może znieść racjonalne zachowanie inwestora. O co chodzi?

Racjonalnym zachowaniem jest kupowanie podmiotów stabilnych - nie czarujmy się. Osoba mająca podobną wiedzę w zakresie informatyki i branży spożywczej, nie może wycenić spółki informatycznej tak precyzyjnie, jak producenta cukierków, czy chleba. Stabilne dochody ułatwiają obliczenie wartości wewnętrznej i określenie, czy akcje są tanie. Zadowolony kupnem tanich akcji inwestor, nie ma jednak pewności, że jego stabilny podmiot również może tanieć i nie będzie to związane z czynnikami fundamentalnymi. Spółka może stanieć "ot tak" - bez powodu. Jeśli inwestor nie ma świadomości tej ułomności rynku, może spanikować i plan kupna stabilnego podmiotu weźmie w łeb. Książkowym przykładem takiej anomalii, jest produkujący słodycze Wawel, który sukcesywnie od kilkunastu lat zwiększa zyski niemal w każdym roku.

Wyceniając spółkę Wawel w 2007 roku, u szczytu hossy, można było wywnioskować, że akcje nadają się do kupna, a ich cena jest w miarę akceptowalna. Piszę w "w miarę", bo nie analizowałem spółki - opieram się na opinii znajomego inwestora, którego uznaję za zdolnego i doświadczonego człowieka. U szczytu hossy 2007, akcje był sprzedawane po nieco ponad 350 złotych. A mojej ocenie można było uznać tę cenę za akceptowalną, więc prawdopodobny jest scenariusz, że w miarę zdolny inwestor, który szukał stabilnego podmiotu, uznał, że akcje są warte kupna.

Proszę nie uznać zwrotów typu "w miarę zdolny inwestor" za niedorzeczne, ale działanie opisane akapit wyżej, naprawdę jest racjonalne. Wystarczy jednak nieświadomość jednej, bardzo ważnej kwestii, by inwestor stracił sporo pieniędzy. Problem polega na tym, że stabilna branża zabezpiecza zyski przedsiębiorstw, ale w żaden sposób nie zabezpiecza ceny danego podmiotu. Wawel kupiony po 350 złotych, spadał podczas bessy bardzo mocno - nie trzeba było specjalnych technicznych umiejętności, by nabyć akcje nawet poniżej 180 złotych. Inwestor, który nabył dobre akcje w hossie, w pewnym momencie był stratny na połowie kapitału. Dlatego Buffett twierdzi, że inwestować powinny osoby, które potrafią takie spadki wytrzymać psychicznie. Jeżeli racjonalny inwestor wytrzymał i ma akcje do dziś, jest już w okolicach stuprocentowego zysku.

Inwestor łapiący dołek, czyli poniżej 200 złotych, byłby dzisiaj bardzo bogatym człowiekiem. Czy jest ktoś taki? Pewnie tak, ale zapewne jest to kwestia przypadkowego złapania dołka, a nie dumnie nazwanej Analizy Technicznej. Niech ten trochę "ufajniony" i wyselekcjonowany przykład będzie dowodem na to, że ogromne pieniądze można zarobić bez znajomości analizy technicznej.

sobota, 20 października 2012

Sens wyceny spółek przeciętnych

Wyceniając spółkę w dwufazowym modelu zdyskontowanych przepływów pieniężnych Buffett zaleca, by:

Zdyskontować wszystkie zyski od dzisiaj do dnia sądu ostatecznego.
Sądu ostatecznego? Czyli kiedy? Do emerytury, aż osiągniemy 80 lat? A może obrać którąś z dat końca świata?

Wytłumaczenie tego fenomenu jest prostsze, niż mogłoby się wydawać. Spójrzmy na wartość miliona złotych, które spółka zarobi w następnych latach. Jest to po prostu zdyskontowana wartość miliona złotych dla poszczególnych lat.

Okazuje się, że za milion złotych zarobione za 25 lat powinniśmy być gotowi zapłacić nieco ponad 35 tysięcy złotych. Stopę dyskonta ustaliłem na 10%. Łatwo dojść do wniosku, że następne zyski po prostu nie wpływają aż tak bardzo na wycenę, więc nie musimy zahaczać w naszych analizach o fantastykę naukową.

Pojawia się jednak pytanie: Co zagwarantuje nam, że spółka będzie utrzymywać założone zyski przez 25 lat? Niestety nie liczcie, że ja Wam to powiem. Prawda jest taka, że nie możecie założyć jakiegokolwiek scenariusza i być pewni jego rozwoju. Buffett mówi, że wspaniała firma to taka, która pozostanie wspaniała przez 25-30 lat. A co, jeśli spółka nie jest wspaniała? Właśnie tutaj pojawia się problem dla inwestorów wybierających akcje przeciętne, czyli kupujących na wzór Benjamina Grahama, ale trzymających je nieco dłużej. Śmiem wątpić, czy jest sens kupować firmę, która nie ma świetlanych perspektyw nawet, jeśli jej cena wydaje się dzięki DCF-owi atrakcyjna. Mamy więc kolejny dowód na to, że spółki przeciętne mogą nie osiągnąć ceny wskazującej jej wartość. Co w takiej sytuacji robić? Tobiasz Maliński wycenia spółki bez modelu dwufazowego - po prostu oblicza zdyskontowane zyski dla konkretnych lat - np. do roku 2030, dodaje je i w ten sposób otrzymuje wartość. Tobiasz zakłada, że spółka po danym okresie po prostu nie zarobi ani grosza. Jeśli mamy do czynienia ze spółką przeciętną, albo nie potrafimy sobie wyobrazić spółki za 20 lat, to możemy spokojnie wycenić spółkę tak, jak robi to Tobiasz. Otrzymamy niższą wartość, ale brak pewności na temat perspektyw wymusza szukania większej marży bezpieczeństwa. Ja szukam raczej tylko firm doskonałych, dlatego wyceniam je w modelu dwufazowym.

Zakładanie rozwoju na najbliższe 25 lat może wydawać się ryzykowne i rzeczywiście takie jest. Dlatego właśnie należy ZAWSZE wymagać odpowiedniej marży bezpieczeństwa. To ta marża właśnie uchroni nas przed błędami, które popełnimy na pewno. Im więcej jednak wiemy o spółce, tym bardziej precyzyjne założenia możemy podać.


środa, 17 października 2012

Likwidacja portfela

Obiecywałem już dość dawno, że zmienię spółkę, którą posiadam w Wirtualnym Portfelu. Zakładając bloga chciałem udowodnić, że mogę pokonać rynek, udowodnić, że mogę zarobić więcej, niż przeciętny inwestor. Nie znałem wtedy ani Fishera, ani Grahama. W ogóle wiedziałem bardzo mało. Dzisiaj wiem, że perspektywa krótsza, niż 5 lat w jakiejkolwiek inwestycji, pozbawiona jest sensu. Więc co z tego, że zmienię MCI na CDR, który aktualnie posiadam? Za 10 lat pewnie będę zupełnie innym człowiekiem, bardzo prawdopodobne, że bloga już nie będę prowadził. Więc kiedy porównacie mój wynik? Za 10 lat? A jeśli się mylę? Będziecie musieli czekać kolejne lata na powrót w wielkim stylu. Jest to bez sensu.

Jedyną spółką, jaką posiadam, jest CD PROJEKT RED i jestem z niej zadowolony od niemal dwóch lat - kupiłem akcje za około 5 złotych i jeśli zarząd mnie nie zawiedzie, będę w posiadaniu spółki za 5-10 lat. Bloga na razie prowadzę, więc o wszystkim moich ruchach będę Was informował, a Wy - mam nadzieję - będziecie je komentować, wytykać błędy i wspierać.

Jeśli odniosę sukces, na pewno to dostrzeżecie i wirtualny portfel nie będzie do tego potrzebny. Jeśli jednak spektakularnie upadnę, będziecie mieć świadomość, miałem długoterminowy plan i podstawie moich wpisów ocenicie, co zrobiłem źle itd.

By the Way - mam sporo nauki, a posty nadal publikuje na zasadzie "w sobotę napisz posty na następny tydzień". Matura już teraz daje mi w kość, a do tego uświadomiłem sobie, jak mało umiem między innymi z fizyki. Życzcie mi powodzenia, bo bardzo mi się przyda:-)

niedziela, 14 października 2012

Rewolucja w definicji CDP.PL

Dzisiaj krótko. Zapowiadana szumnie cyfrowa rewolucja w wykonaniu CDR okazała się sklepem internetowym, który ma udostępniać gry cyfrowo po cenach lepszych, niż chociażby STEAM. Tak więc jest to konkurencja dla obecnego na polskim rynku muve.pl.

W ofercie na początek pojawiły się 34 gry, więc nie jest ich dużo. Start nie jest więc oszałamiający i nie sądzę, aby projekt szybko wyszedł na prostą. W jednym z wywiadów szef "rzucił" datą wrzesień 2013, więc sądzę, że do tego właśnie czasu projekt najpóźniej osiągnie próg rentowności. Pamiętajmy, że cdp.pl to nadal serwis w wersji beta. Gdy poszerzy się oferta gier, sklep pewnie stanie się bardziej popularny. Nie znalazłem niestety raportu finansowego konkurencji (serwisy internetowe chcą sporej ilości gotówki), dlatego nie wiem, jakie są marże, przychody i zyski u konkurencji, ale nie oszukujmy się - w pierwszym roku po osiągnięciu rentowności, trudno będzie stronie zarobić więcej, niż milion złotych.

W wycenie CDR nie zmieniam na razie nic, poczekam na konferencję, która odbędzie się w czwartek i na "powtórkę" DNIA INWESTORA. Wtedy wycena spółki na nowo, stanie się możliwa i racjonalna. Na razie czekam na więcej gier w serwisie i trzymam akcje:-)

czwartek, 11 października 2012

Uszczelnianie wyceny dzięki przychodom

Wyceniając spółkę metodą DCF musimy określić, w jakim tempie spółka będzie się rozwijać przez najbliższe kilka lat. Od tego, jak precyzyjne będą nasze liczby zależy, ile zyskamy, jeśli kupimy spółkę za atrakcyjną w naszej ocenie cenę. Warunki branżowe jednak się zmieniają: marża, podatki, transport, konkurencja - to wszystko ma wpływ na przyrost zysków, które musimy podstawić do wzoru. Tak wiele czynników niemal uniemożliwia przyjęcie jakichkolwiek wiarygodnych założeń. Dzisiaj już wiem, że nie ma większej różnicy między wpisaniem do wzoru dowolnej liczby, a podaniem "prognozowanych" zysków bez dogłębnej analizy spółki. Bezwzględnie należy więc wycenić spółkę NA KOŃCU analizy, kiedy już zdecydujemy, że jesteśmy gotowi spółkę nabyć. Wycena może nas wtedy jedynie wstrzymać z działaniem do najbliższej bessy.

Od czego zacząć? Większość inwestorów zaczyna od zysków historycznych, co wydawać się może rozsądne, ale takie nie jest. Bardzo dobrym przykładem jest spółka Wawel. Od 1999 do 20112 zwiększała ona zysk netto w tempie aż 37%. Żaden rozsądny inwestor nie może założyć takiego rozwoju sytuacji w przyszłości. Więc jaki wzrost ma założyć? 18%? A może dla bezpieczeństwa 17%?

Inwestor badający tylko zysk netto będzie strzelać liczbami zbyt rozbieżnymi. Zamiast otrzymać wycenę 100-120 złotych, może poruszać się w przedziale 80-140 złotych. Taka wycena nie jest bezpieczna, jeśli akcje kosztują np. 100 złotych. Zastanówmy się więc, co jest podstawą przyszłego zysku, który jest tak rozbieżny. Zysk operacyjny? Zysk na sprzedaży? Przychód? Tak! To przychody ze sprzedaży są najlepszą miarą wydajności firmy. Dlaczego? Bo są jej podstawą. W przychodach znajdziemy najważniejsze cechy firmy. Pominiemy za to wiele dywagacji, które zniekształcają obraz sytuacji. Podatki, działalność działu promocji, badania, PR itd. To wszystko zabiera pieniądze z zysku, ale nie zabiera przychodu i na ten właśnie przychód wpływa. Dlatego jeśli wyceniamy spółkę, warto wziąć pod uwagę dynamikę przychodów i dopiero tę dynamikę podstawić do wzoru, który określi procentowy wzrost ZYSKÓW, które są przecież niezbędne przy wycenie firmy. Wawel zwiększał przychody w tempie niecałych 14% rocznie. Inwestor, który sugerował się zyskami i wstawił do wzoru 17%, stał na przegranej pozycji, bo jego wycena szybowała w górę.

To jednak nie wszystko. Spółka stała się większa, więc jeśli nie mamy ku temu solidnych podstaw, nie możemy również zakładać, że taki wzrost się utrzyma. Inwestor zmuszony jest więc zmniejszyć dynamikę. Do ilu? Znów pojawia się problem. W tym przypadku warto spojrzeć na odpowiedzi, których udzieliliśmy na pytania Fishera. Czy marża wzrośnie? Czy zarząd jest zdeterminowany, by ją podkręcać? Jeśli nie, prognozę należy bardzo zrewidować. Jeśli tak - wystarczy 5-6 punktów procentowych. Wielu innych czynników, jak na przykład nasze kochane podatki, nie da się przewidzieć. To samo z cenami paliw. Dlatego warto jednak dla bezpieczeństwa zmniejszyć właśnie o te 5-6 procent naszą prognozę zysków.

Mając odpowiedzi na pytania Fishera, możemy określić, że spółka zwiększy zyski w tempie 8-9 procent rocznie. Oczywiście liczbami strzelam na ślepo - nie badałem spółki Wawel. Okazała się ona tylko obrazowym przykładem. Gdybyśmy odpowiedzi na pytania Fishera nie mieli i zbadali dynamikę zysków, a nie przychodów, pewnie byśmy w każdej chwili byli przekonani, że cena jest atrakcyjna. Cena nie jest zawsze atrakcyjna i dlatego wycena jest bardzo pożytecznym narzędziem.

Wielu inwestorów na moje pytania z zakresu wyceny odpowiada pytaniami w stylu: "Po co prognozować zyski na kilka lat do przodu? To niemożliwe, przyszłość i tak zaskoczy." Zgadzam się, że przyszłość zaskoczy, ale marża bezpieczeństwa, czyli różnica, między ceną i wartością, jest naszym zabezpieczeniem przed niepewną przyszłością. Buffett wypowiada się na ten temat jeszcze bardziej błyskotliwie:

Lepiej z grubsza mieć rację, niż precyzyjnie się mylić.
Racji nie będziemy mieć nigdy, ale wycena może nas bardzo do niej zbliżyć. Dlatego wycena jest bardzo ważna. To tylko podstawienie liczb do wzoru. Inwestor, który dobrze zna spółkę, nie pomyli się o wiele, jeśli przyjmie konserwatywne założenia - ot i cała filozofia.

poniedziałek, 8 października 2012

Czy inwestor powinien oglądać telewizję?

Pod wpływem zmiany poglądów politycznych dostrzegłem, jak telewizja manipuluje społeczeństwem. Telewizja (bez względu na znaczek) karmi nas tematami zastępczymi: AMBER GOLD, porwane spod domu dziecko, debaty o debacie, rosyjskie skandalistki w cerkwiach i jak zwykle: szkodliwy wpływ gier na psychikę dzieci - te wszystkie tematy zastępcze odciągają uwagę społeczeństwa od spraw naprawdę ważnych. Rozumiem, że porwanie dziecka, czy surowa kara dla skandalistek są warte wzmianki. Tylko po co robić z porwania dziecka serial i podkreślać, że dziewczyny wykonały utwór "Bogurodzico, przegoń Putina"? Telewizja robi nam wodę z mózgu i przekonałem się, że niemal każdą informację trzeba traktować z olbrzymim dystansem.

Czy inwestor musi oglądać telewizję? Sam telewizji oglądam bardzo mało: około dwóch godzin tygodniowo przeznaczam na oglądanie wybranych materiałów w internetowym wydaniu informacji i oglądam trochę wywiadów w telewizji biznesowej. Nie ukrywam, że lubię politykę, która jest dość luźno powiązana z inwestycjami. Gdybym nie interesował się polityką, pewnie najważniejsze informacje mógłbym znaleźć na serwisach branżowych.

Internet jest jedynym, całkowicie wolnym strumieniem informacji. W tym ogromnym śmietniku możemy znaleźć wiele niezależnych opinii, na podstawie których wyrobimy sobie własną, inteligentną opinię. Telewizja jest bardziej profesjonalna, ale bardziej zmanipulowana. Moja rada brzmi więc: jeśli oglądasz telewizję, przeczytaj dodatkowo informacje na dany temat w internecie. Jeśli nie oglądasz - to dobrze, Twój osąd nie jest zagrożony, jeśli nie czytasz rzeczy niepotrzebnych.

Książki oddziałują na wyobraźnię, a poza tym są coraz mniej popularnym medium w porównaniu chociażby z telewizją. Dlatego uważam, że książki pobudzają niezależne myślenie. Gdybym nie przeczytał bloga w internecie, pewnie dzisiaj myślałbym, że Buffett to cwaniaczek, który miał szczęście i śledziłbym pewnie teraz wskaźnik PMI dla przemysłu w USA, bo to przecież ma wpływ na cenę akcji, które posiadam, prawda? Książka nie pokazuje obrazów, nie manipuluje dźwiękiem, więc manipulacja jest o wiele trudniejsza. Dlatego książki są według mnie bardziej wartościowe, niż TV.

A jakie podejście mają moi czytelnicy? Czekam na opinie. Ile czasu poświęcacie telewizji? Ile książek czytacie? Które informacje są według Was manipulacją?

piątek, 5 października 2012

Przewidywanie bankructwa - część druga

W pierwszym poście z cyklu zaprezentowałem wskaźnik ALTAMANA, który w prosty sposób określał, czy spółka jest zagrożona bankructwem, czy też nie. Obiecałem wtedy, że zaprezentuję więcej modeli, które mogą okazać się bardziej skutecznie. Niestety przeliczyłem się - model Hamrola, który znalazłem w jednym z czasopism branżowych, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Po podstawieniu danych dla PBG okazało się, że dane za 2010 rok nie sugerują, że spółka może zbankrutować, a przecież zbankrutowała.

O wiele prostszym sposobem sprawdzenia "na szybko", czy spółka może przetrwać, jest sprawdzenie, w jakim stopniu zadłużony długoterminowo jest kapitał własny spółki. Okazało się, że w CD PROJEKCIE w 2010 roku, iloraz zadłużenia długoterminowego przez kapitał własny wynosił 21%. W roku 2011 - 6%. W PBG zaś te wartości wynosiły: 35% dla roku 2009 i 53% dla roku 2010.

Peter Lynch zalecał, by wartość tego wskaźnika wynosiła maksymalnie 20%. Wnioski są oczywiste - PBG było zagrożone bankructwem i po lekturze raportu za 2010 rok, inwestor mógł już wiedzieć o tym, że spółka nie przetrwa. Ja o tym nie wiedziałem i mam za swoje. Okazuje się, że CD PROJEKT w przypadku niepowodzenia, również by zbankrutował w roku 2010. Od roku 2011 do chwili obecnej, CD PROJEKT jest wypłacalny. Ma jednak to znikome znaczenie w gruntownej analizie przedsiębiorstwa. Dlaczego?

Zaprezentowany wskaźnik mówi inwestorowi, na ile spółka jest w stanie sfinansować swoim majątkiem dług. Taka sytuacja zaistnieje, jeśli spółka będzie mieć problemy. Przy dokładnej analizie z wykorzystaniem Cyklu Konwersji Gotówki, jego składowych i wskaźnika Kw/A, inwestor dostrzeże nieprawidłowości o wiele wcześniej, niż możliwe jest to z wykorzystaniem wskaźnika zaprezentowanego wyżej. W dokładnej analizie jest więc on trochę zbędny, chociaż sam posiadam oddzielny wykres dla tego wskaźnika - jest on swego rodzaju ostrzeżeniem przed "co by było gdyby".

Podczas selekcji wstępnej, jest on bardzo przydatny. Zamiast wczytywać się w raport, bierzemy z niego tylko dwie wartości. Jeśliby połączyć iloraz zadłużenia do kapitału z metodologią Altmana, możemy z dużą dozą pewności określić, czy spółce grozi bankructwo. Nie gwarantuję, że w każdej sytuacji taki tandem nas ostrzeże, ale jego skuteczność w przypadku wielu firm potwierdza, że może oszczędzić on wiele wysiłku inwestorowi.

Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa, która może zainteresować ludzi, którzy chcą kupić firmy zagrożone bankructwem, które wychodzą z opresji. Jeśli wskaźnik Altmana sugeruje, że firma może zbankrutować, a iloraz zadłużenia do kapitału znajduje się poniżej 20%, oznaczać to może, że spółka będzie zagrożona bankructwem, ale nie zbankrutuje - pozbędzie się części kapitału własnego, ale przetrwa. Cena takich akcji na pewno będzie zniżkować, a sprytny inwestor mógłby kupić śmiesznie tanie akcje. Nie sprawdzałem jednak takiego zagrania (zahacza trochę o spekulację), bo szukam firm doskonałym za wyższą cenę.

Selekcja wstępna oszczędza czas, a iloraz zadłużenia długoterminowego do kapitału własnego, jest świetnym uzupełnieniem wskaźnika Altmana. Jego obliczenie zajmuję kilka sekund, a dostarcza ciekawych informacji.

Nie mam w zanadrzu kolejnego, dobrego wskaźnika selekcji wstępnej ostrzegającego przed bankructwem, więc nie obiecuję, że kolejny wpis z cyklu powstanie. Jeśli moi czytelnicy mają jakieś skrypty badające, czy spółka może zbankrutować, to chętnie je poznam.

wtorek, 2 października 2012

Dochodzenie swoich racji a cena akcji

Analizując firmy bardzo dogłębnie możemy czasami nie być pewni swojej racji - nie potrafimy wycenić biznesu, lub nie potrafimy jednoznacznie odpowiedzieć na jedno z pytań Fishera. Jeśli pytania jest ważne, rozsądny inwestor nie kupuje akcji, lub opóźnia decyzję w czasie - to zupełnie normalne i nie jest przejawem ani ignorancji, ani niewiedzy - osoba z doświadczeniem na pewno ma na swoim koncie chwile zwątpienia. Odkładamy więc decyzję o kupnie "na potem". No właśnie - "potem", czyli kiedy?

Biznes jest bezpieczniejszy, gdy kupujemy go za rozsądne pieniądze. Naturalne jest więc, że wielu stawia sobie następujący warunek: "spadnie 10%, to będę w stanie kupić ten biznes." Czy jest to rozsądne? Na pierwszy rzut oka można przypuszczać, że tak. Sam jednak przekonałem się, że usprawiedliwianie niepewności i wad ceną nie jest dobrym pomysłem. Często możemy popaść z jednej skrajności w drugą - wtedy robimy coś, na czym sam się zaciąłem - kupujemy przeciętną firmę za wspaniałą cenę - w świetle tego, co Fisher pisze w swoich książkach, jest niedopuszczalne kierować się tylko ceną. Tak więc empirycznie wiem, że determinowanie zakupu ceną, jest niebezpieczne. Kiedy znamy odpowiedzi na wszystkie pytania, możemy biznes wycenić. Na ile wycenić jedno pytanie, na które nie znamy odpowiedzi? Co w sytuacji, jeśli jest to np. pytanie o uczciwość zarządu? Strzelanie ceną na ślepo jest w takiej sytuacji bardzo ryzykowne.

Jest jeszcze drugi sposób - z pozoru wydaje się równie szalony, jednak w tym szaleństwie jest metoda - po raz pierwszy przeczytałem o tym w książce Fishera. Załóżmy, że firma buduje nową fabrykę za ogromną sumę pieniędzy - projekt jest ryzykowny i jego niepowodzenie może znacznie obniżyć wartość firmy. Jeśli jednak wystarczy pieniędzy, fabryka przyniesie ogromne zyski. Rozważny inwestor wstrzymuje się z kupnem akcji. Philip Fisher radzi, by takową firmę kupić, gdy ruszy fabryka, nie uwzględniając ram cenowych. Kiedy pierwszy raz o tym przeczytałem, zadałem sobie kilka pytań: dlaczego nie interesuje Cię cena? Dlaczego chcesz kupić firmę w ciemno. Czy nie prościej zastanowić się nad kupnem dopiero po zbadaniu pierwszego roku funkcjonowania fabryki? W rozdziale "kiedy kupować?" Fisher udowodnił, że taki sposób jest bardzo korzystny. Ja jednak sądzę, że konieczne jest połączenie kupna "gdy fabryka ruszy" z cyklem koniunkturalnym. Nie należy trzymać się dokładnie moich kryteriów - sam ustaliłem je na razie "mniej więcej", bo nigdy nie miałem okazji tego sprawdzić.

Sądzę, że gdy "fabryka ruszy" należy spojrzeć na wykres wskaźnika C/Z dla całej giełdy - powtórka z rozrywki na temat przewidywania hossy. Obecny wskaźnik C/Z dla całej giełdy sugeruje, że moment na kupno akcji jest jak najbardziej odpowiedni. W takiej sytuacji właściwie nie zastanawiałbym się i kupił firmę od razu po rozruchu fabryki. Jest subtelna różnica między chwytaniem się cyklu, a pierwszym sposobem, przed którym ostrzegałem na początku - tutaj nie musimy oszczędzać na jakości - fabryka działa, a my korzystamy ze strachu. Co w sytuacji, gdy wskaźnik C/Z jest wyższy? Gdyby wskaźnik C/Z znajdował się w przedziale 12-17, zdecydowałbym się kupić połowę planowanych akcji, a gdy fabryka przyniesie pierwsze zyski, dokupiłbym drugi pakiet. Z kupna zrezygnowałbym, gdyby wskaźnik C/Z dla całej giełdy wynosiłby powyżej 17. Proszę jednak nie zwracać uwagi na wskaźnik C/Z dla danej firmy - jego rozsądna wartość nie jest stała dla każdej branży, więc nie ma sensu go sprawdzać. W sytuacji wysokiego wskaźnika C/Z wstrzymałbym się z zakupem. Historia nauczyła nas, że po silnych wzrostach (o których możemy mówić, gdy wskaźnik C/Z przekracza 17), możemy z dużą dozą pewności przypuszczać, że wkrótce zacznie się bessa i nasza firma będzie tańsza nawet, jeśli fabryka będzie dobrze prosperować. Za jakiś czas, kiedy wybuchnie bessa, będziemy wiedzieć o nowej fabryce znacznie więcej, niż dzisiaj. Uważam więc, że połączenie metodologii Fishera z cyklem koniunkturalnym, może dać całkiem dobry efekt.

sobota, 29 września 2012

Akcje wzrostowe i skup akcji własnych

Firma może zwracać pieniądze akcjonariuszom na dwa sposoby. Przez dywidendę, oraz skup akcji własnych w celu umorzenia. Jako następcy Philipa Fishera (bardzo daleko nam do niego, ale przecież wszyscy się staramy:-) kupujemy akcje wzrostowe - zwiększające zyski w długim terminie i wspaniałe przez długie lata.

Dla akcji wzrostowych bezsprzecznie lepszym rozwiązaniem jest skup akcji własnych. Dlaczego nie dywidenda? Dywidendę dostajemy w gotówce - od naszych zysków zostanie odciągnięty podatek, ale również dla samej spółki korzystniejszy jest skup, niż dywidenda. Nawet, jeżeli więc kupimy za dywidendę akcje, to zarobimy mniej, niż gdyby spółka skupiła akcje sama. Bezpośrednio tego nie widać, ale z czystej matematycznej kalkulacji wynika, że skup jest korzystniejszy.

Jest jeszcze druga, bardzo ważna kwestia. Co dzieje się z akcjami wzrostowymi w ciągu 10 lat? Ich wartość rośnie podobnie, jak zyski. Zdarzają się wzrosty około 500% w ciągu dekady. Łatwo więc policzyć, że wydana dzisiaj złotówka na akcję, za 10 lat będzie warta 5 złotych. Tak więc spółka kupując swoje akcje, może zrobić dużo lepszy interes, niż wypłacając dywidendę. Prawda jest taka, że sami często przeznaczamy dywidendę na słabe interesy: lokaty, może jakieś inne spółki itd. Nigdy oczywiście nie mamy pewności, że skup rzeczywiście jest opłacalny, ale pojawia się pytanie: po co trzymać spółkę, której nie ufamy? Dobre akcje wzrostowe są sprzedawane poniżej wartości przez większość czasu. Dlatego skup akcji własnych jest w wielu takich przypadkach świetnym interesem.

Szkoda, że skup akcji własnych jest mniej u nas popularny, niż dywidenda. Głównie jest to spowodowane małą świadomością inwestorów na temat korzyści płynących ze skupu. Trudno jest przecież docenić coś, czego nie możemy precyzyjnie zmierzyć. A szkoda... wielka szkoda.

środa, 26 września 2012

Dobry program motywacyjny

Z doświadczenia wiadomo, że lepiej jest pracownika przekonać "po dobroci", że sumienna praca się opłaca. W długim terminie zawsze pracownik znajdzie chwilę na leniuchowanie, czy drobne kradzieże, jeśli zrozumie, że wkładanie większego wysiłku w pracę, nie daje mu odpowiednich efektów.

Bardzo często program motywacyjny dla czołowych zarządców w firmie polega na określeniu celu wynikowego wyrażonego w zyskach, dzięki czemu program opcji na akcję zostanie uruchomiony. W skrócie wygląda to tak: spółka ma zarobić X złotych w danym okresie czasu. Jeśli się uda, top management dostaje na własność pakiet akcji. Chyba wszyscy wiedzą, jaką spółkę mam na myśli:-)

Czy taki program jest dobry? Buffett podchodzi sceptycznie do takich programów z prostej przyczyny. Zespół zarządców może wpływać na wyniki spółki w znacznym stopniu. Ale czy ma wpływ na kurs Euro? Czy da się zapanować nad wszystkimi czynnikami losowymi? Wszystkie czynniki losowe razem mogą dać rozpiętość zysków na poziomie kilkunastu procent. Menadżerowie objęci programem opcji nie mają więc całkowitego wpływu na to, czy dostaną akcje, czy nie. Dlatego Buffett uważa, że taki program nie jest korzystny. Według mnie lepiej by było, gdyby program polegał na przyznawaniu akcji za cięcie kosztów, albo jakość pomysłów na ich cięcie. Każda optymalizacja kosztowa jest raczej mierzalna, więc w takim przypadku łatwiej byłoby wynagrodzić ludzi za faktyczne osiągnięcia. Oprócz tego przecież można ogłosić program typu: "10 tysięcy akcji za najlepszy projekt oszczędnej sieci serwerowej w firmie". Chodzi głównie o to, by na powodzenie wysiłków pracowników objętych programem, wpływało jak najmniej czynników losowych. To jest najwyższy poziom motywacji.

Spółka, która ma nieco gorszy program motywacyjny, może nadal być żyłą złota. Warunek jest taki, że program musi być KONIECZNIE długoterminowy. Cel na trzy, albo cztery lata jest bardziej motywujący, niż wymagania stawiane pracownikom na najbliższy kwartał. Podejrzewam, że krótkoterminowe programy motywacyjne są układane "po znajomości" i nie mają żadnej wartości motywacyjnej. W tak dennym programie motywacyjnym można znaleźć usprawiedliwienia dla rzeczy niesprawiedliwych. Badanie programu motywacyjnego może nam dać również odpowiedź na pytanie, czy zarząd działa uczciwie.

niedziela, 23 września 2012

Kup i zapomnij?

Praca inwestora skoncentrowanego jest bardzo ciężka. Musi on poznać branżę, poświęcając według moich zaleceń kwadrans dziennie. Musi w około 3 miesiące poznać spółkę i zdecydować, czy chce być z nią związany przez następne 10 lat. Jeśli praca inwestora została wykonana dobrze, to może on przez najbliższe lata nie interesować się spółką. Trudno jednak znaleźć osobę, która w pełni świadomie może powiedzieć, że na pewno nie popełniła błędu. Bez względu na trafność decyzji, spółkę trzeba po kupnie nadal analizować.

Największe udogodnienie polega na tym, że po analizie danej spółki, możemy radykalnie ograniczyć czas, jaki przeznaczamy na analizy. Przygotowuję się do matury, więc nie mogę poświęcać wielu godzin tygodniowo na analizę spółek. Przez najbliższe 8 miesięcy będę musiał mocno ograniczyć kontakt z giełdą (przygotowałem dla Was jednak dużo wpisów, żebyście się nie nudzili w tym czasie) do minimum. Większość inwestorów posiadających wspaniałą spółkę, ma mało wolnego czasu. Trzeba otwarcie powiedzieć, że kontynuowanie czasochłonnej analizy jest po prostu zbędne.

Na pewno inwestora czeka czytanie kolejnych raportów. Cztery raporty kwartalne i jeden roczny, inwestor musi przeczytać na pewno. Ile zajmie analiza tych materiałów? Myślę, że dogłębną analizę raportów i uaktualnienie odpowiedzi na 15 pytań Fishera, zajmie inwestorowi niewiele czasu - w granicach 15 godzin rocznie. Oprócz tego warto poświęcić 15 minut tygodniowo na branżowe newsy i wiadomości ze spółki. Tak więc około pół godziny tygodniowo wystarczy NA PEWNO na dokładną analizę posiadanej, dobrze znanej spółki. Sam poświęcałem do tej pory mniej więcej tyle czasu na analizę CD PROJEKT-u i jestem przekonany, że nie przegapiłem niczego ważnego. Nie oznacza to jednak, że nie popełniłem błędu. Te pół godziny tygodniowo nie eliminuje ryzyka, ale na pewno je zmniejsza.

Przeciętnemu inwestorowi może się wydawać, że to dużo czasu. Proponuję jednak eksperyment. Skrupulatnie liczcie, ile czasu poświęcacie na wszelkie czynności związane z giełdą: notowania, CNBC, blogi, książki, wykresy - wszystko. Jestem przekonany, że większość z moich czytelników może poświęcić pół godziny tygodniowo na analizę posiadanej spółki i 15 minut dziennie na poznanie nowej branży. Wystarczy wyłączyć TV i notowania. Wiem, co mówię:-)

To, że Warren Buffett kupuje spółkę i trzyma ją 10 lat nie znaczy, że zapomina on o posiadanym walorze. Po prostu Buffett jest doświadczonym inwestorem i jego spółki prawie nigdy nie kwalifikują się do sprzedaży. A to może być postrzegane jako "nic nie robienie" przez wielu ignorantów. Pamiętajmy, że brak działania, to też rozsądne działanie w wielu sytuacjach.